27 czerwca 2009

Wanitatywnie

Dziwnie jest obserwować odchodzący świat, który pamiętamy z lat 80-tych. Stwierdzenie banalne, ale dopiero z wiekiem pojawia się to doświadczenie z pierwszej ręki, bez czytania o tym w egzystencjalnej prozie, starych nekrologach w gazetach czy relacjach starszego pokolenia. Kanonik niejednokrotnie rozwodził się o śmierci ikon popkultury ze światka RPG. A to Gygax & Arneson, a to niedawno Herber czy Crosby. Oni byli „od zawsze”, odkąd sięga pamięć człowieka koło trzydziestki, czterdziestki. Podobnie było z JP II (żaden z autorów tego bloga nie jest papistą – a nawet katolikiem), Geremkiem, Kapuścińskim, Lemem, Kałużyńskim, Kisielem i innymi postaciami będącymi równie istotnymi elementami, zazwyczaj symbolicznymi, w przemijającej rzeczywistości. Na własnej skórze, bez pośrednictwa źródeł historycznych czy estetycznych zaczynamy doświadczać mijania epoki, a staje się to tym bardziej widoczne, że niewiele z nowych ikon i wschodzących gwiazd staje się taką samą częścią naszej realności jaką były te odchodzące.

Mam na myśli fenomen, który można opisać jako „odchodzenie świata dzieciństwa” lub, wariacyjne, „wieku dojrzewania”. W świecie ludycznym oraz szeroko pojmowanej estetyki, które towarzyszyły ludziom 30+ „od zawsze” pojawiają się niezapełnialne luki. Nowości przyjmowane są w różny sposób i z różną tolerancją i w tej kategorii wiekowej pojawia się często wałkowana i fajnie wyłuszczana przez Kanonika historyczna kategoria nostalgii (tu RPG-owej). Jeden z jej podstawowych elementów: przemijanie i brak równie wyrazistych zastępców. I jest to patrzenie wstecz przez kolorowe okulary dzieciństwa. Pamiętam jak zmarł W. Lutosławski, to był dziwny czas – wszak ten człowiek był od zawsze, a przecież jego aleatoryczne kompozycje zacząłem rozumieć (i z nimi pracować intelektualnie) kilka lat później. Niemniej, najważniejszym był fakt, że coś się skończyło, odszedł fragment stałej realności.

Wracając do ludyczności i estetyki – śmierć M. Jacksona to też ważny moment, który wpisuje się w powyższe jakości egzystencjalne. Facet był „od zawsze”, w latach 80-tych plakat z nim czy naprasowanka były skarbem, egzotycznym dodatkiem do kolekcji czegoś spoza szarej rzeczywistości Polski Ludowej. Nawet jeśli się go nie lubiło, a muzykę wolało inną. Ludzie w wieku 50+ przezywali coś podobnego, gdy zmarł Elvis, Hendrix czy Morrison (oczywiście, klasa artystyczna zupełnie inna). 60+ przeżywali zgony różnych amerykańskich bohaterów kina Złotej Ery Hollywood, etc. Tyle że to są doświadczenia z „drugiej ręki” i dla nich tego typu wanitatywne wywody są truizmami, bo już się z tym oswoili (chociaż nostalgia pozostaje do końca i plasuje tamtą ich rzeczywistość jako najwartościowszą).

Kurczę, ciężko jest sobie wyobrazić świat artystyczny bez Rolling Stones, Ronniego Jamesa Dio, Ozzy'ego czy Iron Maiden. Bez takich postaci jak Penderecki, Schwarzenegger, Stan Lee, Lucas, Sapkowski, Pacino, Burton i wielu, wielu innych - z bardzo różnych sfer i fragmentów realności „wieku minionego”. A przecież wielu z nich, co zabrzmi groteskowo, stoi w kolejce do skategoryzowania jako: „Wielcy Nieobecni”. I nieważne czy się ich lubi, słucha, ogląda, czyta – coś się kończy i w sumie (na podobną aksjologiczną skalę) nic się nie zaczyna.

2 komentarze:

Paladyn pisze...

Naszym przekleństwem będzie obserwować, jak za naszego życia odejdą wszyscy idole, ludzie których ceniliśmy, uważaliśmy za wzór, autorytet, drogowskaz.

Albino pisze...

Właśnie i gorzej jak nie będzie czegoś na podobna skalę. Teraz w nauce, sztuce czy popkulturze liczy się bycie jednostrzałowcem, gwiazda sezonu, albo zrobić tytuł i olać resztę ciągnąc pensum i nie pisząc nic sensownego. Nie ma co porównywać ludzi pokroju Beyonce czy Dody do Davida Bowiego czy Ryśka Riedla odpowiednio choćby pod względem długości bycia na scenie, wrośnięcia w popkulturę, klasę itp. Albo Rubik a Lutosławski - haha.