18 marca 2011

Robert E. Howard: 75 lat #1

Mija 75 rocznica od śmierci Mistrza nowożytnej fantasy (fck Trollkien). Poświęcam więc kilka (retro)wspomnień o moich kontaktach z jego prozą w latach 80-tych. UWAGA: posty kurewsko niepoprawne, więc dzieci, fani ĆwokFM, Radia Za Ryja, Fantastyki i UC move out.

W połowie lat 80-tych, czasie, gdy wojująca parowszczyzna pluła bezproduktywnie na fantasy, traktując ten gatunek jako szmirę i skazę na obliczu przeświętej fantastyki „naukowej”, Iskry wydawały fajną serię, pn. Magią i Mieczem. W cienkich zeszytach ukazało się sporo zacnych opowiadań R. E. Howarda (sprawdźcie też książkę Jacka Piekary z tej serii – niezły setting), głównie nieconanowskich, w tłumaczeniu Cholewy i Królickiego (Zbyszek klasyka – wiadomo). Były to pierwsze rzeczy tegoż autora, z którymi się wtedy zetknąłem, chociaż z samym Conanem spotkałem się dopiero podczas wydania przez Alfy tomiku Conan: Droga do tronu (circa 1988) z kultowym opowiadaniem Czerwone Ćwieki. Obok Conan z Cimmerii i Conan: Godzina Smoka, były to jedne z nielicznych tłumaczeń, których nie popełnił Królicki. Seria MiM zawierała opowiadania o Solomonie Kane, cthulhistyczne i historyzujące fantasy. Obok trylogii i Hobbita Srolkiena (M. Skibniewskiej), pojedynczych i rzadkich utworów fantasy w Fantastyce (np. Trzy lwy i trzy serca, Mr. Andersona) oraz wydań klubowych, było to jedyne fantasy na rynku. W ogóle wydania klubowe były niezłym dziwactwem PRL-u. Książki były maszynopisami, z fajansiarskimi okładkami (pamiętam jakąś powieść o Johnie Rambo z reprodukcją filmowego plakatu na okładce) – pirackie w pełni znaczenia tego słowa. Wśród tego typu książek, wydano w Polsce końca lat 80-tych słabiutką pozycję Conan Buntownik, Poula Andersona.

Oczywiście, taki proceder był czymś powszechnym, a prawo autorskie nie chroniło niczego spoza Żelaznej Kurtyny. Muzę na pirackich kasetach i szpulach można było kupować na stosy, a nawet przegrywać w sklepach muzycznych za niewielką opłatą. Ceny za całe albumy były bardzo niskie, ale winyle były jednak czymś bardziej ekskluzywnym – nie dało się ich prosto powielić. ;) Programy na ośmiobitowce, również na kasetach, kupowało się w kioskach i coniedzielnych bazarach. Filmy – jeśli ktoś miał taki luksus i zbytek jak odtwarzacz video – dostępne były na giełdach, zwykle na zasadzie handlu wymiennego. Oprócz niemieckiego porno, można było nabyć masę horrorów, modnych komedii i trochę fantastyki – zero kina europejskiego czy niekomercyjnego (np. o Bergmanie można było spokojnie zapomnieć). Powodzeniem cieszyły się też kina studenckie – niewielkie, zwykle porządnie zabunkrowane i zadymione – w których można było obejrzeć za grosze tematyczne maratony filmowe, puszczane z kaset na poczciwych Rubinach.

Przemysł zabawkarski też ostro piracił i wydawał bez licencji figurki ze Star Wars („ruszane” i „nieruszane”, remeber? ;) ), podróbki zestawów żołnierzy Matchboxu czy wreszcie kolesi z genialnego He-Man & Masters of the Universe (później sklepy z tymi zabawkami zniknęły lub zaczęły sprzedawać RPG ;) ). Wszystko, rzecz jasna, szare i koślawe, zapewne toksyczne. Posiadanie oryginalnego resoraka tejże firmy, dodawało średnio k50+50 do Prestiżu-Na-Podwórku. Kiedyś popełniłem posta Rust Monster a Jaruzelski – chodziło w nim o to, że w połowie lat 80-tych dostałem zestaw gumowych dinozaurów, w którym był poczciwy rdzawnik oraz land shark z AD&D! Figurki te były wiernymi kopiami metalowych miniaturek, wydawanych przez TSR pod koniec lat 70-tych – tylko rust monster był 3x większy, a Bullete 3x mniejszy. Do tego dochodziło zjawisko lewych kalkomanii i naprasowanek (Miszka Drzewko, Modern Talking, A-HA i glam metal wtedy królowały), naklejek ze znanymi markami i motywami z zepsutego Zachodu. Że o gumie Donald nie wspomnę.

Podobnie sprawa miała się z fantastycznymi grami planszowymi – jak większość wie, wszystkie one były albo rodzimymi projektami (rzadko), ale częściej pirackimi wersjami oryginałów. Polskie gry pojawiały się także w Świecie Młodych. Niektórzy zapewne pamiętają ciekawą akcję (Ciesielski – Toruń?) promowania dobrych gier planszowych przez tą gazetę: Gra na Piątkę. Encore (i później Sfera) wydawało w wysokich nakładach, bez licencji i zbędnej krępacji prawnej, sporo popularnych na Zachodzie w latach 80-tych tytułów. Wzrastająca popularność fantasy u schyłku naszego socjalizmu miała więc źródło w bezwstydnym jumaniu i nikomu to nie przeszkadzało (bo i wyboru innego nie było za bardzo). Bezwstydna zrzynka nie skończyła się z upadkiem PRL. W Kryształach Czasu, na łamach MiM-u, pojawił się Hobbit, za co TSR srogo zabuliło w połowie lat 70-tych gównianemu Tolkien Enterprise i musiało edytować kolejne printy 3LBB. Mało tego, kilka artykułów w tymże piśmie zostało opublikowanych bez podania źródła czy oryginalnego autora (głównie z Dragona i White Dwarfa), chociażby pamiętna przygoda Z niewielką pomocą moich przyjaciół. To samo tyczyło się oprawy graficznej pierwszych numerów MiM-a: garściami wrzucali rysunki Elmore'a z Red Boxa i PHB do AD&D 2E, etc.

Jakby na to nie patrzeć, dzięki piractwu mogliśmy mieć w ogóle dostęp do konsumpcjonizmu fantastycznego w PRL-owej szarzyźnie. Bez zacnie rozwiniętego Pick Pocket ówczesnych wydawców, bylibyśmy jeszcze bardziej zapóźnieni, niż jesteśmy – więc wszystko gra i buczy. ;)

11 komentarzy:

Tajemniczy Pan C pisze...

O tak. U Hezjoda ten okres jest opisany jako złoty wiek ludzkości.

Mój He-Man miał zdeformowaną część głowy, powiększony oczodół i wydłużony profil. Jak gdyby kilka drobnych kamyków wpadło do formy.

Ojciec Kanonik pisze...

Mojemu miecz nie mieścił się w dłoni. A tak w ogóle, to każdy z nich miał ten sam rodzaj wdzianka (z dwóch możliwych) - albo coś w stylu napierśnika płytowego, albo pulpowej przeszywanicy. ;)

Tajemniczy Pan C pisze...

A propos Tolkiena. Nie znam ani jednego erpegowca, który byłby jego czytelnikiem.

Borejko pisze...

To wpis o Howardziem czy Pewexach?

semaiko pisze...

#1 ---> zakładam, że to zaledwie wstęp.

Fajnie, że akurat teraz o REHu piszesz Jarlu. Przyda się.

smartfox pisze...

Ech, to wyżej to ja. Znów mi żona wlazła na konto.

Omlet pisze...

Wszystko spoko, ale takie wstawki o JRRT są po prostu słabe :D

Omlet pisze...

Z drugiej strony opinia jest jak dziura w dupie - każdy ma własną.

Balgator pisze...

Ech te czasy... to se już ne vrati.

Darcane pisze...

Omlet ma rację z JRRT. Obvious troll is obvious. ;)

@Tajemniczy Pan C: Mogę wysłać autograf czy coś. Chyba, że chodzi Ci o osobistą znajomość. To mogę co najwyżej zaproponować rozmowę na Skype.

Darcane pisze...

Zapomniałem wspomnieć (a edytować chyba się nie da) o najnowszej edycji Karnawału Blogowego RPG, tym razem o Mistrzu Gry. U mnie. Wpadniesz? ;)