21 stycznia 2013

Legend of Grimrock

W przeciwieństwie do indyków RPG, indyki komputerowe są coraz częściej zaskakujące. Bywa, że i lepsze od mainstreamowych superprodukcji. Przykładem tego może być Minecraft, Slenderman, The Path czy Dwarf Fortress. Dziś zajmę się Legend of Grimrock małego studia Almost Human. Pod koniec lat 80-tych zagrywałem się na „mydelniczce” w Bloodwych, później w Beholdery, Black Crypty i inne takie. Sporo dobrego słyszałem o tym indyku, a że byłem znudzony klasyką pod DosBoxem, odpaliłem współczesnego „retroklona”, LoG – gra miażdży.


Niemal każdy nerd wychowany na crawlach sprzed 20 lat poczuje się w tej gierce jak w domu. Co więcej, produkt skrojony jest na miarę XXI wieku – ładna grafika, znakomita muzyka a la Poledouris, sterowanie i brak konieczności używania DosBoxa. Tak właśnie powinna wyglądać (mam nadzieję, że kiedyś jakaś firma ją wreszcie wyda) AD&D 3E, albo porządny retroklon. Jest tu wszystko, co znamy plus wykorzystanie obecnego poziomu technologicznego. I ta sama grywalność i klimat odkrywania.

Pamiętam jak w starych grach nieme postacie bez historii nabierały własnego życia. Bez zbędnego pitolenia na 5000 stron scenariusza i oskryptowanego zachowania. Każda wtopa, albo spektakularny wyczyn, nadawał zbiorowi cyferek i portrecikowi zupełnie nowego wymiaru. Ba, łatwo sobie wyobrazić animozje i miętę pomiędzy naszymi herosami. Np. w Wizardry skrzatka Fuzz lubiła odpalać fireballe. Często jednak mój kiepski zmysł strategiczny powodował, że kula pojawiała się między ekipą, a mobem stojącym tuż przed nią. Krasnolud Ulborn zawsze obrywał najbardziej i zapewne rzucał kurwami na maginię. Za to lubił kleryczkę Dagnę, która rzucała leczenia i pakowała jego bicepsy. Hobbickiego złodzieja Tobita nikt nie trawił, bo zawsze w krytycznym momencie kończyły mu się sztylety do rzucania, a w walce wręcz był beznadziejny. No i wysadzał pułapki w skrzyniach prosto w gębę krasnoluda. ;) Dokładnie to samo jest w Legend of Grimrock.

Gra nie jest łatwa. Zagadki są niekiedy piekielnie trudne, a epizody zręcznościowe sprawiają, jak za dawnych lat, że chce się gryźć tynk ze ścian. Im niżej, tym gorzej. Także samo manewrowanie wokół potworów by zadać backstab, to niezły łamacz palców. Z ciekawości zagrałem w klasycznym stylu – bez mapy i ze strzałkami kierunku. Niesamowite i krótkie doświadczenie. ;) Pomimo fajnego sterowania, automapy i klarownej grafiki, to nadal jest old schoolowy killer dungeon. Wymaga od grającego refleksu, taktyki w walce i w zarządzaniu zasobami, wyobraźni przestrzennej, cierpliwości oraz myślenia. Koniec końców, utknąłem na 6 levelu. Za plecami zostawiłem jedną nierozwiązaną zagadkę związaną ze specjalną lokacją oraz kilka nieodkrytych sekretów i notek awanturnika – poprzednika ekipy. Pewnie zacznę niedługo od nowa.

Gra, w przeciwieństwie do losowych rogalików czy hack 'n' slashy, jest na raz. Podobnie jak wszystkie jej klasyczne poprzedniczki. Warto jednak wracać do niej raz na rok / dwa, by odkryć nowe rzeczy i odświeżyć niektóre pomysły. Inspiracji jest tu wiele – od fajnych pułapek, przez prezentację świata, po różne moby i zadania. Dodatkowo, siłą gry jest jej modowalność, chociaż wybór i jakość fanowskich modów specjalnie nie powala. Najciekawsze są remake'i Dungeon Mastera czy EoB.

Każdy, kto pamięta tamte gry i ma sentyment do starych cRPG powinien koniecznie zapoznać się z Legend of Grimrock. Dla mnie ta gra to mocne 9/10.

Brak komentarzy: