28 lutego 2009

Rafał W. Orkan: Wywiad

Za zgodą Jarla frå Oslo publikuję na Inspiracjach jego wywiad z Rafałem W. Orkanem.

---

Mam przyjemność opublikować mój wywiad, który przeprowadziłem (1-3 listopada) z wrocławskim fantastą, autorem (m. in.) Miód z moich żył i Paramythia Vakkerby: Głową w murRafałem W. Orkanem. Prawdopodobnie pierwszy w Polsce! :)


Siedzisz w niewielkiej komnacie, 10x10m. Jedyne meble w niej to wiekowe regały z wieloma manuskryptami, stoły uginające się od tomiszczy i notatek, dwa stołki. W powietrzu unosi się chmura dymu z Twojego cygara i fajki niemożebnie chudego maga, który jest całkowicie niewidoczny spoza swojego cienkiego kostura.

Załóżmy, że piszę Twoją biografię intelektualną. Pierwsze pytanie zawsze dotyczy początków: kiedy i dlaczego akurat ten rodzaj literatury Ciebie zainteresował?

Od maleńkości postrzegałem rzeczywistość przez jakiś fantastyczny pryzmat. Zresztą, chyba każde dziecko tak ma, tyle że ja nigdy z tego nie wyrosłem. Trudno cofnąć się w czasie; odnoszę wrażenie, że od zawsze pociągało mnie to, co niezwykłe, nieziemskie, obce i fantastyczne. Z dzieciństwa utkwiły mi w pamięci sceny z takich filmów jak Gwiezdne wojny czy Niekończąca się opowieść, pamiętam też serial Robin of Sherwood (później zresztą wielokrotnie powtarzany przez telewizję). Osobliwe jest, że filmy niefantastyczne już mi się tak w pamięć nie wryły. Widocznie już we wczesnym dzieciństwie nastąpiło jakieś sprzężenie, szczególny rodzaj wyczulenia na fantastyczną poetykę. Pociągała mnie historia, bo historia ma w sobie mnóstwo magii - wszak świat, który ponoć kiedyś istniał, a którego nigdy nie widzieliśmy i zobaczyć nijak nie możemy (chyba że za pośrednictwem sztuki), jest wręcz do cna fantastyczny. Dlatego prędko sięgnąłem np. po Krzyżaków; szukałem książek, które zabiorą mnie w podróż do miejsc, do których może zaprowadzić jedynie wyobraźnia, a historia mi to w jakiś sposób umożliwiała. Jednakże nieposkromiony głód na te wszystkie cudowności, których niewyraźne, rozedrgane wyobrażenia buzują w dziecięcej główce, popychał mnie nieubłaganie w kierunku literatury fantastycznej. Wreszcie wpadł mi w ręce zbiorek amerykańskiej SF. Teksty tam zawarte były jednak nieco zbyt ciężkie jak dla dziewięciolatka. Ale już dwa lata później, na witrynie mijanej w drodze do szkoły księgarni, zobaczyłem kilka pierwszych tomów opowiadań o Conanie (tych wydawanych przez PiK). To było to! Do dziś mam ogromny sentyment do prozy Howarda, choć teraz zapewne nie umiałbym już przyjąć tych tekstów bezkrytycznie, wolę więc nie ryzykować zburzenia związanych z nimi wspomnień i unikam powrotu do nich. Po Conanie przyszedł czas na Władcę pierścieni. Świat wykreowany przez Tolkiena pochłonął mnie bez reszty, zauroczył i w jakiś sposób wpływa na mnie do dziś. W tym czasie nastąpił zresztą w ogóle boom na fantastykę z zachodu, więc było w czym wybierać. I tak się to wszystko w skrócie zaczęło; chyba dość klasycznie, jak sądzę.

Wspomniałeś dwa wielkie nazwiska twórców fantasy. Z czasem ich przybywało. Czy potrafiłbyś ocenić wpływ tych wczesnych doświadczeń literackich na Twoje postrzeganie fantastyki w późniejszym okresie dojrzewania? Stanowili kanon i punkt odniesienia dla Twoich ocen następnych książek?

Przede wszystkim, zarówno Howard jak i Tolkien, otworzyli dla mnie wrota zadziwiających światów. Od tamtej pory szukałem więc takich książek, które zdołałyby zaoferować mi coś podobnego. Oczywiście wymagało to wyjścia poza samo fantasy. Dziś staram się postrzegać fantastykę jako twór wydalający najróżniejsze podgatunki, będące jednak częścią jednego organizmu. Czym mniej wyraźny podział gatunkowy, tym książka wydaje mi się ciekawsza. To oczywiście uproszczenie. Ważne jednak dla mnie było i jest, aby w fantastyce pojawiało się mniej naśladownictwa, więcej zaś sięgania do korzeni; innymi słowy, oczekuję od autorów, że umożliwią mi przeżywanie podobnych emocji, jak podczas pierwszych fantastycznych lektur. Po Howardzie i Tolkienie udało się to m. in. Gibsonowi, Herbertowi czy Wolfe'owi. Nie bawią mnie natomiast dzieła epigonów, ponad grę wyobraźni przedkładających powielanie wytartych schematów. Po prostu ciągłe wchodzenie do tej samej wody nie sprawi, że poczujemy się świeżo, bo za każdym razem woda będzie coraz bardziej mętna i brudna. Nie sposób też przywołać starych emocji, zwyczajnie je powielając. Prawdziwe emocje biorą się z nowych, choć równie silnych doznań. Howard i Tolkien stworzyli kiedyś coś nowego i ja wciąż chcę nowości, świeżości. Nie kolejnych Howardów i Tolkienów, tylko twórców na ich miarę - rozpoznawalnych, oryginalnych, siłą swej prozy popychających fantastykę do przodu. Czy to na poziomie idei, pomysłu, fabuły, czy choćby samej tylko scenografii.

To brzmi trochę jak manifest współczesnego pisarza pulp fictions. Wyzwolenie się z wyświechtanych ram gatunkowych s-f/fantasy/horror etc. Czy znajdujesz jakichś autorów - Mistrzów, którzy obecnie są dla Ciebie inspiracją?

Inspiracją jest dla mnie, po części, właściwie wszystko co przeczytam, obejrzę, usłyszę i przeżyję. Tak więc po równo te najstarsze, dawno czytane powieści, jak i to, co wpada mi obecnie w czytelnicze ręce. Jeśli już miałbym wskazać inspirację najważniejszą, byłaby to, jak sądzę, proza Gene Wolfe'a. Ale nie znaczy to, że literacko chciałbym iść w ślady tego autora, ani tym bardziej, że bym potrafił. Nie sądzę też, żebym któregokolwiek z pisarzy mógł nazwać swoim Mistrzem. Odnalazłem natomiast "twórczą więź" z powieściami Chiny Miéville'a, na które początkowo spoglądałem trochę z zawiścią, dotąd sądziłem bowiem, że mój pogląd na fantastykę nosi znamiona pewnej oryginalności. Lektura Dworca Perdido uświadomiła mi, jak bardzo się myliłem, ale przełknąłem to jakoś, i nawet zazdrość o niewątpliwy talent literacki brytyjskiego pisarza nie zepsuła mi zabawy. Podoba mi się takie wynoszenie pulpy, kiczu na nowy poziom literacki. Coś podobnego robi Tarantino w ramach sztuki filmowej. Jestem więc ogromnym zwolennikiem prozy Miéville'a i w niej m. in. upatruję przyszłości fantastyki. Książki tego pisarza nie stanowią jednak dla mnie jakiejś szczególnej inspiracji, raczej odnalazłem w nich to, czego już szukałem i co sam próbowałem już nieśmiało tworzyć. Najsilniejsze inspiracje, jak sądzę, tkwią głębiej i pochodzą z dawnych lektur, przechodząc jedynie ciągłe transformacje - przeobrażają się one pod wpływem nowo poznawanych książek i dojrzewają wraz ze mną - ale to nadal stare obsesje, stare pasje. Tyle że w nowych szatach.

Pamiętam Ciebie sprzed kilku lat, piszącego teksty "do szuflady". Kiedy przyszedł ten moment, że stwierdziłeś: "Ok, pora to ujawnić"? To był proces, czy archimedesowska Heureka?

W połowie 2006 roku trafiłem na opowiadanie, opublikowane w jednym z branżowych czasopism i pomyślałem - cholera, to ja się ukrywam, już tyle lat rozpychając tekstami szuflady, a tu drukują coś takiego? Wtedy postanowiłem pokazać coś z tej szuflady, ale uznałem, że najwłaściwszym do tego miejscem będzie jakieś internetowe forum, na którym zaprezentuję swoje teksty, jednocześnie wystawiając ją na ogień szczerej krytyki. Wiesz, ja nigdy nie potrafiłem zbyt pozytywnie oceniać tego, co wyszło spod mojego pióra i wciąż byłem pełen wątpliwości, tak więc przyjąłem strategię powolnego oswajania mojej twórczości z czytelnikiem. Chciałem się upewnić, czy to się w ogóle do czegoś nadaje. W tym celu zarejestrowałem się na Forum Fahrenheita i wrzuciłem tekst do tzw. ZakuŻonych Warsztatów. Tak to się zaczęło.

Litościwie nie zapytam o nazwisko inicjującego Twoje kroki autora/autorki. Czytywałeś w Fenixie "Kącik złamanych piór" Feliksa W. Kresa. W chwili obecnej i z dystansu - sądzisz, że mógł on także wpłynąć na Twoją dyscyplinę pisarską i powzięcie decyzji o publikacji Twoich tekstów?

Mój pierwszy twórczy drogowskaz. Tak, myślę że tamte wskazówki były dla mnie rodzajem pisarskiego przedszkola, które w jakiś sposób uformowało moje podejście do kształtowania warsztatu i wbiło do głowy pokorę, a przede wszystkim uświadomiło mi, że pełno jest takich jak ja, autorów in spe, muszę więc dać z siebie wszystko, jeśli chcę coś osiągnąć.

Do debiutu i obecnej sytuacji doszedłeś sam po wielu latach pracy nad swoim warsztatem pisarskim - jak udaje Ci się godzić to z pracą "spłacającą rachunki", życiem rodzinnym i spotkaniami konwentowymi? Małżonka nie grozi korbaczem? Musisz być cholernie zarobionym (i opancerzonym) fantastą!

Małżonka nie grozi korbaczem, wręcz przeciwnie, zachęca do pracy twórczej, niejednokrotnie stanowiąc dla mnie nieocenioną inspirację. Ona miewa bardzo dziwaczne sny, zazwyczaj koszmary, które doskonale pamięta. Zdarzało mi się już korzystać z wyśnionych przez nią miejsc, postaci i sytuacji. Ale godzenie pracy twórczej z pracą zawodową, z życiem rodzinnym i różnymi obowiązkami rzeczywiście nie jest łatwe. Normalne dla mnie stało się sypianie po cztery, pięć godzin na dobę. Pomysły na różne teksty nakładają się na siebie, nie mam czasu nad nimi zapanować, nie wspominając o realizacji. Dodatkowo, najróżniejsze niespodziewane wydarzenia, jak choroba czy nowe obowiązki, potrafią skutecznie wytrącić z rytmu. To jest niekiedy prawdziwa katorga - za dnia pracuję fizycznie, noce spędzam przed komputerem, do tego dziecko, żona itd. Zbyt wiele czasu zmarnowałem i teraz mam wrażenie, że próbuję ten czas nadrobić, czasem się w tym gubiąc. Tak jakbym był żonglerem, podrzucającym zbyt wiele piłeczek. Ale jakoś daję sobie radę. Prawdę mówiąc, gorąco liczę na to, że moja debiutancka książka spodoba się czytelnikom na tyle, że nadal będę mógł być "zapracowanym fantastą", może nawet bardziej zapracowanym niż teraz. Co do konwentów - nie jeżdżę na nie już od kilku lat, chyba że odbywają się we Wrocławiu. Mam jednak nadzieję, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie.

Opowiadanie "Miód z moich żył" (z ubiegłorocznej antologii Fabryki Snów pn. "Kochali się, że strach") dostało wiele pozytywnych recenzji. Debiut masz już za sobą - nadchodzi powieść. Jak się czujesz "po drugiej stronie stolika" na konwentach/spotkaniach autorskich?

Nie czuję się. To znaczy, zdecydowanie zbyt wcześnie na takie pytania. Póki co, swego rodzaju stolikiem bywają fora fantastyczne lub ten wywiad (swoją drogą pierwszy w moim życiu), ale prawdziwego spotkania autorskiego jeszcze nie miałem i pewnie prędko to nie nastąpi. Dopóki autor nie opublikuje własnej książki, raczej nie może liczyć na szerszą rozpoznawalność, a i po książkowym debiucie różnie z tym bywa. Niemniej, zdarza mi się spotykać z osobami, które czytały jedno czy dwa moje opowiadania i wówczas wychodzi z tego coś jakby mini-spotkanko autorskie. Jest mi z tym trochę dziwnie, nieswojo, mam wtedy wrażenie, jakbym założył na siebie obcą skórę, która z jednej strony krępuje prawdziw(sz)ego mnie, z drugiej stając się czymś w rodzaju pancerza. To jakby uniform zakładany do pracy, albo ciemne okulary rockmana - coś, co pozwala zachować dystans. Wiesz, trudno mi z tak niewielkim, w gruncie rzeczy, dorobkiem literackim czuć się jak pisarz. Nie wiem do końca, jak się zachować, wciąż bardziej jestem fanem, czytelnikiem niż pisarzem (w ogóle trochę drażni mnie określenie "pisarz", jeśli jest kierowane do mnie). Raczej postrzegam siebie jako gościa, któremu na razie bliżej do ulicznego karykaturzysty, niż prawdziwego malarza, jeśli wiesz o co mi chodzi. Prawdę mówiąc, reaguję ukrytą paniką i tłumioną histerią, jeśli ma dojść między mną a czytelnikiem do jakiejś konfrontacji na żywo.

Duża forma - powieść. Paramythia Vakkerby: Głową w mur. Termin wydania 2009. Możesz podać jakieś szczegóły? *Charm person* Imię głównego bohatera/ki/ów, ogólny zarys fabularny, jakieś planowane kontynuacje, konkretniejszy termin?

Przede wszystkim nie jest to powieść w klasycznym rozumieniu. Raczej mozaikowa para-powieść, składająca się z tzw. "apologów", które spełniają tam rolę rozdziałów, choć równie dobrze mogą być traktowane jako osobne opowiadania (Miód z moich żył również wchodzi w skład książki, jako jeden z apologów). Starałem się jednak skomponować całość w taki sposób, aby tworzyła większą opowieść, tyle że potrzaskaną, snutą z żabiej perspektywy, czasem idącą poboczem nadrzędnej fabuły. W związku z tym trudno mówić o jednym głównym bohaterze, choć na pierwszy plan wyłania się zdecydowanie uciszyciel Byhtra - postać, którą można zobaczyć na okładce. W każdym razie, jest to bardziej powieść niż zbiór opowiadań; teksty należy czytać po kolei, apologi są ze sobą mniej lub bardziej związane, przeplatają się fabularnie i tworzą razem konkretną, choć mozaikową historię, z początkiem i końcem. No... zakończenie jest po prawdzie częściowe, bo - odpowiadając jednocześnie na Twoje pytanie - będzie kontynuacja. Tak naprawdę Głową w mur to jedna z trzech części tworzących Paramythię Vakkerby, jest to więc struktura kilkupoziomowej mozaiki. Następny tom właśnie piszę, trzeci będzie zaraz po nim. Dziki Mesjasz i Oblężone miasto - tak będą zatytułowane. Całość ma trochę antyutopijny charakter i opowiada, jak sądzę, o "walce z Systemem", gdzie owym Systemem może być zarówno narzucona władza czy obowiązujący ustrój społeczny, jak i (a może przede wszystkim) to wszystko, co jest w nas samych i co krępuje, zniewala, tłamsi, tworzy iluzje, nie pozwalając osiągnąć stanu, w którym czujemy się wolni lub prawdziwi. To takie moje wołanie o wolność i zarazem pytanie, czy owa wolność w ogóle istnieje. Wszystko to oczywiście ujęte w ramy lubianej przeze mnie stylistyki pulp fiction, a więc ma charakter rozrywkowy, dosadny, trochę komiksowy i nieco surrealistyczny. Wszelkie moje obsesje, jakie wepchnąłem w tę książkę, są więc podane w sposób bardziej zbliżony do chorej kreskówki dla dorosłych, niż do powieści-stawiającej-Pytania. Odpowiadając na ostatnią część pytania - konkretniejszy termin wydania Głową w mur nie jest znany, ale będzie to prawdopodobnie początek roku.

Wielkie pióra zza Oceanu (takie jak Vance, Leiber czy Feist) często współpracowali z pismami o grach RPG lub przyznawali się do tego, iż są one ich hobby. Stąd moje następne pytanie. Na polskich konwentach nie wypadało go zadawać, by nie narazić się na ironiczny uśmiech ludzi, których wypocin nie dało się czytać bez takiego samego uśmiechu. Grasz w RPG?

Gram. Zaczynałem czternaście, prawie piętnaście lat temu. Choć w tej chwili wypadałoby raczej powiedzieć, że grałem, bo ostatnie dwa/trzy lata upłynęły mi właściwie bez RPG; po prostu notoryczny brak czasu dał mi się we znaki. Niemniej z chęcią wróciłbym do tego pasjonującego hobby i, o ile znajdę w sobie dość energii, pewnie w końcu wprowadzę tę chęć w życie. Jeśli nie liczyć czytania i pisania, trudno mi wymienić inne, tak pochłaniające wyobraźnię, zajęcie. Gry fabularne wiele mi dały i wiąże się z nimi wiele wspaniałych wspomnień. No i poznałem dzięki nim osoby, z którymi przyjaźnię się do dziś, bo RPG jest swoistym przedłużeniem dawnych opowieści, snutych przy ognisku przez uzdolnionego gawędziarza lub członka starszyzny. Opowieści te łączyły ludzi, dając im poczucie wspólnoty. Dziś, do pewnego stopnia rolę tę przejęła telewizja (wszak wielkie tłumy oglądają to samo), lecz kosztem duchowego i społecznego zubożenia, niemożebnie kastrując wyobraźnię i niszcząc głęboką więź, jaka może zaistnieć tylko między prawdziwymi uczestnikami takiego spektaklu. Lekarstwem wydaje się być teatr i gry fabularne, przy czym te drugie mają bardziej kameralny charakter, a co za tym idzie, naprawdę potrafią związać ze sobą ludzi, dając im poczucie jakiejś duchowej wspólnoty i otwierając na bardzo intymne doznania w sferze wyobraźni.

Przeczytałem gdzieś na sieci Twoją odpowiedź na uwagę o podobieństwie Vakkerby do genialnego Planescape. Dopuszczasz taką możliwość: Vakkerby RPG / Campaign Setting?

To byłoby wspaniałe, ujrzeć RPG umiejscowione w Vakkerby, ale musiałyby zostać w tym celu spełnione dwa żelazne warunki - po pierwsze, najpierw musi ukazać się cała "Paramythia...", wszystkie trzy części. Po drugie, nie obeszłoby się bez jakiegoś zapaleńca - fana, który miałby ochotę i umiejętności potrzebne do przełożenia moich wizji na język gier fabularnych. Ja na pewno nie będę w stanie się tym zająć. Osobną kwestią jest oczywiście wydanie takiego podręcznika, ale tu już zagłębiamy się w rejony baaardzo fantastyczne.

I na koniec: jakich rad udzieliłbyś młodym zapaleńcom o małej wierze w powodzenie, którzy piszą do szuflad?

Bądźcie samokrytyczni, ale pamiętajcie, że nie sposób wygrać miliona w "totka", jeśli nie obstawi się cyfr. Prawda jest taka, że jeśli potraficie pisać, ktoś to w końcu zauważy; trzeba tylko otworzyć szufladę. Jeśli jednak brakuje wam talentu, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby się o tym przekonać, raz na zawsze rozwiewając wątpliwości.

Dzięki za wywiad, życzę powodzenia na dalszej drodze, którą obrałeś. Czytelników Demons & Dragons zachęcam do zapoznania się z twórczością Rafała W. Orkana.

Ja również dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników Demons & Dragons.


© Demons & Dragons, Jarl Frå Oslo, 2008. Korekta: Suspreena. Prawa do publikacji przekazane przez autora. © Inspiracje, 2009.

5 komentarzy:

Borejko pisze...

Heh!

Luc du Lac pisze...

a nie mówiłem ?:)

Albino pisze...

Zanim zaczniecie snuć domysły (chociaż chyba już do resume doszliście) zaznaczę, że mamy z Jarlem wspólnego znajomego (R.W.O.) i nic poza tym. :D Retro i whatever on tam pisał nie będzie, bo raz że to poza moimi zainteresowaniami, dwa, że musiałbym mieć zgodę na całość materiału, a aż tak dobrze autora nie znam. Nie ma czym się podniecać, really. :)

Luc du Lac pisze...

ale tu nikt się nie podnieca.... really :)

Albino pisze...

Mhm, widzę. ;)