22 lutego 2013

[AD&D] Wyprawa do źródeł Wielkiej Rzeki

10 godzinna sesja z 2001 roku. System: 1E. Notka bazuje na dzienniku wyprawy paladynki Yony (niedawno go znalazłem), więc jest dość wyrywkowa i z perspektywy tylko jednej PC. Była to całkowicie losowa „opowieść drogi”.







Skład:
Yona [Paladin; Gallant lvl] obezwładniająco brzydka wyznawczyni Jahwe.
Meliana [Magic-User; Evoker lvl] femme fatal z wiecznym PMS.
Nag-Cor [Ranger; Runner lvl] zabobonny barbarzyńca o dobrym sercu.
Asch [Magic–User; Prestidigitator lvl] stary, bezzębny egomaniak i piroman.
Nonad [Fighter; Swordsman lvl] chciwy krasnolud.

Cel:
Odnaleźć źródło Wielkiej Rzeki. Wyprawa rzecznym statkiem (Mewa) sponsorowana przez Lorda Miasta.

Dzień pierwszy:
Po godzinie udało się nam opuścić miasto. Spokój żeglugi zakłóciła kłótnia między Aschem a Melianą. Prawie spalili Mewę. Oby Jahwe miał nas w swojej opiece... Coś b. dużego (ok. 10 m) przepłynęło pod statkiem, wyminęło nas w górę rzeki. Nie wiemy, co to było. W nocy dość duża istota odleciała w górę rzeki po tym, jak zauważył ją na drzewie Nag-Cor.

Dzień drugi:
Napotkaliśmy bandę (prawdopodobnie) goblinów, stojących na brzegu Wielkiej Rzeki. Doszło do walki, z pomocą przybył ranger Ardul. Ardul mieszka w pobliskiej osadzie.

Dzień trzeci:
Znowu widzimy olbrzymią istotę pod statkiem. Rangerzy twierdzą, że to jakiś dziwny wąż wodny.

Dzień czwarty:
Dopłynęliśmy do ostatniej osady białych ludzi. Odpoczynek i uzupełnienie zapasów. Ardul postanawia z nami płynąć. Meliana zgadza się najgorliwiej – chyba ma na niego ochotę.

Dzień piąty:
Znowu kłótnia. Asch ma kaca, a Meliana obiła jurnego wieśniaka i wyżywa się na starcu. Wypływamy w południe, po godzinie płyniemy już przez gęste lasy. Kłoda zwalona w poprzek rzeki nagle ożyła. Widzieliśmy dziwne grzyby. Nasz gigantyczny towarzysz wąż uderzył w statek. Wybitą dziurę załatała magią Meliana. Na brzegu stoi gigant. Leśny gigant. Okazuje się, że jest przyjazny i zna rangera Ardula. Rozbijamy obóz, Nonad i Asch prowokują giganta do bójki – ch&*@#e! Rangerzy obejmują przywództwo nad wyprawą. 

Dzień szósty:
Przed świtem obóz atakują Wyjce. Przerażające. Ocaliła nas magia Ascha i Meliany i łaska Jahwe. Płyniemy dalej w kiepskich nastrojach. Widzimy pojedyncze, śnieżne drzewo – iglasty dąb. Drzewo wali się do wody omijając o włos Mewę. Pod nim mrowisko. Mrówki wielkości psów, ale spokojne. W południe zaatakowały nas szerszenie (długie na ramię; żądła jak sztylety). Wąż nadal płynie w górę rzeki. Ranni w bójce z gigantem lecza rany pod pokładem – przynajmniej przez chwilę jest cicho.

Dzień siódmy:
W nocy słyszeliśmy piskliwe śmiechy. Obserwują nas malutkie skrzaty. Coś przeleciało nad statkiem płosząc skrzaty – rangerzy twierdzą, że to manitikora... Nad ranem coś dużego wskoczyło z brzegu do rzeki. Meliana uwodzi Ardula – bezskutecznie.

Dzień ósmy:
Nonad zaginął gdzieś w lesie w trakcie uzupełniania zapasów (grzyby, owoce leśne i dziczyzna). Okazało się, że to tylko potrzeba naturalna, a nie siła nadnaturalna. Przynajmniej znowu nie zasmrodzi Mewy. Dzięki Jahwe! Minęliśmy grzejącą się na słońcu, piękną jaszczurkę wielkości łodzi. Nikt nie zna tego gatunku. Dziwne, nieznane drzewa i wiewiórki o dwóch ogonach. Jest ciepło, ale coraz ciemniej przez gęsty drzewostan.

Dzień dziewiąty:
Otacza nas coraz więcej egzotycznych gatunków zwierząt. Wszystko jest większe i pierwotne. Jakbyśmy cofali się w czasie do Dnia Stworzenia. Nawet rangerzy czuja się w tej głuszy obco. W nocy ugryzł mnie duży pająk, później zaatakował nas cały rój. Zszedł Asch. Panie świeć nad jego duszą.

Dzień dziesiąty:
Statek trafił na mieliznę. W trakcie spychania go na wodę, dostrzegliśmy pod taflą Wielkiej Rzeki ruinę jakiejś starożytnej budowli. Postanowiliśmy jej nie badać i pochowaliśmy maga na mieliźnie. Wypływamy dalej, z okolic mielizny dochodzi nas dziwny, ochrypły śmiech.. Nasze morale jest niskie, nie zawracamy, płyniemy dalej.

Dzień jedenasty:
Meliana studiuje księgi Ascha. Chyba niespecjalnie się przejmuje śmiercią starca. Cały las to żywe, poruszające się drzewa. Trafiliśmy na ślad „człowieka” – cmentarz z kamiennymi stosami. Na stosach leżą dziwne, humanoidalne szkielety – czaszki z trzema oczodołami, bez otworów nosowych. Pilnuję by nikt nie zbezcześcił tego miejsca, zwłaszcza Nonad. Meliana ociąga się z wyjściem. Z Nag-Corem wyciągamy ją stamtąd – nie obywa się bez kłótni o „zbadanie zawartości” stosów. Krasnolud zbadał kamienie i inskrypcje. Twierdzi, że cmentarz ma setki lat, a szkielety są już skamieniałe.

Dzień dwunasty:
Nonad nie żyje. Jego głowa została wyciągnięta razem z kręgosłupem i nadziana na jego własną włócznię (sic). W wodzie widzieliśmy jakąś małą główkę, ale szybko się schowała po taflą Wielkiej Rzeki.

Dzień trzynasty:
Zostało nas tylko czworo. Ardul i Nag-Cor twierdzą, że brzegiem coś za nami podąża. W nocy słychać było tupot jakby setek nóg, trzask łamanego chrustu i szelest gałęzi. Istoty są niewidoczne. Ranek wita nas widokiem wielobarwnych, olbrzymich motyli i nieznanych owadów. Musimy uzupełnić zapasy. Meliana prowokuje kilka dużych jaszczurek, wywiązuje się walka, wszyscy są ranni, ale mamy co jeść. Wieczorem rozmawiamy o powrocie...

Dzień czternasty:
Nad ranem zostaliśmy zaatakowani. Jesteśmy więźniami czarnoskórych ludzi. Ich wojownicy pokonali nas zatrutymi strzałkami z dmuchawek. Wieś murzyńska jest spokojna. Obchodzą się z nami dobrze, ale coś tu nie gra. Chyba zatopili Mewę wraz z księgami Ascha i Meliany oraz całym sprzętem.

Dzień ???
Czas mija. Ukryłam dziennik w napierśniku. Czarni boją się metalowej zbroi. Żyjemy i chociaż nie wiemy jak wrócić do domu, nasze samopoczucie poprawia się. Dni zlewają się w jedno. Coraz częściej dyskutujemy o powrocie. Pokładam wiarę w Jahwe, że nas poprowadzi do domu. Przybieram na wadze, bo karmią nas obficie.

1 komentarz:

Shockwave pisze...

Czemuż przypomina mi się Oko Yrrhedesa? :D