28 lutego 2009

Dźwięki Neverlandu

5 komentarze
Jeden z czytelników, w odpowiedzi na notkę Muzyczność teatru, podał kilka swoich obserwacji z sesji, na których muzyczna materia jak i wplatanie w fabułę wątków związanych z artystami, kompozytorami i muzykalnością postaci graczy odgrywały centralną rolę. Pozwoliłem sobie ustosunkować się, jak i poddać dalszej dyskusji jego obserwacje, które złożyły się na swoistą „muzyczność RPG”.


Odnosząc się jeszcze do poprzedniego wpisu na Twoim blogu, o muzyczności teatru, chciałem dodać parę słów co do muzyki w rpg. Choć w wielu „poradnikach” oraz wypowiedziach „mistrzów wśród mistrzów gry” stawiany jest akcent na muzykę i jej wykorzystanie, sam, być może z powodu własnej nieporadności, nigdy nie potrafiłem wyzyskać z niej tyle, ile podobno na sesji można. Zresztą, miałem tak chyba ze wszystkimi dodatkami na sesji; nie przypominam sobie, bym choć raz jakimś specjałem zwalił z nóg moich graczy. Mam nawet niejasne przeczucie, że lepiej już zdecydować się na ciszę podczas gry, muzykę puszczając wyłącznie wówczas, gdy sami bohaterowie ją słyszą, a nie gracze jako tło. - Tajemniczy Pan C



Czytelnik poruszył tutaj dość istotne problemy immanentności i permanentności muzyki – mówiąc językiem filmoznawczym. W znacznej większości przypadków wykorzystania muzyki na sesjach mamy do czynienia z immanentnością. Muzyka po prostu jest, gra w czasie rozgrywki, ilustruje (zazwyczaj prostacko i w sposób niewyszukany, en face) wydarzenia dziejące się podczas przygody. Najbanalniejszym przecież sposobem recepcji muzyki jest obrazowanie, później emotywny odbiór i te kryteria zazwyczaj wpływają na jej dobór dramaturgiczny. Przez dwadzieścia lat mojej przygody z RPG nie trafiłem jeszcze na tekst, który starałby się choć na milimetr wyjść poza takie schematyczne ujęcie roli muzyki na sesjach. Jest walka? Gra coś epickiego i głośnego. Jest strasznie? Gra „Wywiad z wampirem”. Etc., etc. Banał za banałem, i tak przez pokolenia. A dlaczego właśnie nie cisza? Albo zwykły ambient lub muzyka pozbawiona jasnej i prostej w „usznej konsumpcji” melodyki, która wprost niczego nie ilustruje? Po co ograniczać się do przestarzałych schematów i typowego arsenału muzycznego na sesjach? Sam wykorzystuję muzykę (w przypadku, gdy jest immanentna) taką, by nie miała nawet minimalnych śladów powiązania z akcją. Byle nie posiadała jasnej, chwytliwej melodyki i dynamiki odpowiadającej akcji. Przykładowo: przy wędrówce po świecie, w słoneczny letni dzień, mogę puścić w tle coś sonorystycznego lub elektroakustycznego. W trakcie walki mogą rozbrzmiewać klastery Pendereckiego. Jednak w przypadku muzyki permanentnej (czytelnik stwierdził o jej puszczaniu w trakcie, gdy postacie faktycznie mają z nią do czynienia w przygodzie) zawsze staram się stosować tworzywo przystające do tego, z czym mają do czynienia postacie w grze. Czyli: karczma – muzyka ludowa, dwór barona – muzyka dworska, kościół – muzyka sakralna. Zależnie od realiów systemu, z odpowiedniej epoki.


Na tym założeniu i z zamiarem wplątania do sesji tyle muzyki, ile tylko możliwe, razem z moim znajomym poprowadziliśmy pewną przygodę do Warhammera. Fabuła oparta była na zabawnym wydarzeniu na dworze księcia Mikołaja Esterhazego, melomana jakich mało, który zamęczał swoją orkiestrę nieustannym obowiązkiem gry i ćwiczeń. Muzycy prosili Haydna o przekonanie księcia, by ten dał im parę dni urlopu; by wyrazić to pragnienie Haydn napisał 45 symfonię fis-moll. Na sesji wyglądało to tak: banda warhammerowych oprychów (o muzyce nie wiedzieli nic) została zaczepiona przez kochankę jednego z muzyków, która „nie mogła się doczekać kwiatów od lubego i obawiała się, że coś mu się dzieje, bo nie składa jej wizyt, nawet nie wychodzi z zamku”, by dostali się jakoś na zamek i dowiedzieli się, co z jej najdroższym. Samo to było karkołomnym zadaniem, a później trzeba było jeszcze poznać Herr Kapelmeistra i przekonać go w imieniu muzyków (z którymi dla potrzeb sesji był skłócony i na próbach na nich raczej wrzeszczał, sam lękając się, że straci pracę na książęcym dworze), by zapytał o urlop księcia, a po odmowie, by próbował go przekonać innym sposobem – pisząc właśnie 45 symfonię. I tak oto, gdy wszystko się udało, muzyk dostał znów więcej wolnego i zaczął odwiedzać swoją ukochaną, mogąc „układać ją do snu” - Tajemniczy Pan C




Poniekąd czytelnik wyczuł mój zamiar, że przy okazji pisania o rzeczach niezwiązanych z RPG dążę do przedstawienia pomysłu na kampanię poświęconą krytykom, kompozytorom czy artystom w ogóle. :) Stąd w każdej notce pojawia się działka Game Material zawierająca nowe „nakładki”, zwane „kits” - do systemu Advanced D&D, rzecz jasna. Powyższy przykład jest przykładem na wykorzystanie „świata artystycznego” w przygodach. Można pójść dalej i wszystko zaprojektować tak, by centralnymi wątkami w rozgrywce były te związane ze sztuką, a nie „przygodowaniem”, a postacie to artyści, krytycy, mecenasi sztuki. Można pójść jeszcze dalej, i przedstawiać konflikty pomiędzy różnymi szkołami myślenia lub komponowania – wspaniała oś wydarzeń dla gier fabularnych. I jak w przypadku schematycznego wykorzystywania muzyki – nie chodzi po raz setny o zły artefakt będący instrumentem muzycznym, czy szalonego nekromantę – malarza. Raczej chodzi tu o wzięcie pod włos miałkiego i wyeksploatowanego sposobu instrumentalnego wykorzystywania wątków „sztuka – artyści” na sesjach.


Niestety, jestem obłożony chyba jakąś antymuzyczną klątwą, bo sesja wyszła dość mizernie, choć teraz te pomysły wspominam z uśmiechem. Prawdą natomiast jest, że postaci graczy zbyt rzadko mają coś wspólnego z muzyką. Nie chodzi tu nawet o jakieś poważne muzykowanie, ale śpiew, gwizdanie, nucenie itd. Śpiew podróżnego dodawał mu otuchy podczas podróży, zwłaszcza gdy przeprawiał się przez takie tereny, jakie zazwyczaj stają się szlakiem erpegowych herosów. Nie wspominam już o postojach, śpiewach przy ognisku itd. Wydaje się, że erpegowi bohaterowie przemierzają ziemie nekromantów i demonów w milczeniu, pogrążeni w swoich (zapewne dość prostych, biorąc pod uwagę ich intelektualne aspiracje) myślach jak skazańcy prowadzeni na rzeź. - Tajemniczy Pan C



Muzykalność bohaterów. Tu także nie spotkałem się jeszcze z inspirującym podejściem do tego zagadnienia. Prowadzący wykorzystują muzykę w magii albo bohaterowie stawiają czoła sonicznym potworom, przytupują w karczmach do muzyki, grają na ulicach / w zajazdach dla kasy. Zwłaszcza w światach fantasy klasa barda, od czasów, gdy wprowadził ją do gier Denis Sustare, jest wykastrowana z „muzyczności”, która traktowana jest tylko jako kolejny sposób na zabijanie (magia, przedmioty, potwory, moce, rytuały). Rzecz zmienia się na lepszą jeśli ktoś posiada np. świetny Bard's Handbook – niemniej, to jeszcze nie to. Nawet elfy są po prostu głuche,a ich muzykalność to „granie na flecie o poranku na zroszonej trawie”. A gdzie rozważania o harmonii, barwie czy fakturze brzmieniowej - i to w ujęciu rasowym? Gdzie są spory szkół o idiomy wykonawcze, ważność tych czy innych wartości konstytuujących dzieła? Gdzie szukanie nowych rozwiązań tonalnych, artykulacyjnych czy etos twórczy?

Rafał W. Orkan: Wywiad

5 komentarze
Za zgodą Jarla frå Oslo publikuję na Inspiracjach jego wywiad z Rafałem W. Orkanem.

---

Mam przyjemność opublikować mój wywiad, który przeprowadziłem (1-3 listopada) z wrocławskim fantastą, autorem (m. in.) Miód z moich żył i Paramythia Vakkerby: Głową w murRafałem W. Orkanem. Prawdopodobnie pierwszy w Polsce! :)


Siedzisz w niewielkiej komnacie, 10x10m. Jedyne meble w niej to wiekowe regały z wieloma manuskryptami, stoły uginające się od tomiszczy i notatek, dwa stołki. W powietrzu unosi się chmura dymu z Twojego cygara i fajki niemożebnie chudego maga, który jest całkowicie niewidoczny spoza swojego cienkiego kostura.

Załóżmy, że piszę Twoją biografię intelektualną. Pierwsze pytanie zawsze dotyczy początków: kiedy i dlaczego akurat ten rodzaj literatury Ciebie zainteresował?

Od maleńkości postrzegałem rzeczywistość przez jakiś fantastyczny pryzmat. Zresztą, chyba każde dziecko tak ma, tyle że ja nigdy z tego nie wyrosłem. Trudno cofnąć się w czasie; odnoszę wrażenie, że od zawsze pociągało mnie to, co niezwykłe, nieziemskie, obce i fantastyczne. Z dzieciństwa utkwiły mi w pamięci sceny z takich filmów jak Gwiezdne wojny czy Niekończąca się opowieść, pamiętam też serial Robin of Sherwood (później zresztą wielokrotnie powtarzany przez telewizję). Osobliwe jest, że filmy niefantastyczne już mi się tak w pamięć nie wryły. Widocznie już we wczesnym dzieciństwie nastąpiło jakieś sprzężenie, szczególny rodzaj wyczulenia na fantastyczną poetykę. Pociągała mnie historia, bo historia ma w sobie mnóstwo magii - wszak świat, który ponoć kiedyś istniał, a którego nigdy nie widzieliśmy i zobaczyć nijak nie możemy (chyba że za pośrednictwem sztuki), jest wręcz do cna fantastyczny. Dlatego prędko sięgnąłem np. po Krzyżaków; szukałem książek, które zabiorą mnie w podróż do miejsc, do których może zaprowadzić jedynie wyobraźnia, a historia mi to w jakiś sposób umożliwiała. Jednakże nieposkromiony głód na te wszystkie cudowności, których niewyraźne, rozedrgane wyobrażenia buzują w dziecięcej główce, popychał mnie nieubłaganie w kierunku literatury fantastycznej. Wreszcie wpadł mi w ręce zbiorek amerykańskiej SF. Teksty tam zawarte były jednak nieco zbyt ciężkie jak dla dziewięciolatka. Ale już dwa lata później, na witrynie mijanej w drodze do szkoły księgarni, zobaczyłem kilka pierwszych tomów opowiadań o Conanie (tych wydawanych przez PiK). To było to! Do dziś mam ogromny sentyment do prozy Howarda, choć teraz zapewne nie umiałbym już przyjąć tych tekstów bezkrytycznie, wolę więc nie ryzykować zburzenia związanych z nimi wspomnień i unikam powrotu do nich. Po Conanie przyszedł czas na Władcę pierścieni. Świat wykreowany przez Tolkiena pochłonął mnie bez reszty, zauroczył i w jakiś sposób wpływa na mnie do dziś. W tym czasie nastąpił zresztą w ogóle boom na fantastykę z zachodu, więc było w czym wybierać. I tak się to wszystko w skrócie zaczęło; chyba dość klasycznie, jak sądzę.

Wspomniałeś dwa wielkie nazwiska twórców fantasy. Z czasem ich przybywało. Czy potrafiłbyś ocenić wpływ tych wczesnych doświadczeń literackich na Twoje postrzeganie fantastyki w późniejszym okresie dojrzewania? Stanowili kanon i punkt odniesienia dla Twoich ocen następnych książek?

Przede wszystkim, zarówno Howard jak i Tolkien, otworzyli dla mnie wrota zadziwiających światów. Od tamtej pory szukałem więc takich książek, które zdołałyby zaoferować mi coś podobnego. Oczywiście wymagało to wyjścia poza samo fantasy. Dziś staram się postrzegać fantastykę jako twór wydalający najróżniejsze podgatunki, będące jednak częścią jednego organizmu. Czym mniej wyraźny podział gatunkowy, tym książka wydaje mi się ciekawsza. To oczywiście uproszczenie. Ważne jednak dla mnie było i jest, aby w fantastyce pojawiało się mniej naśladownictwa, więcej zaś sięgania do korzeni; innymi słowy, oczekuję od autorów, że umożliwią mi przeżywanie podobnych emocji, jak podczas pierwszych fantastycznych lektur. Po Howardzie i Tolkienie udało się to m. in. Gibsonowi, Herbertowi czy Wolfe'owi. Nie bawią mnie natomiast dzieła epigonów, ponad grę wyobraźni przedkładających powielanie wytartych schematów. Po prostu ciągłe wchodzenie do tej samej wody nie sprawi, że poczujemy się świeżo, bo za każdym razem woda będzie coraz bardziej mętna i brudna. Nie sposób też przywołać starych emocji, zwyczajnie je powielając. Prawdziwe emocje biorą się z nowych, choć równie silnych doznań. Howard i Tolkien stworzyli kiedyś coś nowego i ja wciąż chcę nowości, świeżości. Nie kolejnych Howardów i Tolkienów, tylko twórców na ich miarę - rozpoznawalnych, oryginalnych, siłą swej prozy popychających fantastykę do przodu. Czy to na poziomie idei, pomysłu, fabuły, czy choćby samej tylko scenografii.

To brzmi trochę jak manifest współczesnego pisarza pulp fictions. Wyzwolenie się z wyświechtanych ram gatunkowych s-f/fantasy/horror etc. Czy znajdujesz jakichś autorów - Mistrzów, którzy obecnie są dla Ciebie inspiracją?

Inspiracją jest dla mnie, po części, właściwie wszystko co przeczytam, obejrzę, usłyszę i przeżyję. Tak więc po równo te najstarsze, dawno czytane powieści, jak i to, co wpada mi obecnie w czytelnicze ręce. Jeśli już miałbym wskazać inspirację najważniejszą, byłaby to, jak sądzę, proza Gene Wolfe'a. Ale nie znaczy to, że literacko chciałbym iść w ślady tego autora, ani tym bardziej, że bym potrafił. Nie sądzę też, żebym któregokolwiek z pisarzy mógł nazwać swoim Mistrzem. Odnalazłem natomiast "twórczą więź" z powieściami Chiny Miéville'a, na które początkowo spoglądałem trochę z zawiścią, dotąd sądziłem bowiem, że mój pogląd na fantastykę nosi znamiona pewnej oryginalności. Lektura Dworca Perdido uświadomiła mi, jak bardzo się myliłem, ale przełknąłem to jakoś, i nawet zazdrość o niewątpliwy talent literacki brytyjskiego pisarza nie zepsuła mi zabawy. Podoba mi się takie wynoszenie pulpy, kiczu na nowy poziom literacki. Coś podobnego robi Tarantino w ramach sztuki filmowej. Jestem więc ogromnym zwolennikiem prozy Miéville'a i w niej m. in. upatruję przyszłości fantastyki. Książki tego pisarza nie stanowią jednak dla mnie jakiejś szczególnej inspiracji, raczej odnalazłem w nich to, czego już szukałem i co sam próbowałem już nieśmiało tworzyć. Najsilniejsze inspiracje, jak sądzę, tkwią głębiej i pochodzą z dawnych lektur, przechodząc jedynie ciągłe transformacje - przeobrażają się one pod wpływem nowo poznawanych książek i dojrzewają wraz ze mną - ale to nadal stare obsesje, stare pasje. Tyle że w nowych szatach.

Pamiętam Ciebie sprzed kilku lat, piszącego teksty "do szuflady". Kiedy przyszedł ten moment, że stwierdziłeś: "Ok, pora to ujawnić"? To był proces, czy archimedesowska Heureka?

W połowie 2006 roku trafiłem na opowiadanie, opublikowane w jednym z branżowych czasopism i pomyślałem - cholera, to ja się ukrywam, już tyle lat rozpychając tekstami szuflady, a tu drukują coś takiego? Wtedy postanowiłem pokazać coś z tej szuflady, ale uznałem, że najwłaściwszym do tego miejscem będzie jakieś internetowe forum, na którym zaprezentuję swoje teksty, jednocześnie wystawiając ją na ogień szczerej krytyki. Wiesz, ja nigdy nie potrafiłem zbyt pozytywnie oceniać tego, co wyszło spod mojego pióra i wciąż byłem pełen wątpliwości, tak więc przyjąłem strategię powolnego oswajania mojej twórczości z czytelnikiem. Chciałem się upewnić, czy to się w ogóle do czegoś nadaje. W tym celu zarejestrowałem się na Forum Fahrenheita i wrzuciłem tekst do tzw. ZakuŻonych Warsztatów. Tak to się zaczęło.

Litościwie nie zapytam o nazwisko inicjującego Twoje kroki autora/autorki. Czytywałeś w Fenixie "Kącik złamanych piór" Feliksa W. Kresa. W chwili obecnej i z dystansu - sądzisz, że mógł on także wpłynąć na Twoją dyscyplinę pisarską i powzięcie decyzji o publikacji Twoich tekstów?

Mój pierwszy twórczy drogowskaz. Tak, myślę że tamte wskazówki były dla mnie rodzajem pisarskiego przedszkola, które w jakiś sposób uformowało moje podejście do kształtowania warsztatu i wbiło do głowy pokorę, a przede wszystkim uświadomiło mi, że pełno jest takich jak ja, autorów in spe, muszę więc dać z siebie wszystko, jeśli chcę coś osiągnąć.

Do debiutu i obecnej sytuacji doszedłeś sam po wielu latach pracy nad swoim warsztatem pisarskim - jak udaje Ci się godzić to z pracą "spłacającą rachunki", życiem rodzinnym i spotkaniami konwentowymi? Małżonka nie grozi korbaczem? Musisz być cholernie zarobionym (i opancerzonym) fantastą!

Małżonka nie grozi korbaczem, wręcz przeciwnie, zachęca do pracy twórczej, niejednokrotnie stanowiąc dla mnie nieocenioną inspirację. Ona miewa bardzo dziwaczne sny, zazwyczaj koszmary, które doskonale pamięta. Zdarzało mi się już korzystać z wyśnionych przez nią miejsc, postaci i sytuacji. Ale godzenie pracy twórczej z pracą zawodową, z życiem rodzinnym i różnymi obowiązkami rzeczywiście nie jest łatwe. Normalne dla mnie stało się sypianie po cztery, pięć godzin na dobę. Pomysły na różne teksty nakładają się na siebie, nie mam czasu nad nimi zapanować, nie wspominając o realizacji. Dodatkowo, najróżniejsze niespodziewane wydarzenia, jak choroba czy nowe obowiązki, potrafią skutecznie wytrącić z rytmu. To jest niekiedy prawdziwa katorga - za dnia pracuję fizycznie, noce spędzam przed komputerem, do tego dziecko, żona itd. Zbyt wiele czasu zmarnowałem i teraz mam wrażenie, że próbuję ten czas nadrobić, czasem się w tym gubiąc. Tak jakbym był żonglerem, podrzucającym zbyt wiele piłeczek. Ale jakoś daję sobie radę. Prawdę mówiąc, gorąco liczę na to, że moja debiutancka książka spodoba się czytelnikom na tyle, że nadal będę mógł być "zapracowanym fantastą", może nawet bardziej zapracowanym niż teraz. Co do konwentów - nie jeżdżę na nie już od kilku lat, chyba że odbywają się we Wrocławiu. Mam jednak nadzieję, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie.

Opowiadanie "Miód z moich żył" (z ubiegłorocznej antologii Fabryki Snów pn. "Kochali się, że strach") dostało wiele pozytywnych recenzji. Debiut masz już za sobą - nadchodzi powieść. Jak się czujesz "po drugiej stronie stolika" na konwentach/spotkaniach autorskich?

Nie czuję się. To znaczy, zdecydowanie zbyt wcześnie na takie pytania. Póki co, swego rodzaju stolikiem bywają fora fantastyczne lub ten wywiad (swoją drogą pierwszy w moim życiu), ale prawdziwego spotkania autorskiego jeszcze nie miałem i pewnie prędko to nie nastąpi. Dopóki autor nie opublikuje własnej książki, raczej nie może liczyć na szerszą rozpoznawalność, a i po książkowym debiucie różnie z tym bywa. Niemniej, zdarza mi się spotykać z osobami, które czytały jedno czy dwa moje opowiadania i wówczas wychodzi z tego coś jakby mini-spotkanko autorskie. Jest mi z tym trochę dziwnie, nieswojo, mam wtedy wrażenie, jakbym założył na siebie obcą skórę, która z jednej strony krępuje prawdziw(sz)ego mnie, z drugiej stając się czymś w rodzaju pancerza. To jakby uniform zakładany do pracy, albo ciemne okulary rockmana - coś, co pozwala zachować dystans. Wiesz, trudno mi z tak niewielkim, w gruncie rzeczy, dorobkiem literackim czuć się jak pisarz. Nie wiem do końca, jak się zachować, wciąż bardziej jestem fanem, czytelnikiem niż pisarzem (w ogóle trochę drażni mnie określenie "pisarz", jeśli jest kierowane do mnie). Raczej postrzegam siebie jako gościa, któremu na razie bliżej do ulicznego karykaturzysty, niż prawdziwego malarza, jeśli wiesz o co mi chodzi. Prawdę mówiąc, reaguję ukrytą paniką i tłumioną histerią, jeśli ma dojść między mną a czytelnikiem do jakiejś konfrontacji na żywo.

Duża forma - powieść. Paramythia Vakkerby: Głową w mur. Termin wydania 2009. Możesz podać jakieś szczegóły? *Charm person* Imię głównego bohatera/ki/ów, ogólny zarys fabularny, jakieś planowane kontynuacje, konkretniejszy termin?

Przede wszystkim nie jest to powieść w klasycznym rozumieniu. Raczej mozaikowa para-powieść, składająca się z tzw. "apologów", które spełniają tam rolę rozdziałów, choć równie dobrze mogą być traktowane jako osobne opowiadania (Miód z moich żył również wchodzi w skład książki, jako jeden z apologów). Starałem się jednak skomponować całość w taki sposób, aby tworzyła większą opowieść, tyle że potrzaskaną, snutą z żabiej perspektywy, czasem idącą poboczem nadrzędnej fabuły. W związku z tym trudno mówić o jednym głównym bohaterze, choć na pierwszy plan wyłania się zdecydowanie uciszyciel Byhtra - postać, którą można zobaczyć na okładce. W każdym razie, jest to bardziej powieść niż zbiór opowiadań; teksty należy czytać po kolei, apologi są ze sobą mniej lub bardziej związane, przeplatają się fabularnie i tworzą razem konkretną, choć mozaikową historię, z początkiem i końcem. No... zakończenie jest po prawdzie częściowe, bo - odpowiadając jednocześnie na Twoje pytanie - będzie kontynuacja. Tak naprawdę Głową w mur to jedna z trzech części tworzących Paramythię Vakkerby, jest to więc struktura kilkupoziomowej mozaiki. Następny tom właśnie piszę, trzeci będzie zaraz po nim. Dziki Mesjasz i Oblężone miasto - tak będą zatytułowane. Całość ma trochę antyutopijny charakter i opowiada, jak sądzę, o "walce z Systemem", gdzie owym Systemem może być zarówno narzucona władza czy obowiązujący ustrój społeczny, jak i (a może przede wszystkim) to wszystko, co jest w nas samych i co krępuje, zniewala, tłamsi, tworzy iluzje, nie pozwalając osiągnąć stanu, w którym czujemy się wolni lub prawdziwi. To takie moje wołanie o wolność i zarazem pytanie, czy owa wolność w ogóle istnieje. Wszystko to oczywiście ujęte w ramy lubianej przeze mnie stylistyki pulp fiction, a więc ma charakter rozrywkowy, dosadny, trochę komiksowy i nieco surrealistyczny. Wszelkie moje obsesje, jakie wepchnąłem w tę książkę, są więc podane w sposób bardziej zbliżony do chorej kreskówki dla dorosłych, niż do powieści-stawiającej-Pytania. Odpowiadając na ostatnią część pytania - konkretniejszy termin wydania Głową w mur nie jest znany, ale będzie to prawdopodobnie początek roku.

Wielkie pióra zza Oceanu (takie jak Vance, Leiber czy Feist) często współpracowali z pismami o grach RPG lub przyznawali się do tego, iż są one ich hobby. Stąd moje następne pytanie. Na polskich konwentach nie wypadało go zadawać, by nie narazić się na ironiczny uśmiech ludzi, których wypocin nie dało się czytać bez takiego samego uśmiechu. Grasz w RPG?

Gram. Zaczynałem czternaście, prawie piętnaście lat temu. Choć w tej chwili wypadałoby raczej powiedzieć, że grałem, bo ostatnie dwa/trzy lata upłynęły mi właściwie bez RPG; po prostu notoryczny brak czasu dał mi się we znaki. Niemniej z chęcią wróciłbym do tego pasjonującego hobby i, o ile znajdę w sobie dość energii, pewnie w końcu wprowadzę tę chęć w życie. Jeśli nie liczyć czytania i pisania, trudno mi wymienić inne, tak pochłaniające wyobraźnię, zajęcie. Gry fabularne wiele mi dały i wiąże się z nimi wiele wspaniałych wspomnień. No i poznałem dzięki nim osoby, z którymi przyjaźnię się do dziś, bo RPG jest swoistym przedłużeniem dawnych opowieści, snutych przy ognisku przez uzdolnionego gawędziarza lub członka starszyzny. Opowieści te łączyły ludzi, dając im poczucie wspólnoty. Dziś, do pewnego stopnia rolę tę przejęła telewizja (wszak wielkie tłumy oglądają to samo), lecz kosztem duchowego i społecznego zubożenia, niemożebnie kastrując wyobraźnię i niszcząc głęboką więź, jaka może zaistnieć tylko między prawdziwymi uczestnikami takiego spektaklu. Lekarstwem wydaje się być teatr i gry fabularne, przy czym te drugie mają bardziej kameralny charakter, a co za tym idzie, naprawdę potrafią związać ze sobą ludzi, dając im poczucie jakiejś duchowej wspólnoty i otwierając na bardzo intymne doznania w sferze wyobraźni.

Przeczytałem gdzieś na sieci Twoją odpowiedź na uwagę o podobieństwie Vakkerby do genialnego Planescape. Dopuszczasz taką możliwość: Vakkerby RPG / Campaign Setting?

To byłoby wspaniałe, ujrzeć RPG umiejscowione w Vakkerby, ale musiałyby zostać w tym celu spełnione dwa żelazne warunki - po pierwsze, najpierw musi ukazać się cała "Paramythia...", wszystkie trzy części. Po drugie, nie obeszłoby się bez jakiegoś zapaleńca - fana, który miałby ochotę i umiejętności potrzebne do przełożenia moich wizji na język gier fabularnych. Ja na pewno nie będę w stanie się tym zająć. Osobną kwestią jest oczywiście wydanie takiego podręcznika, ale tu już zagłębiamy się w rejony baaardzo fantastyczne.

I na koniec: jakich rad udzieliłbyś młodym zapaleńcom o małej wierze w powodzenie, którzy piszą do szuflad?

Bądźcie samokrytyczni, ale pamiętajcie, że nie sposób wygrać miliona w "totka", jeśli nie obstawi się cyfr. Prawda jest taka, że jeśli potraficie pisać, ktoś to w końcu zauważy; trzeba tylko otworzyć szufladę. Jeśli jednak brakuje wam talentu, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby się o tym przekonać, raz na zawsze rozwiewając wątpliwości.

Dzięki za wywiad, życzę powodzenia na dalszej drodze, którą obrałeś. Czytelników Demons & Dragons zachęcam do zapoznania się z twórczością Rafała W. Orkana.

Ja również dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników Demons & Dragons.


© Demons & Dragons, Jarl Frå Oslo, 2008. Korekta: Suspreena. Prawa do publikacji przekazane przez autora. © Inspiracje, 2009.

27 lutego 2009

Rafał W. Orkan

0 komentarze
Nakładem Fabryki Słów ukazała się książka Rafała W. Orkana, Paramythia Vakkerby: Głową w mur.

26 lutego 2009

Beginning of the River

0 komentarze
Long before Alan Moore gathered his League of Extraordinary Gentlemen, or recast the Charleton Heroes as Watchmen, Philip Jose Farmer was mining the rich vein of the deceased and the public domain and forging weird tales from the foaming broth produced. --- Jeff Grubb


W wieku 91 lat odszedł od nas wczoraj znany pisarz Philip José Farmer. Jego pulpowa seria World of Tiers zainspirowała Gary'ego Gygaxa (DMG, Appendix N) przy konstruowaniu koncepcji połączenia naszego świata ze światami fantastycznymi. Pocket dimensions czy demiplanes w kampaniach rozgrywanych w Lake Geneva 70's. Lejendary Adventures: Hall of Many Panes czy powieść Gygaxa pn. Come Endless Darkness. Wędrówki planarne, bramy, pasaże do innych światów Eda Greenwooda (Dragon #37). Lords of Creation, Rifts, Planescape, TORG... można wymieniać długo.

Requiescat in pace

24 lutego 2009

Love Me Pender

4 komentarze
Tytuł notki zaczerpnąłem z artykułu Jana Topolskiego: Love Me Pender. Melomani i krytycy muzyczni w Polsce zapewne pamiętają jeszcze skandal jaki wybuchł wokół publikacji A. Chłopeckiego wyrażającego swoje skrajne rozczarowanie i niechęć w stosunku do Koncertu fortepianowego „Zmartwychwstanie” K. Pendereckiego. Poleciało z obu stron od "Lepperów muzykologii" i "sacro - polo", wybuchła spora awantura, pisano o tym nie tylko w prasie fachowej, ale i tabloidach czy w prasie zachodniej. W tym artykule przyjrzę się bliżej, z perspektywy czasu, reakcjom jakie towarzyszyły ukazaniu się kontrowersyjnej recenzji zamieszczonej w Gazecie Wyborczej (2002) pt.: Socrealistyczny Penderecki. W moim polu zainteresowań znalazła swe miejsce zarówno krótka (acz ważna) refleksja nad rolą konfliktu pewnych środowisk muzycznych i ich wpływowi na całokształt polemiki, jak i wolności krytyka muzycznego i jego miejsce w pejzażu kultury „ponowoczesnej” [Moim zamiarem nie jest przyjęcie konkretnego stanowiska filozoficznego definiującego „ponowoczesności” czy „postmodernizmu”. Wykorzystanie tego terminu zostało użyte do określenia współczesnych procesów kulturowych oraz jako kategoria ogólnoopisowa].

23 lutego 2009

Muzyczność Teatru

0 komentarze
Zagadnienie muzyczności teatru wydaje się zbytnio nie różnić od muzyczności filmu czy opery. Nie jest to dalekie od prawdy, szczególnie jeśli weźmiemy na analityczny warsztat film. Niemniej pewne istotne różnice pojawiają się po bardziej szczegółowym przypatrzeniu się wszystkim trzem kwestiom. Celem niniejszej notki, poza dostarczeniem ogólnej inspiracji potencjalnemu graczowi, jest sprecyzowanie i bliższe określenie, czym jest muzyczność teatru. Będę przy tym odwoływał się do porównań z podobnym zagadnieniem w filmie.

22 lutego 2009

Bez Różnicy

0 komentarze
Klasycznym objawem zdziczenia obyczajów na początku XXI wieku było to, iż ludzie, popadając w zataczającą coraz to szersze kręgi dekadencję, nie zadawali sobie nigdy pytań o to, jak żyć z kimś innym. Jak żyć z bliźnim – sąsiadem, nauczycielem, dozorczynią, dyrektorką, dziewczyną, profesorem, sędzią, dresiarzem, kochankiem? Oczywiście, szukali substytutów w postaci znajomości i przynależenia do społeczności wirtualnych, ale doszukiwanie się prób choćby postawienia takiego pytania spełzają na niczym.

21 lutego 2009

Spokój Bytu

0 komentarze
Będąc nauczycielką małych dzieci (bądź nauczycielem - by zadość uczynić political corectness), często zderzyć się można z pewnym myślowym wątkiem... Czy nasi wychowankowie, których wiecznie się pilnuje - by nie srali w gacie lub nie zrobili innym krzywdy, zostaną w przyszłości znaną modelką, biznesmenem, gwiazdą filmową bądź muzyczną. Jeśli pracuje się w „ekskluzywnej” instytucji edukacyjnej – takiej, w której dzieciaki mogą rzucić w opiekuna taboretem lub podpalić swoją koleżankę, a wszystko to, by wychować je „bezstresowo” – jest to dość prawdopodobne. Wiadomo wszem, że duże pieniądze, stanowiące nierozłączny element ich rzeczywistości, w końcu ułatwią im ową drogę.

20 lutego 2009

Cień Baobabu

6 komentarze
Leżący w cieniu wielkich drzew europejczyk jest z pewnością odprężony. Wchłania zapachy egzotyki i pławi się w niej. Nieważne czy jest to turysta czy też żołnierz. Obaj mają wszak poczucie tego, iż są zdobywcami, że należą do białej, agresywnej rasy, która zdołała podbić militarnie i ekonomicznie bez mała cały świat. Jakież to "prymitywne" społeczności udało się owej rasie ukształtować na własne podobieństwo! Jeśli któraś z nich nie bardzo chciała się podporządkować (ach, pieprzona autonomia), biały europejczyk brał „gumkę” i wymazywał całe jej struktury. Odsyłał je w niebyt. Później, jeśli miał jakiekolwiek wyrzuty sumienia, rekonstruował ze swoistym przekąsem historię, zachowania i wygląd generalny zniszczonej przez się kultury. Oczywiście sprawa przyczyny „wymazania” była bagatelizowana, a całość opublikowana (jeśli w ogóle) w i tak nie czytanych przez resztę „białasów” akademickich zeszytach. Po kilku latach potrzebnych na uprzątniecie i zeuropeizowanie nowych terenów, człowiek – zdobywca rozwija przemysł: najpierw ekonomicznie potem politycznie i wreszcie powstaje TURYSTYKA. Ma ona wiele wymiarów. Podziwianie kuriozów i wytworów „wymarłej” cywilizacji; zwiedzanie uspakajających białe sumienia rezerwatów, więżących rdzennych niedobitków; seks–turystyka z oswojonymi i zafascynowanymi jedyna słuszną kulturą (europejską), ale wciąż prymitywnymi tubylcami...

Obrazek ten jest w wielu aspektach nieco przebrzmiały, ale zawarta w nim postawa europocentryczna jak najbardziej aktualna, by nie powiedzieć: ponadczasowa. Przecież wiadomym jest, że inny znaczy tępy i pół ludzki. Cóż o muzyce wiedzą tacy hindusi czy jacyś tutsie. Religia chrystusowa – najbardziej uniwersalna i złożona – zdaje się być objawieniem wśród zabobonów i animizmu Południowej Ameryki. Postawy i style życia przeciętnego europejczyka wyprzedzają o lata świetlne nieukształtowane formy zachowań murzynów! Nie mówiąc już o różnicach anatomicznych i semantycznych... Choćby tylko w takiej Polsce rzadko kto czyta książki czy słucha MUZYKI (z akcentem na pierwszą sylabę). I bynajmniej nie świadczy to o tym, że naród nasz jest prymitywny! Jeśli już czegoś słuchamy lub coś czytamy, to kierujemy się (oczywiście) wysublimowanym, środkowoeuropejskim smakiem estetycznym.

Zjednoczone Stany Ameryki Północnej... to osobna sprawa. Wszak tylko oni mają cudowną i jakże skuteczną political corectness. Tylko ten ekletyzm narodowy kręci najwspanialsze filmy, tworzy najlepsze piosenki, rysuje najlepsze komiksy... Zjednoczeni żywią nawet cały świat swymi niedoścignionymi kulinarnymi wytworami rodem z mikrofali. Są po prostu przedstawicielami znakomitej rasy białej. Są jej wyżynami intelektualno – artystyczno – polityczno – ekonomicznymi. To przecież oni są doskonałym przykładem jak nawet najgorsi osobnicy owej rasy: wyrzutki społeczne, mordercy, awanturnicy i złodzieje zdolni są do europeizacji podludzi zwanych tam natives. Tam też, leżąc w cieniu czerwonych modrzewi, zajadając się wspaniałym popcornem, biały człowiek dojdzie do podobnych wniosków jak turysta leżący pod egzotycznym baobabem.

Jaka jest miedzy nimi różnica? Oczywiście, że nie ma żadnej... Oba osobniki są rasy białej, są zdobywcami i okupantami, ale niosą też światło wiary i wiedzy ciemnej masie (żeby nie powiedzieć czarnej czy czerwonej – lub po prostu ciemnoskórej). Gdzie więc leży sukces tych agresywnych zwierząt? Odpowiedź jest dość prosta: w wysokim poziomie cywilizacyjnego rozwoju, we wrodzonej ekspansywności i okrucieństwie oraz w braku sumienia (hipokryzja NIE jest sumieniem!). To nie Die Kunst der Fuge czy Portret Ginevry Benci powaliły na kolana lub wyeliminowały „prymitywne” kultury innych. To nasi chłopcy – ludzie zakompleksieni i niezbyt zdrowi psychicznie ruszyli na podbój. Mundur sprawił, że poczuli się wreszcie Europejczykami. Mieli władzę nad życiem i śmiercią całych narodów. NARESZCIE!!!. Dodatkowo nierzadko otrzymali niezbędne namaszczenia i krzyżyki na sztandarach – to zawsze przynosiło szczęście i... dodatkowe pieniądze, sprzęt zagłady etc.

Osobnik rasy białej może więc czuć się dumny z tego kim jest. Może być odprężony, gdyż oswoił sobie otoczenie w stopniu zadowalającym go. Chwasty wyrwał, gdyż wiedział, że nie wyrosną z nich piękne kwiaty. Mógłby się tylko pokłóć i zdenerwować, a tak odpoczywa w spokoju syty i kontent. Dorzuciwszy jeszcze piękne, wychowane i oswojone natives... nawet ich apetycznych małych chłopców. Oto pełnia szczęścia rasy białej. Wdziać misjonarski habit i hulaj dusza, piekła nie ma. Było, aleśmy je zdobyli i ucywilizowali.

Biała pamięć jest jednak krótka (lub chcemy by taka była jak napisano w części Spokój Bytu). Hedonizm jest „okropnie fajny” (jak powiedziałby Mikołajek), ale po pewnym czasie nudzi... przydałaby się jakaś wojenka! Nie ma z kim? To może sąsiad też się nudzi i założymy „Teatr Działań Wojennych” lub „Arenę Walk” (czy inny patetycznie nazwany, ale zawsze żałosny w swej ontologii konflikt)? Dawno nie było takich obozów czy wojny „światowej”. Poza tym ileż można tłuc arabów, murzynów czy komunistów? Raczej nie bije się leżącego... No, chyba, że ugryzie i zawali nam na głowę parę budynków, ot co...

Baobaby jednakże pamiętają świat nie skażony białą kiłą czy innym syfem z europejskiego piekiełka. Owe drzewa przetrwały ataki wielu pasożytów, pogody i tubylczych „drwali”. Nawet taka mała, nic nieznacząca i krótko (acz intensywnie) żyjąca larwa pocąca się wśród ich korzeni jest tylko mgnieniem „oka”. Kupką organów trawiąco – krzyczących, które zgniją w ziemi. Jeśli biały osobnik nie odniesie znaczącego sukcesu (nie zabije wystarczająco wielu innych podobnych osobników), to pamięć o nim zaginie podobnie jak on sam szybko przestawał pamiętać co wydalił miesiąc temu i ilu „kolorowych” czy „innowierców” udało mu się zabić...



Game Material

Settler Kit (Any Class)

Secondary Skills: any
Weapon Proficiencies: required any firearm
Nonweapon Proficiencies: Bonus: Tracking; Required: Survival; Recommended: any.
Equipment: Bonus: toolkits, tools, expedition stuff.
Specjalne Benefits: +4 reaction in his / her own culture; st vs magic +2
Special Hindrances: -4 reaction in foreign culture lands; greedy personality
Wealth Options: d4 x 5
Races: Only humans.