27 sierpnia 2009

Blog Karnawał: Niezapomniana Sesja

Trochę nie fair pisać drugi post na jednym blogu do Karnawału, ale zarówno Smartfox jak i Kanonik namówili mnie bym siadł i wreszcie opisał coś z sesji w Anaborii. Nie była to w mojej karierze sesja najlepsza, ale na tyle fajna i dość ciekawa, że postanowiłem nią „zadebiutować” w KBRPG nr 3. 


Od trzech sesji postanowiłem wykorzystać stary myk i zmienić nieco formułę samego grania. Otóż, w rodzimym plemieniu postaci graczy trwała rywalizacja na najlepszą opowieść – co generalnie nadal stanowi wewnątrzplemienną mydlaną operę, ale z „twistem”. Ten, kto opowiada, prowadzi kolejną sesję dla mnie i reszty graczy, która bazuje na opowiadanej na Anaborii historii. Postać gracza opowiadającego nie występuje w opowieści, a reszta niejako wprojektowuje swoje postacie w historię, utożsamia się z jej bohaterami i, koniec końców, grają tymi samymi postaciami i zdobywają normalnie EXP. Przyszła moja kolej, jako DM przedstawiłem opowieść jednego z NPCów.

W założeniu historia miała mieć miejsce w Spelljammerze (sic), więc NPC zaczął mocno abstrakcyjnie bujać w obłokach i wprowadził postacie graczy, tak by było wszystko dla nich zrozumiałe, w następujący sposób:


  • Umieścił całe plemię na pasie asteroidów, wielkich i rozrzuconych na ogromnej przestrzeni flogistonu. Opisał je jako wyspy unoszące się na bezkresnym, czarnym morzu. Odpowiednik modelu świata Anaborii.


  • Wyjaśnił, że ich szaman zbudował wielką łódź, która przypomina biegnącego jaguara (opiekuńcze zwierzę plemienia PC), która potrafi żeglować po tym czarnym morzu. Był to plemienny statek spelljammerowy.


  • Broń palną opisał jako hyperboryjskie różdżki magiczne, ale te obecne w plemieniu, jako broń, w której zamieszkują Duchy Przodków.


  • W morzu, w pobliżu wysp utworzyła się wielka otchłań pełna dziwacznych istot z Carniborii – chodziło o Czarną Dziurę, która wsysała asteroidy.

Dzielni barbarzyńcy zostali włączeni w ekspedycję badawczą pod wodzą plemiennego Amada (nauczyciela jednej z graczek). Lot opisałem jak żeglugę po jeziorze, napotykane stwory jako nieznane dinozaury lub szpiegów carniboryjskich, a Giffy jako dziwaczne, zadufane w sobie hipopotamy, które traktowały kosmiczną wersję anaboryjczyków jak stado dzikusów i dziwaków. Tu gracze domyślili się gdzie są więc postanowiłem wszystko zamotać jeszcze bardziej.

Po przybyciu w okolicę Czarnej Dziury, ta „włączyła ssanie” i gracze, którzy już mieli wszechwiedzące miny „wiemy o co chodzi”, próbowali pomagać szamanowi kierować spelljammerowym jaguarem. Hełm kapitański pękł, statek wdryfował do... Happy Hunting Gounds [jeden z Outer Planes w planologii D&D Gygaxa; w AD&D Planescape znane jako Beastlands – O. K.]. Trafili na poziom Goldenroost, gdzie królował Bóg Orzeł oraz bytowały Duchy (ich) Przodków – z trzeciej kategorii, te bardziej zezwierzęcone. 

Orli Bóg [Remnis – Wasz O. K. ;)], świadom tego, że intruzi w dziwnym statku przekroczyli granicę jego domeny, posłał różnego rodzaju ptactwo, by ich śledziło. Dodam, że PCs byli wychowani w kulturze o wpływach aleyeskich, gdzie kruki stanowiły bardzo cenne trofeum... Wywiązało się radosne polowanie i bieganina za drobiem – tu rozpocząłem kolejny, planarny tym razem sandbox i dałem kompletną swobodę, gdzie gracze się udadzą i co zechcą zrobić. Poza polowaniem na kruki, szaman wydał polecenie, by znaleźć sposób na ponowne uruchomienie statku. Wprowadziłem też wątek oparty o Rule of Three, Orli Bóg i perfekcyjna przyroda z jednej strony, anaboryjscy intruzi z drugiej i zbrojna wyprawa Doomguards chcąca wprowadzić większą entropię i "emo" w zawsze-kwitnące, barbarzyńskie Happy Hunting Grounds
Gracze stanęli, co było do przewidzenia, po stronie driad i nimf [i zapewne Advanced Bizonów & Sokołów, literalnie – O. K. ;)] po tym, jak zaczęli spotykać swoich rodziców, dziadków i innych członków rodziny (duchy). Odtąd większa część sesji znowu stała się "mydlaną operą z Doomguards w tle", „spotkaniami po latach” i "wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma to jak w rodzinie, nawet tej martwej". Doomguards właściwie nie mieli szans, większość zginęła, resztę zaprowadzono przed oblicze Boga Orła i radośnie poświęcono ich serca podczas dionizyjskiego misterium, ku uciesze różnych latających ścierwojadów pod boską władzą. Triumf pierwotnej, zwierzęcej natury nad humanizmem. :) Tu opowieść się skończyła, jedna z graczek wygrała rywalizację, bo opowiadający takie wyrodne banialuki NPC-storyteller został obity i odebrano mu prawo do posiadania więcej niż 3 żon.

Komentarz od Kanonika: przypomniały mi się stare sesje w Spelljammera i Planescape z połowy lat 90-tych (jeszcze jak mieliśmy szczenięcego świra na punkcie firmowych settingów). Oba settingi nadawały się właśnie do takich stonerskich tripów w świat wyobraźni i nie ograniczała je (zbytnio) konwencja - wiadomym było, że w AD&D "wszystko zdarzyć się może". Sesja fajna, technika "przeskakującej" z gracza na gracza opowieści-scenariusza zacna, zwłaszcza w barbarzyńskich społecznościach, gdzie słowo miało ogromną moc stwórczą / niszczącą.

4 komentarze:

smartfox pisze...

E tam nie fair. Tu nie chodzi o jeden wpis z bloga, a jeden wpis od bloggera.

Opowieść świetna. Dionizyjskie misterium zakończone rzezią, za co Wy tak tej cywilizacji nie lubicie? ;)

Albino pisze...

Jesteśmy tym, co zjadamy;).

Ojciec Kanonik pisze...

E no, ja lubię duże miasta!

smartfox pisze...

Kurde, wolę w takim razie nie myśleć, kim jestem :).