24 lutego 2009

Love Me Pender

Tytuł notki zaczerpnąłem z artykułu Jana Topolskiego: Love Me Pender. Melomani i krytycy muzyczni w Polsce zapewne pamiętają jeszcze skandal jaki wybuchł wokół publikacji A. Chłopeckiego wyrażającego swoje skrajne rozczarowanie i niechęć w stosunku do Koncertu fortepianowego „Zmartwychwstanie” K. Pendereckiego. Poleciało z obu stron od "Lepperów muzykologii" i "sacro - polo", wybuchła spora awantura, pisano o tym nie tylko w prasie fachowej, ale i tabloidach czy w prasie zachodniej. W tym artykule przyjrzę się bliżej, z perspektywy czasu, reakcjom jakie towarzyszyły ukazaniu się kontrowersyjnej recenzji zamieszczonej w Gazecie Wyborczej (2002) pt.: Socrealistyczny Penderecki. W moim polu zainteresowań znalazła swe miejsce zarówno krótka (acz ważna) refleksja nad rolą konfliktu pewnych środowisk muzycznych i ich wpływowi na całokształt polemiki, jak i wolności krytyka muzycznego i jego miejsce w pejzażu kultury „ponowoczesnej” [Moim zamiarem nie jest przyjęcie konkretnego stanowiska filozoficznego definiującego „ponowoczesności” czy „postmodernizmu”. Wykorzystanie tego terminu zostało użyte do określenia współczesnych procesów kulturowych oraz jako kategoria ogólnoopisowa].

Niewątpliwym wydaje się być fakt, że Krzysztof Penderecki, już od wczesnych lat swej twórczości, owocami swego talentu wywoływał wiele animozji, nieporozumień i skandali w środowiskach muzycznych [L. Erhardt: Spotkania z Krzysztofem Pendereckim, Kraków 1975]. Na przemian odrywane i przypinane przez muzykologów etykiety „polskiego modernisty”, „muzyka współczesnego” stwarzały zawsze obraz kompozytora, który owszem, warsztat i talent posiada ogromny, ale o jego rozpoznawalnym stylu czy konsekwentnej desygnacji danego dzieła swoją "osobowością-kompozytorską" mowy być nie mogło. Penderecki zawsze wyprzedzał muzyczne trendy, posiadał instynkt „maklera giełdowego”, był koryfeuszem tego, co zaczynało się kształtować czy zapowiadało dopiero swój byt (jako nurt muzyczny, środek wyrazu czy nowatorski element zapisu nutowego). Ta niejednolitość osobowości artystycznej doprowadziła do skrajnej dychotomii w postrzeganiu twórczości kompozytora. Nie ma pewnych praw, na których można by bazować starając się krytykować jego nowe dzieła. Oczywiście wyłączając historyczną perspektywę dającą szerszy wgląd na całą twórczość. Zaczynają dochodzić w tym miejscu stare, uśpione spory i przesądy.

Recenzja A. Chłopeckiego znakomicie wyciągnęła je na światło dnia. Chodzi mi tu, oczywiście, o pewne resentymenty szkół warszawskiej i krakowskiej, które (zdaje się) wybuchły wtedy zupełnie nieświadomie i jak do tej pory żadna ze stron nie zamierza się przyznać, że postać Pendereckiego jest kontrowersyjna, a co za tym idzie, racje mogą wystąpić po obu stronach.
Upust owym przesądom daje „List 21” [Przedruk tego pisma można odnaleźć w „Ruchu Muzycznym” nr 23/2002 s.2] podpisany przez znaczące osoby świata muzyki. Wypada dodać, że wciąż uparcie milczy się na temat tego, że ludzie ci wywodzą się ni mniej, ni więcej, tylko z Krakowa, nota bene, rodzinnego miasta Pendereckiego. O ile Chłopecki (wywodzący się z kręgów muzykologii warszawskiej), słynący z trafnych analiz i dużej pasji w stosunku do dzieł Pendereckiego, daje upust swemu rozgoryczeniu uważając, że czuje się, mając do takiego stwierdzenia najświętsze prawo, oszukany [A. Chłopecki: Socrealistyczny Penderecki (w) „Gazeta Wyborcza” 12 –13 X 2002], to odpowiedź znaczących person świata muzyki trąci tanim lokalnym patriotyzmem, przerysowaną dramaturgią (np. „szczyt i osiągniecie kultury polskiej” [Red., Muzyka w prasie, Ruch muzyczny nr 23/2002 s.2]) i właśnie... przesądami... W następnym tekście, Muzyka w prasie [Red., Muzyka w prasie, „Ruch Muzyczny” nr 24/2002 s.2] odnajdujemy odpowiedź redakcji „RM”. W większej części zgodzę się z argumentacją. Przy krytyce krytyki należy korzystać przede wszystkim z mocy poznawczej rozumu. Co za tym idzie, wydawać sądy oparte na doświadczeniu, znajomości kontekstu historycznego. Słowem: wyzbyć się przesądów! Chłopecki niezamierzenie ukazuje jak środowiska artystyczne potrafią być konserwatywne i niewrażliwe na przemiany kulturowe (nie mówiąc już o zwróceniu uwagi na osiągnięcia – cokolwiek przestarzałe już – ludzkiej myśli, tu Fenomenologii).

I tutaj właśnie dochodzę do drugiego problemu stanowiącego, zgodnie z moimi wcześniejszymi zapowiedziami, sedno tej notki. Czy wolność słowa krytyka muzycznego zawsze będzie prowadzić (potencjalnie) do obnażanie pewnych „zaszłości” i „czarnych dziur” w pejzażu kultury (dziś szumnie nazywanej ponowoczesną)? Czy ograniczenie jej nie sprowadzi go li tylko do dalszego umacniania tradycyjnych podziałów i dalszego skostnienia owej „kultury wysokiej”? Czy to właśnie nie krytyk staje się prawomocnym „tłumaczem” coraz bardziej dynamicznej i „pofragmentowanej” kultury? Korzystając świadomie z pewnych narzędzi analiz (semiotycznych, muzykologicznych, estetycznych czy hermeneutycznych) w badaniu konkretnych dzieł, krytyk muzyczny buduje swój warsztat poznawczy, swoje środki docierania do pewnej prawdy o dziele czy kompozytorze czy też jego interpretacji. Wolność doboru materii i sposobu w jaki się ją krytykuje zależy tylko od niego. Dodatkowo, jeśli służy w doskonaleniu swe percepcji dzieła i wyostrzeniu zmysłu krytycznego, wolność słowa i elastyczne granice, a nawet ich brak, są w tym miejscu jak najbardziej pożądane. Dobrego krytyka muzycznego poznać można po tym, że doskonale rozumie szerszy kontekst kulturowy powstania / wykonania danego dzieła. Rzetelny krytyk nie kieruje się li tylko lokalnym patriotyzmem, konformizmem czy wcześniej wspomnianymi przesądami co do konkretnego kompozytora czy dzieła. Wolność wypowiedzi umożliwia zarazem dopuszczenie wielu różnorodnych osądów (dotkliwych, a nawet wulgarnych), ale także znakomicie pokazuje cechy i jakość samego krytyka. Jest to prosta zasada dania wolnej ręki. Jeśli krytyk nie wykorzysta szans i pokaże pewne braki lub będzie kierował się tanim „efekciarstwem” lub czynnikami wymienionymi wyżej, to automatycznie straci on wiarygodność „tłumacza” [Z. Bauman: Prawodawcy i tłumacze, Poznań 1998] zjawisk kultury.

Odebranie swobody sądów równoznaczne jest z ową żdanowszczyzną - tak atakowaną przecież przez środowisko muzyczne... Idąc dalej określenie granic i narzucenie określonego statusu krytykowi równać się będzie stworzeniu rzemieślnika na usługach danego środowiska, konkretnego wykonawcy. określonego kompozytora. Oczywiście, wiele rzeczy da powiedzieć się używając neutralnych czy złagodzonych figur retorycznych, anegdotek, porównań. W tym jednak przypadku sztuką jest ominiecie pułapki „miałkości” krytyki - tzn. chwalimy wszystko, a jeśli łajamy, to przy pomocy lekkich klapsów, ot prztyczków w zadarty nosek. Nie jest to jednak kwintesencją istnienia krytyki samej w sobie.
Krytyka nie musi być konstruktywna, „musi siać ferment i niepokój” [Red., Muzyka w prasie, „Ruch Muzyczny” nr 24/2002 s.2]. Wynikiem ostrej, ale świadomej i wymierzonej w konkretnym celu krytyki jest uświadomienie odbiorcom (konsumentom „kultury wysokiej”) oraz „elitarnym” środowiskom artystycznym, że bycie w kulturze – jednej ze sfer życia i świata człowieka – nie polega na biernym i bezrefleksyjnym przyjmowaniu jej przejawów. Nazwisko, pochodzenie czy dyplomy nie zawsze świadczą o doskonałości kompozytora, dyrygenta, instrumentalisty.

Dobry krytyk, dzięki elastycznym granicom wypowiedzi lub nawet ich braku, potrafi wychwycić pewne momenty (od tych mało istotnych, po te najważniejsze) w np. karierze danego kompozytora, które świadczą o zmianach w stylu, jego stosunku do dzieła czy wreszcie momentach poświadczających ogólną kondycję twórczą danej postaci. Dobry krytyk, to krytyk o wolnych sądach, można by rzec.
Kim jest więc zły krytyk? Według mojego skromnego zdania jest to taki typ człowieka, który lubi być kierowany, lubi wiedzieć co należy w danej chwili powiedzieć lub przemilczeć. Człowiek taki kieruje się myśleniem „metanarracyjnym” wcześniejszych modeli kulturowych, a co za tym idzie nie spełnia roli „tłumacza” procesów współczesnej mu kultury. Podsumowując jednym zdaniem: staje się zabytkiem o znikomej mocy poznawczej.


Game Material


Art Critic Kit (Any Class; Noble Background)
Secondary Skills: academic
Weapon Proficiencies:
Wizard / Rogue groups only; 1 slots.

Nonweapon Proficiencies:
Bonus: Music, Painting, Sculpting; Required: Read / Write, Local History; Recommended: Dancing, Singing, Engineering, Musical Instrument (design), Sound Analysis,
Etiquette, Style Analysys, Sign Language, Sage Knowledge (Art: Composition, History, Personas), Numeracy, Heraldry, City Familiarity
Equipment:
Bonus: lots of paper & quills.

Specjalne Benefits:
nobility; +2 reaction rolls amongst commoners

Special Hindrances: good motivation to go questing, -2 reaction rolls amongst artists
Wealth Options:
per class
.
Races:
Any, excluding dwarves and gnomes.

4 komentarze:

Tajemniczy Pan C pisze...

Zastrzegam, że nie znam książki Baumana, o której mowa w tekście. Sądzę jednak, że z wielu powodów dzisiejszy krytyk nie jest i nie może już być jakimś wyjątkowym autorytetem, którego opinie potrafiłyby "zniszczyć", albo i nie, jakieś dzieło sztuki. Jeżeli więc w ogóle pretendowałby do miana "prawomocnego tłumacza tekstów kultury", to dla publiczności nielicznej i zarazem bardzo zróżnicowanej, która i tak żadnym sposobem nie byłaby wywierała później wpływu na ogólny odbiór postrzegania jakiegoś dzieła. Dlatego rola krytyka, jaka wyłania się w Twoim tekście (czy także proponowana przez Baumana?), wydaje mi się nieco przesadzona, choć oczywiście z "ideologicznego punktu widzenia" bardzo słuszna - zgadzam się, że krytyk powinien mieć całkowitą wolność; zarówno w byciu rzecznikiem jakiejś dyscypliny sztuki, bądź konkretnego omawianego dzieła, jak i w byciu posłem publiczności. I właśnie Chłopecki w tym felietonie wystąpił nie jako tłumacz (przynajmniej tak, jak mogę rozumieć to pojęcie nie znając Baumana), ale raczej rzecznik idei artystycznych, które w twórczości Pendereckiego odchodzą w zapomnienie.

W każdym razie osoby, które skrytykowały felieton Chłopeckiego właśnie w taki sposób, poprzez list otwarty, prezentując albo swój konformizm i lokalny patriotyzm, albo prawdziwe uwielbienie dla najnowszych dzieł Pendereckiego (powód niczego nie zmienia), przypominają snajperów ustawionych pod przyszłym pomnikiem kompozytora i celujących w srające nań gołębie, bo to również ubliża. Być może ich odpowiedź wzięła się właśnie z przekonania o absolutności, owej "prawomocności" opinii krytycznych, i gdyby nie ono, nie powstałby ten nieszczęsny "list otwarty"?

Co do Pendereckiego, on sam słusznie zauważył, że awangarda trwa ledwie kilka lat, później stając się autocytatem. Oczywiście, obrona taka nie nadaje jego nowej drodze twórczej statusu genialności, jest tylko wytłumaczeniem z dokonanego "zwrotu". Podobnie słowa te nie odbierają tym, którzy ciągle eksplorują obszar swoich dawnych wynalazków, możliwości tworzenia interesującej sztuki. Czego przykładem może być np. twórczość Pawła Szymańskiego.

Pozdrawiam

Albino pisze...

Hej

Na wstępie o "tłumaczach" baumanowskich - traktuję w tekście ten termin instrumentalnie, na opisanie stanowiska współczesnego krytyka, który (nie bacząc na posągowe kanony myślenia o X dziele, kompozytorze) tłumaczy nie to, czym samo dzieło jest tylko wytyka błędy w jego percepcji. Czyli, jak słusznie ująłeś w ideologiczny "snajperyzm" podpisanych pod "Listem 21" musiał w końcu zostać przewartościowany (tu przez Chłopeckiego), tak jak każda jakość czy fenomen w sferze kultury. Tak więc tłumacz mówi prawodawcom: Hola, Drodzy Państwo, bredzicie.

Nie ma raczej "prawomocnych tłumaczy", są po prostu źli (zdeterminowani a priori na udowodnienie wyjątkowości / bezwartościowości przedmiotu krytykowanego) oraz dobrzy, będący "od zawsze" obserwatorami czegoś więcej niż tylko utartych opinii. Dobry krytyk powinien, po prostu, powinien znać (pomiędzy wieloma innymi rzeczami) sądy innych, ale tłumaczyć zmiany, poddawać w wątpliwość, przewartościowywać - bez oglądania się na nie.

Co do Pendereckiego, on sam słusznie zauważył, że awangarda trwa ledwie kilka lat, później stając się autocytatem. Oczywiście, obrona taka nie nadaje jego nowej drodze twórczej statusu genialności, jest tylko wytłumaczeniem z dokonanego "zwrotu". Podobnie słowa te nie odbierają tym, którzy ciągle eksplorują obszar swoich dawnych wynalazków, możliwości tworzenia interesującej sztuki. Czego przykładem może być np. twórczość Pawła Szymańskiego.

Do Szymańskiego dodałbym i Lutosławskiego, który nigdy się z niczego nie musiał i nie tłumaczył. Geniuszu jemu odmówić się raczej nie da. A to, co mówił K. P. - wiesz, jak można wierzyć komuś, kto zmienia tytuł utworu i dedykację (zacierając tym samym cały fundamentalny sens dzieła - vide [i]Tren[/i])na chwilę przed premierą? Dla mnie jest to tylko nieudolne tłumaczenie się, na którym ów kompozytor dobrze wychodzi. Ekonomicznie, bo nie artystycznie. ;)

Pozdrawiam również.

Tajemniczy Pan C pisze...

Chciałem dla wyjaśnienia dodać, że, odnosząc się do „pozycji krytyka”, nie zamierzałem występować jako obrońca bądź przeciwnik muzyki Pendereckiego, zresztą nie mógłbym nim być, bo nie znam jej rewelacyjnie. Być może to bluźnierstwo i omijam rzecz obowiązkową, ale jako amator nie czułem się zobligowany do przedkładania obowiązku nad kaprys w kierowaniu się poznawaniem muzyki i moje „poszukiwania” dziwnym zbiegiem okoliczności wielokrotnie już zostawiały twórczość Pendereckiego gdzieś na marginesie; nigdy nie doczekała się ona, być może niesprawiedliwie z mojej strony, głębszej uwagi; ani jej nie zwróciła. Twoja notka przypominająca nie tak dawny cyrk oraz zabawne zachowania Pendereckiego może mnie do tego skłoni. Jeśli tak się stanie, to faktycznie na ekonomii maestro zna się niezgorzej ;)
Odnosząc się jeszcze do poprzedniego wpisu na Twoim blogu, o muzyczności teatru, chciałem dodać parę słów co do muzyki w rpg. Choć w wielu „poradnikach” oraz wypowiedziach „mistrzów wśród mistrzów gry” stawiany jest akcent na muzykę i jej wykorzystanie, sam, być może z powodu własnej nieporadności, nigdy nie potrafiłem wyzyskać z niej tyle, ile podobno na sesji można. Zresztą, miałem tak chyba ze wszystkimi dodatkami na sesji; nie przypominam sobie, bym choć raz jakimś specjałem zwalił z nóg moich graczy. Mam nawet niejasne przeczucie, że lepiej już zdecydować się na ciszę podczas gry, muzykę puszczając wyłącznie wówczas, gdy sami bohaterowie ją słyszą, a nie gracze jako tło.
Na tym założeniu i z zamiarem wplątania do sesji tyle muzyki, ile tylko możliwe, razem z moim znajomym poprowadziliśmy pewną przygodę do Warhammera. Fabuła oparta była na zabawnym wydarzeniu na dworze księcia Mikołaja Esterhazego, melomana jakich mało, który zamęczał swoją orkiestrę nieustannym obowiązkiem gry i ćwiczeń. Muzycy prosili Haydna o przekonanie księcia, by ten dał im parę dni urlopu; by wyrazić to pragnienie Haydn napisał 45 symfonię fis-moll. Na sesji wyglądało to tak: banda warhammerowych oprychów (o muzyce nie wiedzieli nic) została zaczepiona przez kochankę jednego z muzyków, która „nie mogła się doczekać kwiatów od lubego i obawiała się, że coś mu się dzieje, bo nie składa jej wizyt, nawet nie wychodzi z zamku”, by dostali się jakoś na zamek i dowiedzieli się, co z jej najdroższym. Samo to było karkołomnym zadaniem, a później trzeba było jeszcze poznać Herr Kapelmeistra i przekonać go w imieniu muzyków (z którymi dla potrzeb sesji był skłócony i na próbach na nich raczej wrzeszczał, sam lękając się, że straci pracę na książęcym dworze), by zapytał o urlop księcia, a po odmowie, by próbował go przekonać innym sposobem – pisząc właśnie 45 symfonię. I tak oto, gdy wszystko się udało, muzyk dostał znów więcej wolnego i zaczął odwiedzać swoją ukochaną, mogąc „układać ją do snu” :) Niestety, jestem obłożony chyba jakąś antymuzyczną klątwą, bo sesja wyszła dość mizernie, choć teraz te pomysły wspominam z uśmiechem.
Prawdą natomiast jest, że postaci graczy zbyt rzadko mają coś wspólnego z muzyką. Nie chodzi tu nawet o jakieś poważne muzykowanie, ale śpiew, gwizdanie, nucenie itd. Śpiew podróżnego dodawał mu otuchy podczas podróży, zwłaszcza gdy przeprawiał się przez takie tereny, jakie zazwyczaj stają się szlakiem erpegowych herosów. Nie wspominam już o postojach, śpiewach przy ognisku itd. Wydaje się, że erpegowi bohaterowie przemierzają ziemie nekromantów i demonów w milczeniu, pogrążeni w swoich (zapewne dość prostych, biorąc pod uwagę ich intelektualne aspiracje) myślach jak skazańcy prowadzeni na rzeź.

Albino pisze...

Co do pierwszej części Twojej wypowiedzi: ale ja Cię oczywiście nie oskarżam o bycie "konserwatywnym fanem" K. P. :) Jego dzieła znać warto, zwłaszcza te wczesne, właściwie wszystko do lat 80, bo to ważne wydarzenia w historii polskiej muzyki jak i utwory wartościowe od strony kompozytorskiej. Tak czy siak, wspomniana przez Ciebie twórczość Szymańskiego (czy przeze mnie Lutosławskiego) jest, jak pokazuje nam ich wartości upływ czasu, o wiele cenniejsze - i to na wielu poziomach. :)

Co do dłuższej części o "muzyce a RPG" odpowiem w nowym poście.

Miłego weekendu. :)