20 lutego 2010

Historia Cytadeli Krwi

Niniejsza notka stanowi swoiste uzupełnienie poprzedniego tekstu poświęconego przygodowym grom planszowym. Przedstawiam w nim genezę starej gry planszowej Labirynt Śmierci, jak i zamieszczam rozszerzony (w porównaniu z uprzednim) opis gry.


Jak wspominałem w notce poświęconej adventure board games, prawie wszystkie gry o tematyce fantastycznej wydane w Polsce przez firmę Encore, stanowiły pirackie edycje produkcji amerykańskich z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.
Ostatnimi czasy (a dokładniej mówiąc, w zeszłe wakacje) obudziła się we mnie potrzeba odświeżenia znajomości z tymi starymi grami – taki mały planszowy retrogaming. Ponieważ wielu z tych gier pozbyłem się nieopatrznie w czasach licealnych, podjąłem się skompletowanie kilku brakujących pozycji na Allegro. Jednak, praktycznie rzecz biorąc, na stole gościły tylko trzy stare pozycje: Labirynt śmierci, Ratuj swoje miasto i Bogowie wikingów (na Gwiezdnego kupca nie starczyło mi czasu, Odkrywcy nowych światów i Bitwa na polach Pelennoru mi nie podeszły, a za Wojną o pierścień* nigdy nie tęskniłem).

Największą niespodziankę sprawił mi jednak Labirynt śmierci. Wysłużony egzemplarz od piętnastu lat kurzył się na półce (na szczęście nie musiałem na tą grę polować po aukcjach). W dobie początkowej fascynacji eurogrami wyciągnąłem tą grę na moment, tylko po to, by ją zaraz schować. W końcu jednak przełamałem się i zagrałem solową partię. Najpierw jedną, potem następną, a potem … już poszło. Nim jednak przybliżę czytelnikom "Inspiracji" Labirynt śmierci, warto wrócić na moment do początku niniejszej notki i przedstawić krótką listę oryginałów, które „spiraciło” (i bardzo się z tego cieszę, bo inaczej nie poznalibyśmy kilku rzeczywiście fajnych gier) Encore. Na liście brak, rzecz jasna, legalnie wydanych gier z serii Battletech.

Labirynt śmierci = Citadel of Blood (SPI -Ares Magazine, 1980)
Bitwa na polach Pelennoru = Gondor (SPI, 1977)
Ratuj swoje miasto = The Creature that ate Sheboygan (SPI, 1979)
Gwiezdny kupiec = Star Trader (SPI - Ares Magazine, 1982)
Odkrywcy nowych światów = Voyage of the B.S.M. Pandora(SPI - Ares Magazine, 1981)
Bogowie wikingów = Viking Gods (TSR, 1980)
Wojna o pierścień = War of the Ring (SPI, 1977)
W imieniu ziemi = Rescue from the Hive (SPI - Ares Magazine, 1981)

Geneza Labiryntu śmierci (Citadel of Blood) Erica Lee Smitha sięga dwóch innych gier planszowych. Chodzi o stworzone przez Grega Costikyana Sword & Sorcery (SPI, 1978) oraz Death Maze (SPI, 1979). Z pierwszej z nich Smith zaczerpnął elementy settingu, a z drugiej – mechanikę (btw., polski Labirynt śmierci, mimo że nosi nazwę wcześniejszej gry Costikyana, jest tożsamy pod względem zawartości z późniejszą Citadel of Blood).

Sword & Sorcery to gra bitewna opisująca zmagania różnych fantastycznych ras w tajemniczej dolinie. Oprócz wojska, gracze mogą również sterować poczynaniami bohaterów. Ponadto, obok podstawowego, bitewnego wariantu rozgrywki, Costikyan umieścił w S&S tzw. quest game (czytaj: przygodówkę). Niestety moja wiedza na temat S&S na tym się kończy. Co prawda od kilku lat zapowiadany był reprint, ale na zapowiedziach się skończyło. Chętnie zrobiłbym samoróbkę, ale jest brak dobrych skanów planszy. A stare egzemplarze chodzą po 100 $ – jak na grę żetonową to sporo.

Zapożyczenia ze Sword & Sorcery sprowadzają się w Citadel of Blood, w głównej mierze, do wykorzystania występujących w grze Costikyana bohaterów (którzy stworzą drużynę) oraz postaci złowrogiego czarodzieja – X the Unknown. Z polskiej wersji instrukcji wycięto jednak wszelkie odniesienia fabularne do gry Sword & Sorcery. Hellgate stały się po prostu Czarnymi Wrotami, a sam labirynt został umieszczony w bliżej niesprecyzowanym świecie fantasy (co dodało grze aury tajemniczości i „starożytności”).

Jak pisałem, podstawę mechaniki Smith zaczerpną ze stworzonego przez Costikyana Death Maze. Korzystając ze skanów żetonów i zamieszczonej na BGG instrukcji, zrobiłem sobie egzemplarz oryginalnej wersji gry. Niestety, w porównaniu z Citadel of Blood, wersja Costikyana wypadła bardzo blado. Ponieważ w planszówce trudno zróżnicować pozamechanicznie poszczególne postacie, podział drużyny na ogólne klasy postaci (wojownik, mag, złodziej) sprawił, że niemal każda stworzona ekipa bohaterów wyglądała prawie identycznie. Po drugie, Costikyan zamieścił jedynie dwa typy komnat zawierających znaleziska. To stanowczo zbyt mało. W rezultacie, zamiast ciekawej eksploracji lochu, otrzymujemy nudną grę typu bij-zabij. Ponadto, celem gry w Death Maze jest po prostu … zebranie określonej ilości XP (za pokonane stwory) oraz złota. Natomiast w wersji Smitha, często trzeba rezygnować z walki (negocjacje, przekupstwo, rozsądne używanie czarów do zastraszania potworów, itp.), by nadmiernie nie ryzykować życia naszej drużyny i zachować siły na decydujące starcie.

Tym co najbardziej mi się podoba w Citadel of Blood/Labiryncie Śmierci to wrażenia z eksploracji tajemniczego labiryntu. Wydaje mi się, że decyduje o tym duże zróżnicowanie komnat, znalezisk i skarbów. Generalnie: w grze występuje 6 różnych typów znalezisk (nie liczę tu komnat zawierających schody lub lustra), a każdy typ dzieli się na 6 rodzajów. Dodatkowo, większość znalezisk może wywrzeć różny efekt w zależności od tego, czy postać przeprowadzająca jego badanie zda określony test. Ponieważ w każdej rozgrywce trudno odnaleźć więcej jak kilka bądź kilkanaście tego rodzaju komnat, efekty generowane podczas tych spotkań nie powtarzają się zbyt często (w przeciwieństwie do podstawowej wersji TalismanuProphecy, gdzie łatwo „rozbić bank” z kartami przygód, albo Return of the Heroes, gdzie wszystkie żetony spotkań i tak zostaną odkryte podczas każdej rozgrywki). lub

Innym elementem gry, który bardzo mi się spodobał jest niemal całkowity brak grafiki i flavour texts. Nie ma tu żadnych kolorowych obrazków (jedynie schematyczny rysunek potwora), ani komentarzy słownych, które tworzyłyby jakiś pseudoklimat. Koniec końców, ileż razy można czytać na karcie przygody, że smok pozostanie na wzgórzach, aż ktoś go pokona (Talisman) lub, że Lord Vorakesh (Runebound) zaraz wskrzesi złego smoka Margatha. Brak obu tych elementów sprawia, iż by czerpać przyjemność z gry w Citadel of Blood/Labirynt Śmierci, musimy tworzyć wizualizację akcji w wyobraźni – zupełnie jak w RPG. W analogiczny sposób działają tabelki (zamiast kart przygód) oraz konieczność zapisywania współczynników tworzonej drużyny na kartach postaci (bądź zwykłej kartce papieru). Obecność tych właśnie elementów sprawia, że Labirynt Śmierci staje się swoistą solową sesją RPG. Chociaż teoretycznie można grać drużynowo, nie zdaje to egzaminu. Zresztą już Costikyan, tworząc pierwotną wersję swej mechaniki, określił Death Maze jako grę przede wszystkim dla jednej osoby.

Najdziwniejszy jest jednak fakt, że klimat, zarówno Death Maze jak i Citadel of Blood, zaskakująco przypomina mi ten, którego doświadczyłem prowadząc OD&D. Chodzi tu nie tyle o mechanikę (która siłą rzecz się różni), co raczej atmosferę „pulp fantasy” z całą mieszaniną różnych elementów: od dziwacznych niekiedy imion bohaterów (Maytwist, Sliggoth), po obecność ołtarzy poświęconych demonom i różnych interesujących znalezisk (klawikord, przewracający się regał z książkami, leczące łóżko), a także i pułapek, które potrafią skutecznie sprzątnąć postać z gry (zapadnia wiodąca do Czarnych Wrót, posąg Bezimiennego).

Tak więc, pora ponownie: "zanurzyć się w ziejące grozą korytarze i nie cofnąć się przed przeznaczeniem czyhającym na końcu wędrówki przez Labirynt Śmierci".


* Kanonik: Crap okrutny. Pamiętam jak Encore reklamowało Wojnę o Pierścień jako grę role-playing na okładce Gwiezdnego Kupca. Wątpię, by chcieli wydać wtedy (końcówka lat 80-tych) MERP-a. Stawiam na ignorancję. ;)

15 komentarzy:

Key-Ghawr pisze...

O.K. Encore reklamowało jako RPG "Wojnę o pierścień", a NIE "Labirynt śmierci"! Właśnie sprawdziłem to na okładce "Gwiezdnego Kupca".

Key-Ghawr pisze...

Właśnie zauważyłem, że twoja gwiazdka rzeczywiście odnosi się do Wojny o pierścień. Tyle, że w tekście głównym jest niewyraźna, więc łatwo ją przeoczyć. Stąd moja błędna interpretacja w poprzednim komentarzu.

Ojciec Kanonik pisze...

No dokładnie - pod opisem Trans Solar:

WOJNA O PIERŚCIEŃ - gra role-playing o bardzo dużym stopniu komplikacji oparta na trylogii J. R. R. Tolkiena "Władca Pierścieni".

Key-Ghawr pisze...

A swoją drogą, to masz rację. Ta gra (czyli Wojna o pierścień) to straszny "crap". Okropnie długi setup, pół mapy niepotrzebne, brak dynaminki rozgrywki, źle zaprojektowane żetony, problemy z rozliczaniem strat w bitwie. Zresztą amerykańskie planszówki miały (i mają nadal) skłonność do symulacjonizmu. W sumie w Gwiezdnego kupca nie udało mi się zagrać więcej niż kilka etapów, a trochę mnie ciągnie do tej gry.

Z planszówek fantasy to chętnie położyłbym łapę na słynnym Magic Realm Avalon Hill Games, ale znowu ceny używanych egzemplarzy troche zaporowe. Przynajmniej FFG ma robić nową wersję "Drakenborgen" (czyli DungeonQuest`a).

smartfox pisze...

Powstał prequel do Voyage of the B.S.M. Pandora, ale niestety u nas już go nie wydano. Ja osobiście Odkrywców bardzo lubiłem, ale to głównie ze względu na miłość do hard SF.

Transolar to też crap, nudny, nieciekawy.

Wojna o Pierścień. Cholera za gówniarza moje wielkie rozczarowanie. Czekałem na to kilka miesięcy, odkładałem kasę, a potem zagrałem raz lub dwa. Nudne jak cholera. Zasady dupne. Brak emocji.

NA szczycie ulubionych gier Encore pozostawał niezmiennie Gwiezdny Kupiec, Odkrywcy, ale Labirynt też. I powiem Wam, że po przeczytaniu starej i nowej Eddy długo miłością darzyłem Bogów Wikingów.

Ratuj swoje miasto, miałem samoróbkę, zagrałem z dwa razy. O ile pamiętam, kiepsko była zbalansowana.

W imieniu Ziemi to już niestety były popłuczyny. Ładnie wydane, ale nieciekawe.

Key-Ghawr pisze...

Smartfox. Dzięki za komentarz. Rzeczywiście był prequel do "Odkrywców" (odkryłem z rok temu na BGG). Niestety ta gra (tzn. "Odkrywcy") mi nie podeszła. Próbowałem się kilka razy do niej zabierać, ostatnio w ostatnie wakacje. Fajna idea ale, jak dla mnie, zbyt dużo technologicznego bełkotu. Sprawdzanie co chwila warunków klimatycznych i zmian w zasobach to już zbyt duży hardcore. Co prawda lubię hard sf, ale mechanika Odkrywców mnie rozczarowała. Szkoda, bardzo chciałem tą grę polubić. Ostatecznie poszła na Allegro. Nowych gier sf polecam "Race for the Galaxy". Bardzo fajnie chodzi z pierwszym dodatkiem, który umożliwia on grę solo - 3 poziomy trudności (nawet na najłatwiejszym trzeba się napocić by ograć "robota").

"Bogowie wikingów" są super. Niektórzy narzekają na Hel, ale to właśnie dzięki bogini śmierci gracze nie mogą się okopać na z góry ustalonych pozycjach. Zawsze lubię do tej gry wracać.

"Ratuj swoje miasto" - mechanika potrafi być losowa. Jednak zawiera kilka scenariuszy, a wyposażanie Potwora w zdolności jest niezwykle klimatyczne. Grałem w wakacje kilka partii (kupiłem na Allegro) i na pewno do niej wrócę.

Transsolar nie znam, ale to była całkowicie polska gra, a nie spiracony oryginał SPI.

"W imieniu ziemi" nie pamiętam za dobrze (kiedyś to miałem). Za to odnowiłem znajomość z "Bitwą na polach Pelennoru"...i się rozczarowałem. A kupiłem za słoną kasę na Allegro.

Można wręcz powiedzieć, że granie w stare gry Encore to swoisty retrogaming (choć planszowy) w wersji PL :)

smartfox pisze...

Bitwa to specyficzny wargame, odmienny dość od modelu znanego u nas z gier Dragona chociażby. Mechanika jest tak skonstruowana, że pozornie niemająca szans na zwycięstwo armia Zachodu prezentuje się niezwykle heroicznie, roznosząc kolejne linei wroga niczym w pierwowzorze literackim. Lubiłem tę grę, gdzieś ją nadal ma. Race for the Galaxy nie za bardzo znam, ale ogólnie w temacie planszówek jestem zielony :).

W Odkrywcach, fakt, był bełkot, ale jakoś mi on leżał, pasowało to do chociażby "Niezwyciężonego" Lema, którym się zaczytywałem.

Key-Ghawr pisze...

Moją wizję sf ukształtował Asimov (Fundacja, Roboty, Imperium Galaktyczne). Ale u niego więcej jest kwestii socjologicznych i konwencji "detektywistyczno-przygodowej" (zwłaszcza w "Robotach") niż technicznego bełkotu. Generalnie unikam właśnie takiego "technicznego" sf jak samo jak klimatów wojennych (Weber).

W "Bitwie" miałem wrażenie, że taktyka zawsze będzie wyglądała podobnie. Z Tolkienowskich planszówek najbardzię cenię, póki co, "Konfrontację" Knizii (jego kooperacyjna gra szybko się nudzi - railroading).

Se'Bastian vel Kaellion pisze...

Wracając do "Labiryntu Śmierci". Ta gra królowała, grałem sam, grałem z kuzynami podczas ferii i wakacji. To był nr. 1 (drugi był "Gwiezdny Kupiec", a trzecia była "Magia i Miecz").
To była pierwsza gra do której dorobiłem autorski dodatek. Heksagonalne pola z różnymi terenami (las, wzgórza, góry, wioski, ruiny itp. itd.) do każdego terenu tabela spotkań losowych ze spotkaniami, znaleziskami i potworami. Rozgrywka dzięki temu wydłużała się do kilku dni a sejwy robiłem kładąc przezroczystą płytę pleksy na biurko.

Nie uważacie że ta gra miała znacznie więcej z RPG niż Talizmany, Runeboundy i inne?

Key-Ghawr pisze...

Se`Bastianie.

Jak już pisałem, zdecydowanie uważam "Labirynt Śmierci" za grę dużo lepiej oddającą ducha RPG niż "Talisman" i inne jego klony. Chociaż w życiu nie usiadłbym do "Labiryntu" w większej ilości osób. Łatwo wtedy o dominację jednej osoby i sprowadzenie pozostałych do roli statystów. W tym przypadku lepsze RPG. Ale jako solo - a i owszem. Właśnie wampiry wykończyły moją drużynę na trzecim poziomie "Labiryntu Śmierci". A było tak blisko...:)

Natomiast niewiele jest planszówek, które próbują oddać samą ideę odgrywania ról a nie niewolniczo naśladować mechanikę systemu RPG. Niestety te gry mają niskie replayability oraz występuje w nich syndrom statystowania. Całkiem dobrze sprawdza się tu "Shadows over Camelot" z motywem zdrajcy (minusem jest łatwość rozgryzienia gry). Przy odpowiedniej ekipie i ostrożnym dawkowaniu może dać dużo frajdy starym erpegowcom. No i jest jeszcze "Arkham Horror", o którym pisał Paladyn w komentarzach do poprzedniego posta.

Gonzo pisze...

Hohoho, kurde myslalem ze Bogowie Wikingow to byla polska produkacja. O! ludzka naiwnosci :-)

Borejko pisze...

http://www.labiryntsmierci.pl/ - Tak gwoli ciekawości. Niby ma powstać wersja przeglądarkowa PL.

Key-Ghawr pisze...

Zdaje się, że ta wersja przeglądarkowa powstaje już od dłuższego czasu...

Tomahawkus pisze...

Ja natomiast piszę wersję elektroniczną gwiezdnego kupca. W tym roku będzię wersja Alpha.

Omlet pisze...

A ja zamiast pisać że napiszę - napisałem :D Z tym że właśnie przeróbkę Cytadeli, nie Kupca.
Skończę przeprowadzkę to zrobię żetony, mimo że będę praktycznie bezdomny :D