6 lutego 2011

Początki Kampanii Greyhawk - cz. 2



Błędy i wypaczenia dotknęły gry fabularne już w pierwszych latach ich istnienia. W przypadku O/A/D&D jednym z najczęściej spotykanych wypaczeń było przyznawanie przez kiepskich lub początkujących Prowadzących nadmiernej ilości skarbów. Ten "styl" gry w latach 70-siątych został ochrzczony mianem kampanii Monty`ego Zdobywcy (Monty Haul). Za jedną z przyczyn powstania owego proto-muchkinizmu wypada uznać złe wykorzystywanie przez niektórych MG tabel losowych spotań oraz skarbów. A przecież, jeśli uważnie wczytać się w Brązowe Książeczki, spotkać można tam wiele wskazówek dotyczących rozważnego korzystania z tabel, dostosowywania ilości spotykanych potworów do otoczenia kampanii, itp. W kampaniach Monty`ego Zdobywcy,bohaterowie obwieszeni stertą broni i magicznego sprzętu mogli siekać na kawałeczki nawet najbardziej silnych przedstawicieli zawartej w bestiariuszu menażerii. Kolejnym efektem nadmiernego rozdawnictwa skarbów przez Prowadzącego był nadmierny przyrost poziomów doświadczenia postaci graczy. Działo się tak dlatego, iż w myśl zasad OD&D punkty doświadczenia dostawało się za pokonywanie potworów i zbieranie skarbów (w relacji jednej sztuki złota/jeden XP). Przy źle prowadzonej kampanii mogło to skutkować to awansem o kilka poziomów doświadczenia podczas jednej sesji! Tego rypu wypaczenia dobrze dokumentują rozliczne listy ukazujące się w Dragon Magazine, czy publikowane na łamach tego magazynu pod koniec lat 90-siątych wspomnienia projektantów gier, którzy 25 lat wcześniej zaczynali swoją przygodę z OD&D i nie bardzo wiedzieli "jak grać". Nawiasem mówiąc, w przed-dedekowych kampaniach Dave Arnesona (który był autorem idei przyznawania punktów doświadczenia), wszelkiego rodzaju Ikspeki dostawało się dopiero po wydaniu zdobytego złota na zainteresowania zawodowe (np. magowie na produkcję czarów, a wojownicy na (sic!) wino i dziwki).


Oczywiście twórca kampanii Greyhawk również popełniał tego rodzaju błędy. O tym, między innymi, traktuje kolejny fragment wspomnień Gygaxa. Warto jednak zwrócić uwagę na ciekawe wykorzystywanie przez niego zarówno spotkań losowych jak i zaplanowanej ekologii podziemi (to tak na marginesie dyskusji dotyczących kwestii zrównoważenia generowania spotkań losowych a elementów przygotowanych). W połączeniu z przenikliwością i pomysłowością graczy dało to, mimo przepakowania przez Gygaxa skarbami jednego z poziomów lochów, dosyć ciekawą sesję...


Przyczynek do [kampanii] Monty`ego Zdobywcy


Krótka dygresja na temat historii, którą nazywam „Workiem szóstego poziomu”. Poziom ten stanowił labirynt zamieszkały przez wiele dzikołaków i inych zmiennokształtnych stworzeń. Na wschodzie było kilka większych otwartych obszarów, a na ich zachodniej granicy – sekretne drzwi. Przez nie dało się przejść do sześciu ukrytych pokojów. Te tajne pomieszczenia były zapełnione złotem, klejnotami, pergaminami, eliksirami, zaczarowaną bronią i innego rodzaju magicznych sprzętem. Wszystkie – z wyjątkiem dwóch. W drugiej i czwartej z tych sześciu komnat umieściłem parę największych i najstarszych czarnych smoków. Unieruchomione czarami, mogły się uwolnić dopiero w momencie otwarcia sekretnych drzwi, co działało także jako spust opuszczający część ściany, w wyniku którego dobry smokowi mógł uciec(prawdopodobnie chodzi tu o jakiegoś jeszcze innego smoka zamieszkującego zupełnie inny poziom; oryginalny tekst nie jest do końca jasny- K-G).

No cóż, wkrótce Tenser, Robilar i Terrik odnaleźli ten poziom. Zabili część dzikołaków, zrobili to i tamto, lecz zawsze wracali do owych wielkich komnat na wschodzie. Ernie, z jakiegoś powodu, kazał Tenserowi szukać sekretnych drzwi dokładnie we właściwym miejscu (jak widać na załączonym obrazku, żadnych głupiej kostkologii; liczy się przemyślność samychgraczy - K.G). Tak więc wszyscy zbyt szybko odnaleźli komnatę e skarbem. Co za łup! Po raz drugi sprowadzili w dół niskopoziomowe postaci graczy tak by wyczyścić komnatę do ostatniego miedziaka! Jak można się było spodziewać, tych trzech łotrów zaczęło wszędzie szukać, odnajdując podobne lokacje ukryte za podobnymi tajnymi drzwiami – lokacje, które tak głupio umieściłem. Tak więc, jeden za drugim, zostały odnalezione i złupione cztery skarbce. Nie potrafiłem zrozumieć w jaki sposób udało się im ominąć dwa smoki. Będąc uczciwym, choć zrobionym w konia Mistrzem Podziemi, zacząłem robić dobrą minę do złej gry. Zemsta była jednak w zasięgu ręki!

W końcu chciwość przezwyciężyła rozsądek. Tak więc, pewnego dnia nasza trójka wraz z asystującą im całą ekipą stronników (oryg. henchmen - K-G), wróciła do szóstego poziomu o jeden raz za wiele. Otworzyli celę czarnej smoczycy. Widząc co się stało, rzucili się do ucieczki. Zgubili ścigającą ich smoczycę w labiryncie nie odnosząc ran. Będąc niezadowolonymi, pewni oczekujących bogactw, bohaterowie prześlizgnęli się z powrotem by otworzyć ukryte leże smoczycy. Popełnili jednak błąd, trafiając do niewłaściwej lokacji, i w rezultacie otworzyli drzwi, za którymi zamknięty był samiec czarnego smoka. Uwolniony, zaryczał w pragnieniu zadawania śmierci. Z daleka doleciał przybliżający się zew jego samicy. Awanturnicy byli w kłopotach. Samiec zionął na nich (w tym miejscu wypada pamiętać, że w OD&D zionięcia smoków zadają obrażenia równe ilości posiadanych przez nich Hit Points - K-G), podczas gdy postacie graczy starały się smoka ogłuszyć. Zginęło trochę najmitów, inni otrzymali obrażenia, a smok stracił około 40 procent punktów życia. Potoczyły się kości procentowe a wynik wyniósł 50! Gracze jęknęli, poleciał kwas, ich postacie cofnęły się ze strachu. Każdy z zaangażowanych w walkę był wyczerpany, ale smok stracił już 80% punktów życia. Z pewnością podda się i będzie błagał o litość. Znów poszły w ruch kości i wypadło na nich 90! Postaci graczy uciekły ścigane przez smoka. Biegnący na końcu Robilar, wpadł na pomysł by wziąć sobą gargoylę, którą zmusił do służby i przywiązał na przytroczył do pleców.

Po raz trzeci smok plunął strumieniem kwasu i, na szczęście dla Robilara, gargoyla przyjęła na siebie ten atak. Zamieniła się z papkę, niszcząc przy okazji zbroję. Tak więc został on zmuszony do poszukiwania bezpiecznej kryjówki. Już wcześniej odkrył w najdalej wysuniętej na wschód części lochu szyb prowadzący w górę. Dzięki butom lewitacji, uciekający wojownik mógł się tam wspiąć z dużą łatwością, zostawiając pogoń daleko w tyle.

Ponieważ połączonej parze smoków powitanie zabrało dużą ilość czasu, pozwoliłem całej drużynie uciec pościgowi. Z uwagi na to, że awanturnicy wywołali wielkie zamieszanie, Robilarowi, oddzielonemu od towarzyszy, przysługiwał pierwszy rzut w tabeli spotkań losowych. Wynik był pozytywny, a kości nie mogły się lepiej sprawić. Rezultat wskazywał na purpurowego czerwia, a mógł się on pojawić tylko w jednym miejscu – schodząc kominem w dół! Tak więc, Robilar „upuścił” swoje buty i salwował się ucieczką, oczywiście na oczach czarnych smoków.

Oba smoki zionęły, nieskutecznie, a następnie ruszyły w pogoń. W tym całym pośpiechu, pragnący uciec Rob, zapomniał, że przejście w dół, którym Robilar uciekał, miało zagłębienie w podłodze będące leżem czarnego puddingu. Kiedy Robilar przebiegał, potwór zeżarł mu buty lewitacji i zadał dodatkowe rany, które niemal wykończyły biednego wojownika.

Nie był to jednak koniec. Ucieczka się powiodła, a Robilar wkrótce połączył się z towarzyszami, którzy nie napotkali już żadnych potworów. Fizycznie wykończeni, pozbawieni dużej ilości magicznych przedmiotów oraz ekwipunku oraz jakichkolwiek żadnych łupów, awanturnicy pospiesznie uciekli. Później unikali jak ognia obszaru „pierwszego labiryntu”, który został ochrzczony mianem "Poziomu Czarnego Smoka”. Podjętych zostało kilka kolejnych wypraw, lecz smoki były twarde (znowu, szczęśliwe kostki) i nie miały żadnych godnych uwagi skarbów. Tak więc przez kolejne kilka lat rządziły niepodzielnie tą częścią podziemi. Jednakże podczas poprzednich wypraw, każdy z trzech odkrywców zdążył awansować kilka poziomów w górę (pozostali bohaterowie też). Była to dobra lekcja, z której wynikało by nigdy więcej nie pozostawiać tak wielkiej ilości skarbów niestrzeżonymi.

Brak komentarzy: