20 grudnia 2010

Umierająca Ziemia


Po wielu latach, w końcu ukazało się na polskim rynku wydawniczym tłumaczenie dwóch pierwszych tomów klasycznego cyklu autorstwa Jacka Vance`a. Właściwie rzecz biorąc, Umierająca Ziemia nie stanowi cyklu, a raczej luźną kolekcję opowieści, których kolejne tomy powstawały w długich odstępach czasu. Pierwsza, tytułowa część, została opublikowana w 1950 roku, druga, The Eyes of the Overworld – 16 lat później. Dwie ostatnie pozycje ukazały się w latach 1983-84.

Opowieści z Umierającej Ziemi stanowią jedno z ważniejszego źródła, którym inspirowali się twórcy D&D. Dotyczy zwłaszcza Gygaxa, który wymieniając Vance`a jako wśród swoich ulubionych autorów fantastyki, zaczerpnął z omawianego cyklu zarówno koncepcję systemu magii (tzw. Fire & Forget) jak i ogólny klimat świata. Umierająca Ziemia jest przepełniona rzeczami cudownymi i dziwacznymi, a magia przeplata się z technologią. Bohaterowie kresu historii są w większości amoralnymi łotrzykami dbającymi wyłącznie o własny interes i rozkosze doczesne. Mimo istotnej roli cyklu Vance`a jako źródła inspiracji dla D&D, nie da się powiedzieć, iż na kartach kolejnych tomów mamy do czynienia z przedstawieniem settingu typowego dla old-schoolowych kampanii, bo tak nie jest. OD&D jest patchworkiem, który nie pozwala na wtłoczenie tej gry w sztywne ramy pojedynczej, wąsko pojętej konwencji. Tym niemniej, nie można mówić o jakiejkolwiek znajomości OD&D nie mając za sobą lektury przynajmniej dwóch pierwszych tomów Umierającej Ziemi.

Jeśli chodzi o kwestie literackie, to nigdy nie byłem wielkim fanem stylu Vance`a. Po przebrnięciu przez pierwszy tom Lyonesse nie byłem w stanie sięgnąć po kolejne. Niestet, trochę samozaparcia wymagało ode mnie przebicie się przez niektóre fragmenty Umierającej Ziemi (zarówno w oryginale, jak i ponownie, w języku polskim). Fabuły kreślone ręką Vance`a są bardzo liniowe i epizodyczne – zupełnie jak wiele scenariuszy RPG. Zazwyczaj autor kreśli opowieść, której bohater wędruje z punku A do punktu B, z punktu B do punktu C, itd. Widoczne jest to zwłaszcza w drugim i trzecim tomie, opowiadającym o przygodach Cugela, łotra nad łotrami (choć pewnie nie większego od pozostałych mieszkańców Umierającej Ziemi). Znacznie ciekawsze są opowiadania tworzące tytułowy pierwszy tom. Dotyczy to zwłaszcza trzech pierwszych, w których daje się wyczuć delikatną nutkę rozważań filozoficznych. Zresztą, nie zamierzam omawiać fabuły kolejnych tomów. Kto nie czytał, ten …. zapewne przeczyta :).

Głównym powodem, dla którego warto sięgnąć po Umierającą Ziemię Vance`a nie jest sama fabuła, lecz jej otoczka - kapitalne i inspirujące wytwory fantazji autora. Po tych wszystkich napuszonych epickich cyklach fantasy Williamsa, Goodkinda czy Jordana, powrót do dawnej, bezpretensjonalnej fantastyki jest czymś absolutnie odświeżającym. Większość Umierającej Ziemi, świata skazanego na zagładę z powodu dogorywającego Słońca, stanowi dzikie pustkowie, przetykane niekiedy dziwacznymi i zdegenerowanymi wytworami ludzkiej cywilizacji. Ludzie, zazwyczaj przesądni, tworzą dziwaczne kultury hołdujące groteskowym bogom lub obyczajom. Potężni i nieco szaleni magowie (nie wszyscy, rzecz jasna) poszukują czarów i artefaktów z zamierzchłej przeszłości Ziemi. Sama magia jest potężna lecz niebezpieczna dla niewprawnego użytkownika (o czym przekonuje się na własnej skórze Cudel). Przestrzenie między osadami i wioskami zaludnia menażeria, której próżno by szukać w głównonurtowych powieściach współczesnej fantasy: deodandy, erby czy leukomorfy. Wiele z tych potworów stanowi wytwory magów zamierzchłej przeszłości.

Umierająca Ziemia to prawdziwy festiwal twórczej wyobraźni autora - lekkie, ludyczne Weird Fantasy, tak odmienne od kolejnych epickich popłuczyn po Tolkienie. Osobiście bardzo cieszy mnie fakt ukazania się Umierającej Ziemi w polskim tłumaczeniu, co łata (w końcu) jedną z dziur rodzimego rynku fantastyki. Pozycja obowiązkowa dla każdej osoby zainteresowanej tym rodzajem literatury. Myślę, że powinni ją znać także erpegowcy, i to nie tylko z uwagi na miejsce Vance`a w historii gatunku, lecz także jako cenne źródło inspiracji. A dla osób interesujących (lub zamierzających zająć się) retrogamingiem RPG (zwłaszcza w postaci OD&D) Umierająca Ziemia stanowi pozycję podwójnie obowiązkową. Trzeba przeczytać - pod groźbą Czaru Zapomnianego Otorbienia...

14 komentarzy:

Key-Ghawr pisze...

Okazało się, że nie zapisało mi linków. Zrobiłem więc repost. Teraz jest ok.

gulthank pisze...

Fucking A! Dzięki za ten wpis, który uświadomił mi, że pozycja której od lat poszukuję jest wreszcie wydana po polsku. Nie wiem czemu tak długo trwało wydanie tej książki, skoro wydano cykl Lyobesse - którego nota bene, również nie jestem wielkim fanem. Mam nadzieję, że wielu fanów szeroko rozumianej fantastyki, nie tylko rpg, będą mieli okazję uzupełnić braki w znajomości kanonu. Normalnie od razu poprawił mi się humor, jeszcze raz dzięki za wpis.

Seji pisze...

Tu http://www.amazon.com/Tales-Dying-Earth-Jack-Vance/dp/0312874561/ref=sr_1_1?ie=UTF8&qid=1292870576&sr=8-1 jest komplet po angielsku - tanio. Nasi jak zwykle rozbili na czesci (dziwne, ze nie cztery ;)). BTW kto tlumaczyl?

Key-Ghawr pisze...

@ Seji

Tłumaczyła Jolanta Pers. Translacja znośna. Sproro fragmentów wyszło fajnie, inne trochę gorzej (np. nieszczęsna sic! "ghula" rodzaju żeńskiego - nie pamiętam jak stoi w oryginale, ale wygląda to na błąd). Czytałem kiedyś w oryginale pierwszy tom, ale mnie jakoś nie zachwycił, więc nie kupowałem dalszych.

Pozostałe dwa tomy w wersji PL mają być w przyszłym roku.

Aha. Uwaga, kiepskie klejenie okładki wersji PL. Czytać ostrożnie :)

Raziel pisze...

Solaris też planuje wydać "Pieśni Umierającej Ziemi" czyli antologie opowiadań innych autorów w świecie Vance'a ;)

Key-Ghawr pisze...

@ Raziel

Zazwyczaj kontynuacje autorstwa innych autorów niż ten "oryginalny" wychodzą mało interesująco. Por. ente części Pana Samochodzika lub Conana (w tym drugim przypadku nawet uzupełnianki Cartera i de Campa wychodziły raczej średnio). Takie wykorzystywanie cudzych światów zwykle służyć ma zbijaniu kasy na znanej marce czy tytule.

Seji pisze...

Songs of the Dying Earth to raczej 'tribute' niz kontynuacja (na moj nos, stoi na polce i czeka na lepsze czasy).

I znow poelcam oryginal - taniej, lepiej... ;) http://www.amazon.co.uk/Songs-Dying-Earth-Stories-honour/dp/0007277482

Key-Ghawr pisze...

@ Seji

Pewnie masz rację (taniej, lepiej). Co do mnie, to chiociaż nie mam problemów z czytaniem w języku angielskim, czytam w lengłydżu niemal wyłącznie rzeczy tzw. fachowe. Literaturę wolę jednak poznawać w polskim tłumaczeniu (no chyba, że byłoby rzeczywiście koszmarne).

Mam wrażenie, że mamy w naszym środowisku jakąś taką idiotyczną modę, która każe z góry odnosić się z rezerwą do jakichkolwiek tłumaczeń anglojęzycznej fantasyki na język polski, a wychwalać pod niebiosa oryginały. Ciekawe, ilu z nas potrafi rzeczywiście ocenić wartość literacką dzieła pisanego w obcym dla nas języku, jego styl i piękno (lub brzydotę), itp. (pomijam tu kwestię zwykłego rozumienia treści czy niektórych gier słownych)? Ja osobiście wolę delektować się literaturą czytając ją w tłumaczeniu na swój rodzimy język (chyba, że rzeczywiście wyszedł jakiś koszmarek przypominający efekt pracy na "google translator").

Drozdal pisze...

W oryginale Dying Earth bedzie sie niezwykle ciezko czytalo, nawet tym obeznanym z jezykiem ze wzgledu na barokowy styl jakim posluguje sie Vance (podobna katorga moze okazac sie czytanie Lovecrafta, a na przyklad czytajac wczesnego Gibsona w oryginale mozna sie spokojnie uczyc, lub tez szlifowac swoj angielski).

Co do czytania w oryginale vs. tlumacznia przychyle sie do tego co powiedzial Key-Ghawr, o wiele latwiej czytac cos co jest przelozone na twoj ojczysty jezyk. Ja na przyklad czekalem miesiacami na ksiazki Strugackich, bo wolalem czytac je po polsku niz po angielsku (a po angielsku moglem je kupic w kazdej ksiegarni).

Podsumowujac - im mniej tlumaczen pomiedzy orginalem a tym co czytamy tym lepiej. Tak w kwestii strugackich bylo by to rosyjski > poslki > czytam, a nie rosyjski > angielski > czytam (po czesci tlumaczac na poslki).

Wracajac do samego cyklu - takze polecam. Nie przeszkadza mi narracja podrozy od A do B, bo jak wspomniales magia (lub Vanceowe odjechane dziwactwa) kryje sie w tym co dzieje sie podczas przemieszczania sie pomiedzy punktami a i b. A mnie osobiscie bardziej podobala sie Cudgelowa saga (moze dlatego, bo Cudgel jako osoba to kwintesencja bycia przyslowiowym dupkiem), niz wstepne opowiadania - caly cylkl o Rhialto to maksymalny odjazd, gdzie na prawde czasami nie wiadomo o co chodzi ;)

Milego czytania.

Key-Ghawr pisze...

@ Drozdal

Dzięki za komentarz. Ja wiele lat temu przeorałem Władcę Pierścieni w oryginale. No, ale znałem bardzo dobrze wersję PL, więc czytało się swobodnie i można było docenić warstwę językową.

Co do Dying Earth, to chyba najbardziej mi się podobały (całościowo) trzy pierwsze opowiadania pierwszego tomu. Czytając je w oryginale nie miałem wielkiego problemu ze zrozumieniem samej fabuły, ale fakt, Vance`owski styl utrudniał delektowanie się całokształtem utworów.

Robert pisze...

Vance'a znałem tylko z cyklu "Lyonesse", który przeczytałem dwukrotnie i średnio mi podszedł. Opisywaną tu pozycję nadrobiłem stosunkowo późno, bo dopiero w zeszłym roku. Key ma rację, że rzecz jest dość toporna pod względem literackim i trudna w lekturze. Prawdę rzekszły, już wyleciały mi z głowy szczegóły poszczególnych opowiadań. Jednak nie o to tu chodzi - wizja świata jest powalająca, widać, że inspirował się tym potem Gene Wolfe, tworząc "Księgę Nowego Słońca" (jedna z moich ulubionych książek). W dziczy rodem z OD&D też odnajdziemy liczne echa "Umierającej Ziemi".

Należy koniecznie czytać, bez względu na to, czy gramy w oldskulowe RPG, czy też nie. Absolutna podstawa, zaraz obok Howarda i Leibera.

Adam pisze...

@Robert

Za "Księgę Nowego Słońca" zabrałem się kiedyś raz, przeczytałem kilka pierwszych rozdziałów i nie miałem ochoty na więcej. Pamiętam, że wydawało mi się, że strasznie mało tam akcji, a dużo grafomańskich, emo-opisów. Może to była kwestia tłumaczenia. Nie jestem pewien, czy teraz oceniłbym tę pozycję tak samo.

Co Ci się w "Księdze Zachodzącego Słońca" najbardziej podobało? Czy fabuła tego cyklu przypomina jakąś sandboxową kampanię D&D, czy bardziej jakiś tolkienowski railroad? I czy łatwo tam natknąć się na postać, przedmiot, miejsce itd. proszące się o umieszczenie na dedekowej sesji?

Robert pisze...

"Cień kata" czytałem chyba pięć razy, na różnych etapach życia i zawsze mi się podobało.

Warto dodać, że tak naprawdę na cykl składają się 4 tomy (napisane od razu i podzielone na części przez wydawcę), a "Urth Nowego Słońca" to sequel, u nas mylnie jako tom nr 5. Tego ostatniego nigdy nie udało mi się ukończyć mimo kilku podejść - inna bajka.

Podobały mi się właśnie klimat starzejącej się Urth, zdegenerowana do cna cywilizacja, mieszanina nowego średniowiecza z wysoką technologią (są machiny latające i jakieś miotacze), masa odjechanych zwyczajów (uczy kanibalskie i przejmowanie wspomnień pożartych ludzi), dziwaczne potwory i miejscówki. Wiele z tego można wsadzić do kampanii oldschoolowej. Dla mnie cenna była masa nawiązań do mitów, legend, historii.

To powieść drogi, w trakcie której facet od prostego czeladnika wskutek serii przedziwnych wydarzeń zostaje cesarzem. Z literackiego punktu widzenia ciekawy jest zabieg z doskonałą pamięcia bohatera i "retellingiem" przez niego całej opowieści, co jednak stawia pod znakiem zapytania pewne niuanse - nie wiadomo, na ile można mu ufać. Dokładnie jak z Konowałem w "Czarnej Kompanii" i Korwinem w "Kronikach Amberu".

Dla mnie 10/10 i ścisła czołówka.

Adam pisze...

Zabiorę się za "Cień kata" ponownie. Może w oryginale bardzie mi się spodoba.

Od siebie polecam serię "Viriconium" Harrisona, która też w dużym stopniu inspirowana jest "Umierającą Ziemią" Vance'a.