20 marca 2011

Robert E. Howard: 75 lat #2


Mija 75 rocznica od śmierci Mistrza nowożytnej fantasy (wuj z Trollkienem). Poświęcam więc kilka (retro)wspomnień ad moich kontaktów z jego prozą w latach 80-tych. UWAGA: posty kurewsko niepoprawne, więc dzieci, fani ĆwokFM, Radia Za Ryja, Fantastyki, narodowcy, katole, lewaki, liberałowie, a przede wszystkim UC move out.

Z prozą R. E. Howarda w Polsce było dość dziwnie (przynajmniej do czasów wydania "dzieł zebranych" w twardych oprawach), bo cieszyła się ona dużą popularnością w kraju, była kanoniczna dla gatunku, ale środowiska opiniotwórcze, pokroju wojującej parowszczyzny, poczęły jechać po Bobie w kilka lat po ukazaniu się jego pierwszych utworów (nakładem wydawnictw Alfa i Iskry) w połowie lat 80-tych.

Co najzabawniejsze, kopiący i zabierający głos nadwiślańscy eksperci z reguły nie mieli pojęcia co kopią. Instynkt rozpędzonego stada baranów był w nich silny. Uczestnicząc wielokrotnie w przeróżnych zjazdach i konferencjach naukowych o popkulturze (głównie filmografia, muzykologia i literaturoznawstwo) zaobserwowałem, że prawie zawsze trafiał się na nich jakiś beton filologiczny czy spleśniała konserwa, mentalnie zatrzymana w okolicy Dziadów czy Kordiana. Owe ograniczone persony zwykle podawały teksty o przygodach Conana jako przykład dna popu (bo ludków pokroju Guy'a N. Smitha nie znali). Oczywiście, zazwyczaj żaden z nich nigdy nie widział na oczy nawet jednego akapitu prozy Howarda, ale wuj – ważne, że zaliczy mu się konfa do „dorobku naukowego”! Skąd więc takie stereotypy o twórczości R. E. Howarda?

Źródeł wypaczeń i stereotypów o utworach Boba Dwa Pistolety można upatrywać nie tylko w ignorancji krytyków i teoretyków literatury i środowisk prasy opiniotwórczej (tu parowszczyzna stosowana właśnie), ale przede wszystkim w tym, co nieświadomie zrobił z dorobkiem i samym Howardem pisarzyna L. Sprague de Camp, jego kolega Lin Carter i dalsze substytuty kontynuatorów. Tworzenie setek pastiszy – zwykle lepszych warsztatowo, ale żenujących w porównaniu z oryginałami pod względem czysto imaginacyjnym i estetycznym – skutecznie zarżnęło specyficzny klimat, którym nasycone są utwory Howarda. Zresztą, De Camp – miłośnik pseudonaukowego wróżbiarstwa i zabobonów pod nazwą psychologia – wpisał pośmiertnie w bio Howarda kompleks Edypa, etc. Conan zmienił się przez dekady w tępego paladyna, którego celem jest ratowanie gołych bab, mordowanie Tych Bardzo Złych Oczywistych Oczywistości, a nie zwykły instynkt przetrwania, zabobonność i szarość etyczna. Zacierając trzy ostatnie cechy Cymmeryjczyka, postać stała się nijaka, bez wyrazu – rodem z flegmatycznych kato-powieścideł Bulkiena.

Howard popełnił tylko 18 opowiadań i 1 powieść o sławnym barbarzyńcy. Przeróbki i uzupełnienia jego manuskryptów, dokonane przez duet Camp / Carter można sobie spokojnie odpuścić, bo to już zupełnie inna Hyboria, inny „feel” oraz inna postać. Nawet jeśli ci goście stworzyli w oparciu o niedokończone utwory Boba kilka kanonów (np. Conan wpadający do krypty i zabierający miecz z rąk szkieletu gigantycznego wojownika), są to tylko i wyłącznie apokryficzne popierdółki, atrapy niepowtarzalnej wyobraźni i stylu Howarda.

Ostatnim, chyba najbardziej szkodliwym źródłem stereotypotwórczych wypaczeń było umasowienie Conana przez Marvela i przemysł zabawkarski, gry komputerowe oraz, co najważniejsze, popularne filmy z gubernatorem Arnoldem. Wielu ludziom, nie poznali prozy i założeń świata Boba (lub jego listów podających źródła inspiracji czy choćby wizerunków stworzonych przez Frazettę), Cymmerianin kojarzy się do dziś z germańską gębą Terminatora. Podobnie późniejsze kreskówki i seriale (np. ten w stylu Xeny), wybielające postać barbarzyńcy i robiące z niego łatwo przyswajalne przez dzieci produkt w stylu Aragornów czy innych „fajniusich” Caspianów.

W Polsce proza Howarda sprzedawała się bardzo dobrze (o tym przy innej okazji), ale z czasem trafił go nieunikniony Polnische Schlag i po dziś dzień casualowy czytelnik nie znający ani bio Boba, ani jego listów czy oryginalnych tekstów, ma niewielkie szanse na dokopanie się i weryfikację the real thing przez nawarstwione stereotypy, mantrowane opinie ekspertów we fundomowie.pl, bełkotliwe, „akademicko – krytycznie” teksty z F / NF (w cudzysłowie, bo mentalności przebijającej z tekstów felietonów i esejów u końca lat 80-tych rozsądny akademik przecież by tak nie nazwał – zwłaszcza z tych pism, omg). Na zakończenie powraca klasyczne pytanie do fan-boyów SF:

I JAK TAM WASZE UFOLUDKI, RAKIETY I DZIAŁA PLAZMOWE, GUYS? :D

5 komentarzy:

smartfox pisze...

IMO nie tyle nawet de Camp czy Carter miał wpływ na fatalne postrzeganie REHa, co po prostu schemat fabularny, tematyka i sama postać. PRzecież coś prostego fabularnie nie może być dobre. Ba! Na pewno jest prymitywne. Nikt nie próbuje traktować literatury diachronicznie, nie widzi, że taka konwencja wtedy dominowała. Ocenia się wedle dzisiejszych pojęć o fantasy chociażby. To tak jakbym dziś stwierdził, że "Pieśń o Rolandzie" to gniot, bo fabuła prosta, Roland płaski psychologicznie, a zdrada Ganelona przewidywalna. Lepszy jest Coelho, bo pisze o ważnych sprawach.

Poza tym pamiętasz nasze rozmowy? Barbarzyńca dla niektórych zawsze będzie się kojarzyć z prymitywizmem, głupotą etc. To się potem przenosi na traktowanie dzieł.

Jasne de Camp czy Carter pisali inaczej niż Howard, ale aż tak ostro ich twórczości nie postrzegam. Późniejsi epigoni bardziej dawali dupy. W ich "apokryfach" dopiero potrafiły dziać się jaja. Zwłaszcza jak jeden z drugim wpadał na pomysł by narracyjnie czy fabularnie (nie daj Cromie psychologicznie) udoskonalać pierwowzór.

Co do polskiego światka badającego kulturę popularną. Nie ma badaczy siedzących w REHu czy ogólnie wczesnej, amerykańskiej fantastyce. Artykuły o Howardzie można policzyć na palcach jednej ręki, a i to drwala. Praktycznie pisze się tylko o Conanie, nie znalazłem nawet wzmianki o innej twórczości, chociażby Kane'ie, bo o Costiganie i inszych to nie ma nawet co marzyć.

Paladyn pisze...

Piszę komentarz jeszcze raz, bo tamten wcięło.

Ciesze się, że mogę się zgodzić w 100% z Ojcem Kanonikiem. Film z Austriackim Dębem uważam za gwóźdź do trumny dla twórczości Howarda i wprowadzenia ją do szerokiego odbiorcy. Sprowadziły postać Conana do tępego, rozrośniętego osiłka. Znam ludzi, którzy kojarzą Conana z Hulkiem. Co więcej, wszelkie kreskówki, seriale, komiksy (nie dalej jak w sobotę miałem na ten temat rozmowę z kolegą) zasypały te trumnę grubą warstwą ziemi. Tak naprawdę, nie było żadnej, uczciwej adaptacji REH-a.

Co do parówszczyzny jajka panuje w Polsce. Nasze pokolenie dopiero ma inne podejście do fantastyki. Ogólnie panuje takie przekonanie, że czytać takie rzeczy mogą dzieci i młodzież, potem powinni wydorośleć. Literatura ma nie bawić, a zmuszać do myślenia. Zamiast tworzyć fajne światy, opowiadać ciekawe historie, ma mówić o rzeczach ważnych, bolączkach, dawać przesłanie. Dlatego Howard nie pasuje i jest mieszany z błotem, dlatego tak trudno było ugryźć Avatara, który nie bawił się konwencją, po prostu był filmem fantastycznym. Ale w przeciwieństwie do Howarda zarobił grube miliony i trzeba było dorobić pi$dzie uszy, żeby nie było, że zwykła fantastyka nadaje się do oglądania.

Darcane pisze...

Dzięki za ten wpis, dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy (jak i z poprzedniej odsłony).

"robiące z niego łatwo przyswajalne przez dzieci produkt w stylu Aragornów"

O Aragornie i reszcie bohaterów Śródziemia można powiedzieć mniej więcej to samo. Na mniejszą skalę, ale jednak. W filmie, grach itp. nie widać prawdziwego charakteru większości tych postaci. Choć większą krzywdę niż Aragornowi zrobiono chyba Legolasowi buźką Orlando Blooma.

Darcane pisze...

Można się jakoś z Tobą skontaktować? W razie czego mój mail: darcane (a) radio404.pl :)

Robert pisze...

Moim zdaniem film Miliusa jest bardzo dobry. Pamiętam dobrze, gdy obejrzałem go po raz pierwszy (mogłem mieć ok. 10 lat). Scena najazdu na wioskę wbiła mnie w fotel. Zgadzam się, że to tylko luźna i swobodna adaptacja, ale "feeling" ery hyboryjskiej udało się Miliusowi uchwycić. A muzyka Poledourisa - klasa sama w sobie.