29 marca 2011

Robert E. Howard: 75 lat #3


Kolejny post poświęcony recepcji prozy Howarda u schyłku PRL-u i tuż po jego upadku. Dzisiaj o pewnym artykule z NF.

Krzysztof Sokołowski napisał w NF #3/90 ciekawą i dobrą konkluzję pointującą poprzedni tekst. Poniżej jej krótkie fragmenty opatrzone moimi komentarzami:
Po fali krytyki „Alfa” wydała trzeci tom swego „Conana” w niebagatelnym nakładzie 120 tysięcy egzemplarzy […]. Książka znikła błyskawicznie i powinno to doprowadzić do przytomności tych, którzy przyzwyczaili się do mówienia o howardowskim barbarzyńcy wyłącznie źle. Najwyraźniej najwyższy czas na komplementy, a największy z nich jest najbardziej oczywisty. „Conan” budzi emocje i – wbrew tym, którzy twierdzą, że tej lektury należy się wstydzić i tym, którzy chwalą się, że nigdy nie czytali (jakby ignorancja była tytułem do chwały!) - nie są to wyłącznie emocje negatywne.
Tu na chwilę przerwę. Ja mam po dziś dzień to samo, gdy rozmawiam z co bardziej inteligentnymi ludźmi, czy kadrą naukową – trochę nie wypada przyznawać się do czytania prozy Dicka, Aasimova, Clarke'a, co najwyżej do Lema, bo ten gość jest bezpieczny w lit. polskiej. O pseudonaukowym bełkocie SF o ufoludkach, dickowskich teoriach spiskowych, rakietach i statkach wielopokoleniowych faktycznie lepiej nic nie wspominać. ;) Znajomość Człowieka z Wysokiego Zamku czy Ubika to, niestety, powód do wstydu –  i nic tego już raczej nie zmieni. Nazwiska Ziemkiewicza też nie warto w niektórych mniej konserwatywnych, tzw. liberalnych (cokolwiek to w Warschau znaczy) środowiskach wymieniać, bo lecą teksty o wróżkach i astrologach „przewidujących przyszłość”, albo "kaczyzmem" lub "konserwą" można oberwać. Ad cytat, autorowi chodzi o wydaną przez Alfę znakomitą „Godzinę smoka”. Wydania alfowskie można z łatwością znaleźć do dziś na kiermaszach, aukcjach i antykwariatach – w przeciwieństwie do większości jakże hołubionych „Mistrzów SF”, którzy gdzieś tam sobie po cichu zdychają na ideowym / naukowym wysypisku śmieci (lub posłużyły jako podpałka do pieca niczym Dzieła Zebrane Lenina w srogie zimy). Sokołowski zauważa to, o czym pisałem w poprzedniej notce – stereotypy biorące się z nieznajomości prozy Boba. Co zabawne, do fascynacji twórczością R. E. H. (nie tylko conanowską, która jest zaledwie niewielkim wycinkiem całości) przyznawały się od dawna takie figury jak Poul Anderson, Fritz Leiber, Marion Z. Bradley, Karl E. Wagner, etc. Bez właściwych wojującej parowszczyźnie kompleksów i skrępowania. U nas chyba tylko Sapkowski nie wstydził się znajomości prozy Boba. Podobnie jak mało kto na świecie odmawia wielkości Ursuli Le Guin z domu Kroeber, u nas szmacono ją w Fantastyce lub ignorowano jej ważną rolę w dziejach tego wycinka pop-literatury. Ok, dalszy fragment eseju:

Dopiero teraz widać wyraźnie, że dokuczanie „Conanom” było od początku zadaniem intelektualnie bezpłodnym. Mam wrażenie, że Howarda czyta się z tego samego powodu, z którego w ogóle czyta się fantasy. Jest w nim ta jakże charakterystyczna wielkość, której nie znajdzie się nigdzie indziej i która rzuca czytelnika na kolana.


Trochę zbytnie uogólnienie z tą fantasy – czego innego oczekuję od Le Guin, czego innego od Tolkiena czy Goodkinda, nie mówiąc o R. A. Salvatorze, od którego nie oczekuję niczego. ;) Niemniej, intuicja dobra,  chociaż pisał to gość, który jeszcze nie miał dziesiątek tekstów fantasy miesięcznie na rynku. Dalsze próby zakreślenia atrakcyjnych dla czytelnika tej prozy cech są do przyjęcia: ucieczka w mitologiczny, znany-nieznany świat o wiele łatwiej zawiesza niewiarę niż pseudonaukowy bełkot o obcych porywających ciała Ziemian, magia ogromu świata i nieskomplikowanych, dynamicznych przygód barbarzyńcy w miejsce urojonych aspiracji do naukowości w opisie dylematów moralnych androidów. Czyli: DOBRA ZABAWA. Sorry, kochana parowszczyzno – jak chcę poczytać ambitną literaturę, to sięgam po Faulknera, Hamsuna czy naszego Szczygła – nie po zajdlistów czy social fiction. Logiczne.

6 komentarzy:

smartfox pisze...

Ale to, Jarlu, standard. Dla Parowskiego, walczącego z PRLem, fantastyka zawsze miała misja. Stąd poparcie dla całej social fiction. Wystarczy przypomnieć, jaka jazda była, jak przyznano Zajdla Liedtke. Tymczasem zgubiono podstawowy sens literatury popularnej, o którym wspominasz, powołując się na Sokołowskiego - ROZRYWKA.

Co do świata naukowego. I tak, i nie. Sporo ludzi już bada "popularkę", ale faktycznie instytutami rządzi najczęściej beton, który wciąż chce badać literaturę XIX w. (tak dla przykładu).

Póki beton nie wymrze, nic się nie zmieni.

gulthank pisze...

A`propos pana Ziemkiewicza - to przez swoją działalność publiczną, wyrobił sobie taki, a nie inny wizerunek - czasem ten wizerunek może przeszkadzać w recepcji jego twórczości literackiej. Mam wrażenie, że to świadomy wybór autora. Ja osobiście nie kupię już żadnej książki RAZ`a choćby napisał drugą trylogię Tolkiena. Właśnie w odpowiedzi na jego działalność publicystyczną, robię co mogę - głosuję nogami (a raczej portfelem). Podobnie nie kupiłbym cudownej powieść sf autorstwa Jerzego Urbana. W mojej opinii panowie są na podobnym moralnie poziomie (choć mam wrażenie, że pan Urban jest inteligentniejszy).

Walka z fantasy ogólnie, a Howardem w szczególności jest głupia, z tym że dyskusja o "fantastyce rozrywkowej" dawno zmarła i została pogrzebana. Nihil novi.

narsilion pisze...

O ile dobrze sobie przypominam, że mimo wszystko opowiadania Howarda, jeśli były w fantastyce zamieszczone, lądowały na okładce. Cóż za oportunizm :>

No ale opowiadanie o Kullu i ludziach-wężach zostawało w głowie na długo. W przeciwieństwie do całej tej górnolotnej social-pogranicze fiction, jaką Fantastyka była zapełniona od zawsze, a z której nie pamiętam już dziś zbyt wiele.
Trzeba jednak oddać tym ludziom sprawiedliwość: żyli w świecie, w którym inne sprawy były ważne, gdzie fantastyka mogła być formą ucieczki przed cenzurą. Do pewnego momentu social-fiction miałą się więc nieźle bo była dla wszystkich całkiem interesująca. No ale potem kraj (świat?) się zmienił, a social-fiction (czy - jak mówicie - parówszczyzna) dreptała w miejscu.
To jest paradoks - fantastom świat uciekł... :)

Wracając do wątku Boba - znalazłem gdzieś na kiermaszowym stoisku książczynę - chyba "Zakazane miasto Gothan" - i okazało się, że prócz dziwacznych przeróbek jakichś podróżniczych i historycznych opowiadań na Conana, rzecz zawierała "Politykę i Rewolwery". A to jest tekst, który znać naprawdę warto. Miałem wrażenie, jakbym czytał "Przygody Hucka" Marka Twaina.

@gulthank - a ja nie kupiłbym żadnej książki, która byłaby drugą trylogią Tolkiena, niezależnie kto by ją napisał...

gulthank pisze...

@narsilion chodziło mi jakość książki, a nie o naśladowanie Tolkiena.

Ojciec Kanonik pisze...

Ziemkiewicza nikt by w mainstreamie nie znał, gdyby nie jego radykalna publicystyka. Niestety, nadal nikt nie zna jego fantastyki, temu lepiej się nie wychylać i później tłumaczyć, że lubi się RAZa za prozę, nie konserwę polityczną. ;)

Zakazane Miasto Gothan, to nie dzieło Howarda - przynajmniej nie w pełni. Wiem o co chodzi, bo książkę miałem, ale nie jestem pewien czy bazowała na szkicu czy była bardzo dowolną wariacją innego opowiadania R. E. H.

W kwestii rozrywkowości - ja, Smarty, zauważam, że od lat jest szczęśliwy powrót do korzeni i ludyczności fantastyki, a przez to nobilituje się ona bez wysiłku. Parowszczyzna to takie walenie maczugą w drzwi, które można normalnie otworzyć. Szczęśliwie, political fiction zdechła, a fantastyka nie okazała się wytworem salonów literackich - jest git.

Robert pisze...

Akurat Sapkowski to się negatywnie o Bobie wypowiadał - gdy czytałem "Rękopis znaleziony w smoczej jaskini", to się aż zagotowałem, gdy wyklinał na "Conany i Wagnery" ;-)