2 maja 2010

Legend of the Seeker

Słowem wstępu. Nie jestem fanem seriali, zawsze drażniła mnie ta "systematycznie dozowana" forma rozrywki, ale przez lata uzbierało się kilka tytułów, które śledzę lub do których wracam. X-Files, Lost, House MD, 70's Show, South Park, Northern Exposure i właśnie Legend of the Seeker. Co mnie zdumiało, bo jestem laikiem, jeśli idzie o fandom serialowców, to fanowskie (i nie tylko) akcje jakie rozkręcono po nieoficjalnej zapowiedzi o zamknięciu serii po 2 sezonie. Ale po kolei, jak mawiała Nana Coupeau do swoich absztyfikantów.

Fanom seriali zapewne wiadomo, że kolejny sezon tego cyklu prawdopodobnie się nie pojawi. Na dzień dzisiejszy nie ma nadal oficjalnego potwierdzenia o zamknięciu serii, ale wszystkie znaki na niebie i w portfelach Disneya na to wskazują. Jest to dość dziwne, bo to jedyny serial oparty o klasyczną heroic fantasy od wielu, wielu lat. Prawdopodobnie od Robin Hooda "z Czarnym i Clannadem w tle". Żenujące kicze w rodzaju Herkulesa / Xeny czy serialowego Conana potrafiły ciągnąć się przez wiele lat. Starsi fani fantastyki zapewne pamiętają z konwentów i artykułów określenie "disco polo fantasy", stosowany w odniesieniu do tego typu papki zapoczątkowanej przez Raimiego & S-kę.

LotS. Serial jest niszowy. Szacuje się, że ogląda go średnio 2,5 miliona widzów i zawsze trzyma się tuż pod kreską różnych rankingach TV Top Hits w wiodących serwisach o telewizyjnym stuffie. Heroic fantasy w wydaniu Goodkinda (na którego książkach opiera się serial Legend of the Seeker), to bestsellerowa proza, którą śmiało zestawić można z podobnymi pozycjami Eddingsa czy Martina. Podejrzewam, że sfilmowane epickie historie pozostałych dwóch autorów spotkałby taki sam los, co LotS (zresztą pewnie się o tym przekonamy, bo saga Martina zdaje się dowierać do publicznej egzekucji, erm, oceny). Niestety, wychodzi na to, że przeciętny Amerykanin "nie czai" bazy: recepcja LotS w US to, przede wszystkim, romansowe wątki. Modalny fan, przemielony przez maszynkę zmierzchopodobnych opowiastek o homo-wampirach, nie ma szans objąć różnorakich dylematów moralnych (które są przecież i tak proste) bohaterów czy wyczuć wpływ na pierwowzór literacki i konstrukcję świata Seekera filozofii obiektywistycznej Ayn Rand. W zasadzie ok. Fantastyka od zawsze była, jest i będzie zwykłą rozrywką - lepszą, gorszą, ale rozrywką. Od roztrząsania ważnych kwestii są inne nurty, a do porządnej epistemy czegokolwiek nadaje się lepiej doświadczenie bezpośrednie lub literatura faktu. Niemniej, jeśli rozrywka serwowana jest w sposób tak dobry, jak ma to miejsce w LotS, warto chociaż zareklamować lub popularyzować tytuł.

Osobiście nie przepadam za taką prozą (mam na myśli Goodkinda, Eddingsa i Martina). Fantasy z lat 90+, (może poza Gemmelem, który i tak najlepsze rzeczy pisał wcześniej) odrzuca mnie na milę i zazwyczaj śmieszy. Przyznam, że proza Terry'ego była u nas niegdyś synonimem fantastycznej mydlanej opery. Wcześniej był to ś. p. Eddings i Norton, a później Martin. Rok temu odkryłem LotS i mnie bardzo pozytywnie ta ekranizacja zaskoczyła. Wróciłem nawet do książek Goodkinda, ale zacząłem płakać ze śmiechu w połowie pierwszej części i poleciała na kiermasz taniej książki jako darowizna. Lotem koszącym. Rzadko się zdarza, że ekranizacja bije na łeb literacki pierwowzór. W przypadku LotS tak właśnie jest. Raimi & S-ka zrobili kawał dobrego, klasycznego kina fantasy. Takiego, jakiego dzisiaj nie da się obejrzeć w formie serialu, ani nie dało się spotkać od ponad 20 lat.

Po nieoficjalnej zapowiedzi o końcu serialu, rozpętała się prawdziwa zadyma w internecie, i paru nowozelandzkich radiach. Petycje, zebranie kasy na reklamę w prestiżowym Variety i The Hollywood Reporter, udany trending na Tweeterze, agitacja do kupowania DVD, setki tysięcy listów do ABC i Disneya, wsparcie dość popularnych w mediach US osób (np. Felicia Day czy Michael "Slap Bitch!" Hurst), artykuły w EW Hollywood, itd. Jako serialowy laik, jak napisałem na początku, jestem zaskoczony zasięgiem protestu (pamiętajmy, że to zwykłe szaraki rozpętały "wojnę", żadne tuzy przemysłu czy spece od PR polityków) oraz różnymi możliwościami gnębienia Disnejowców na górze. Tu nawet nie powstała idea czegoś tak ułomnego jak List Otwarty (jak ten "śmiechowy" o WFPR 2e). Wzięto się za całą rzecz znacznie kreatywniej, z masą pasji, ciekawych pomysłów i agitacji. Nie ograniczono się do dobrych chęci i forumowych deklaracji. Właśnie w taki sposób zawsze widziałem coś, czego w Polsce raczej nie ma: Fandom (nie licząc może polskich fanów Northern Exposure w połowie lat 90-tych, pamiętacie?). Ludzi z prawdziwą pasją, kasą, konkretnymi pomysłami i zjednoczonych wokół ukochanego hobby / produktu.

Na zakończenie: jeśli ktoś nie widział Legend of The Seeker, a lubi klasyczne i niegłupie heroic fantasy - polecam (tak co najmniej z 10 pierwszych odcinków - później nie da się przestać ;) ). Jeśli ktoś jest zainteresowany, co dzieje się w fandomie LotS i jaki będzie los serialu, kilka linków (to i tak czubek góry lodowej):

http://www.saveourseeker.com/
http://community.livejournal.com/legendofseeker/ - wieści z różnych akcji fandomowych
http://savetheseeker.wordpress.com/ - j/w
http://www.petitionspot.com/petitions/LOTS3/ - petycja, warto podpisać


P. S. Nie, Smartfoxie, nie jestem fanbojem serialu. To po prostu kurewsko zajebiste i pierwsze serialowe fantasy od czasów Robina z Sherwood. ;D

11 komentarzy:

Paladyn pisze...

Takie akcje nie są niczym dziwnym. Fani "Firefly" doprowadzili do nakręcenia filmu kinowego kończącego wątki ("Serenity") a podczas któegoś z tzw. "Serenity Day" wywindowali sprzedaż DVD na Amazonie na pierwsze miejsce.

Wielbiciele "Jericho" wysyłali nie tylko maile, ale i orzeszki ziemne (pierwszy sezon kończył się tekstem: "Are you nuts?!") i wysłali ich tyle, że stacja poprosiła aby przestali i nakręciła drugi!

A "Legend of the Seeker" muszę obejrzeć. Śmieszna sprawa, ale wymieniając seriale które oglądałeś, wypisałeś te, które ja śledzę :)

smartfox pisze...

Bodajże też przy "Carnivale" miała miejsce udana akcja fanów, która przedłużyła życie serialu o jeden sezon.

Pozdr

Ojciec Kanonik pisze...

O Jericho słyszałem przy okazji śledzenia tego co się ostatnio dzieje z LotS. W innych przypadkach fani wytargowali różne mini-serie czy pełnometrażówki. Bardzo fajna sprawa, ludzie i inicjatywy. Szkoda, że RPG jest takie niszowe i się nie da w podobny sposób pewnych rzeczy wskrzesić. ;)

W ulubionych serialach zapomniałem wspomnieć o Robinie z Sherwood i mini-serii Merlin (
Samem Neilem) - kult i klasyka, wiadomo.

smartfox pisze...

Dopiero zauważyłem PSa :).

Kurcze, ale od fanbojó to ja chyba Cię wyzwałem przy piwie, a to się nie liczy :).

Swoją drogą sam szykuję się do obejrzenia LotS. Na razie rządzi "Gwiezdna Eskadra" i kino pulpowe :).

Bardzo mi do gustu przypadły "Kopalnie króla Salomona" z 2004.

Key-Ghawr pisze...

@ O.K.

Cóż, jeśli chodzi o ocenę prozy Goodkinda versus jej ekranizacji, moja ocena jest odwrotnie proporcjonalna do Twojej/ Choć literatura fantastyczna najlepiej nadaje się do tworzenia rozrywkowych opowieści, nie odmawiałbym jednak fantasy czy sf możliwości przekazanie "czegoś więcej". Zresztą filozofowie raczyli tworzyć fantastyczne utopie bądź antyutopie jako ilustrację swoich poglądów. Przeniesienie problemów etycznych w wyimaginowaną przyszłość albo do krain fantasy, pozwala traktować poglądy autora w kategoriach uniwersalnych. Oczywiście możemy się spierać o to czy wogóle istnieją jakiekolwiek wartości uniwersalne dla wszystkich kultur naszej planety (przedstawiciele różnych kultur trochę inaczej zdefiniowaliby pojęcia "dobra" i "zła").

Wracakąc do Goodkinda. Jego cykl przeczytałem stosunkowo niedawno (wolę czytać seriale fantasy mając w ręku wszystkie tomy). Straszony negatywnymi opiniami, omijałem Goodkinda szerokim łukiem. Rzeczywiście, temu cyklowi można sporo zarzucić, m.in.: przesadzoną melodramatyczność, nadużywanie deux es machina, łopatologię i nachalność w przedtawianiu poglądów etycznych w połączeniu ze zbyt dużym stężeniem patosu na centymetr kwadratowy (zwłaszcza od połowy cyklu). Mimo tych wszystkich wad, Goodkinda czytało mi się bardzo dobrze (dużo lepiej od Jordana i Martina, których książki powędrowały do antykwariatu). To właśnie wplecenie przez autora elementów filozofii obiektywistycznej (o której wspomniałeś) różni "Miecz Prawdy" od innych taśmowców fantasy (ci amerykańscy autorzy chyba nigdy nie wiedzą kiedy powinni skończyć serial).

I właśnie dlatego serial telewizyjnt mnie kompletnie nie ruszył. Fakt, zacząłem oglądać gdzieś w 6 czy 7 odcinku i po 20 minutach nie byłem wstanie tego przetrawić. Z Goodkinda zostały właściwie dekoracje (tak, wiem że autor maczał palce w tym serialu
). Wyszła przeciętnej jakości rąbanka przy akompaniamencie drewnianego aktorstwa. Sorry, ale do Robina z Sherwood czy Merlina to jednak daleko. Jakoś tak jest, że fantasy nie ma szczęścia do dobrych filmów/seriali. Hercules był kiczowaty ale nie był nadęty i posiadał sporą dawkę autoironii (generalnie było to tak głupie, że aż śmieszne).

Ojciec Kanonik pisze...

Ekranizacja ma jaja której nie ma książka. AD&D vs AD&D 2E. Taką mniej więcej widzę różnicę. Cykl jest napisany żenująco i w zasadzie w stylu emo. Psyche postaci książkowych jest z pupy. Serial daje więcej fajnej zabawy niż kupowe 600 str+. Sorry, takie fantasy do mnie po prostu nie przemawia. Fantasy to nie sagi rodów, a akcja, wyrzynka i "who cares what hero thinks".

Akurat o uniwersaliach / wartościach kultury obiektywnej mógłbym wiele napisać z racji formacji intelektualnej, ale mija się to z celem. To jednak blog dla tylko (bez obrazy) wąskiego grona fantastów-RPG-owców. Dodam tylko, że w US każde odniesienie do obiektywizmu dziejowego / kulturowego = nazim.

Goodkind, podobnie jak cała "sagowa" fantasy dla mnie śmierdzi. Z reguły to beznadziejne mydlane opery. Serial bije cykl na łbe na szyję, bo nie trzyma się naiwności i ideowych "jednorożców".

Całość można podsumować, że to kwestia gustów. Robin z Sherwood ma tłustą, świecąca gębę w wielu ujęciach i jest obcięty na "czeskiego metala", a Richard nie. Yhh... ;)

Key-Ghawr pisze...

Coooooo? Nie przebrnąłeś przez całą serię "arcydzieł" Goodkinda. Chyba masz słabe nerwy ;)

Co do stylu "emo" u Goodkinda to masz całkowitą rację. Mi aż tak bardzo nie przeszkadzał. choć w IV tomie autor całkowicie przesadził. Na szczęście zreflektował się w porę i w kolejnych tomach jest tego jakby mniej i nie aż tak nachalnie (V i VI są chyba najlepsze z całego cyklu; od VII to już równia pochyła).

Ojciec Kanonik pisze...

Nie dałbym rady dojechać do VII. ;) Pamiętam, że identycznie miałem z Eddingsem i teraz z Martinem. ;)

Chase pisze...

Ja "Miecz Prawdy" przeczytałem w całości, na bieżąco jak wychodził i jest to jeden z moich dwóch ulubionych cykli fantasy ever (drugi to "Honor Harrington" Webera - tak wiem, że jedno i drugie zakrawa na mydlaną operę, ale mi się bardzo podoba). Wczoraj nabyłem w księgarni "Regułę dziewiątek" - poczatek nowego cyklu Goodkinda, który nawiązuje do "Miecza".
Serialu nie mogłem się doczekać, ale niestety... Zawód sprawił mi sromotny.

Te pierwsze 5 odcinków, które widziałem, swoim poziomem strasznie przypomina "Xenę wojowniczą księżniczkę". Jak się później dowiedziałem, nie bez przyczyny - popełnił je ten sam reżyser. Serial jest luźno oparty na książkach, co samo w sobie można by mu jeszcze wybaczyć, gdyby był zrobiony z polotem. A tego mu mocno brakuje.

A jak chodzi o działania fanów seriali - to można też dodać Farscape`a (3 godzinny mini serial dodany na koniec 4 serii).

Ojciec Kanonik pisze...

Chase. Pewnie Cię ucieszy, że niedawno Goodkind podpisał umowę z TOR na nowy tom Sword of Thruth. Btw. Terry bierze też udział w kampanii Save Our Seeker.

Luc du Lac pisze...

ja z kolei nie trawie prozy Goodkinda i podobnie serialu. Opadłem po 10-12 odcinkach.