25 lipca 2013

Original D&D versus Basic/Classic D&D - wstęp























Stare edycje Lochów i Smoków nie mające w nazwie określenia Advanced fascynują mnie od bardzo dawna; prawdę mówiąc, chyba od samego początku zainteresowania RPG, czyli lektury pamiętnego artykułu Jacka Ciesielskiego – Gra fantazji (1987). Sądzę, że jednym z głównych tego powodów była nakreślona przez autora wizja D&D jako gry otwartej i - w przeciwieństwie do wersji Advanced - podatnej na modyfikacje. Oczywiście szczególnej inspiracji dostarczyła ikoniczna ilustracja Elmore`a reprodukowana w drugim numerze magazynu Joker. Niestety na dotarcie do „just” D&D przyszło mi czekać jeszcze wiele lat (podręczniki do AD&D zdobyłem w 1994 roku). Kiedy w 2000 roku (będąc w Anglii) kupiłem box autorstwa Billa Slaviscka łudząc się, że nareszcie przeczytam owe osławione 3 Brązowe Książeczki, przeżyłem straszne rozczarowanie. Zakup okazał się być fatalną pomyłką, a sama gra zaledwie intro do AD&D 2E. Kiedy rok później odkryłem stronę Acaeum zdziwiłem się widząc ogrom różnych wydań gry opatrzonej nazwą D&D – od White Boxa po Rules Cyclopedię. Będąc jeszcze trochę pod wpływem choroby zwanej edycjomanią, potraktowałem tą ostatnią pozycję jako zwieńczenie „naturalnej” ewolucji systemu (Brązowe Książeczki początkowo odrzuciłem jako niedoskonałą wersję gry). System zaprezentowany w Rules Cyclopedii momentalnie odsunął w cień zarówno AD&D jak i nowo wydane d20.

Z biegiem lat dowiadywałem się więcej o różnych wydaniach starego D&D (bez dodatku Advanced). Po około półtora roku prowadzenia sesji na zasadach z Cyclopedii okazało się, że system zacina się podczas gry na wysokich poziomach doświadczenia (tak powyżej piętnastego), a zasady Weapon Mastery to jakaś pomyłka, która dopakowuje postaci nie gorzej od featów w d20. Po odrzuceniu Cyclopedii przyszła faza na boxy z lat 80-tych i sporo wody upłynęło, zanim leżący na półce od lat wydruk Brązowych Książeczek trafił na stół, posyłając pozostałe wersje D&D na zasłużoną emeryturę. I tu dochodzimy do sedna sprawy. O ile tożsamość obu edycji AD&D i ich odrębność w stosunku do Brązowych Książeczek czy Rules Cyclopedii była zawsze oczywista, niejasna relacja między OD&D a późniejszymi inkarnacjami systemu nastręczała wielu problemów. Także dzisiejszy odbiorca mający do wyboru, dajmy na to, Basic/Expert D&D lub Original D&D będzie się zastanawiał, czym właściwie różnią się od siebie obie wersje gry.
Dlatego pozwoliłem sobie na napisanie cyklu notek podsumowujących powyższe zagadnienie, tak by osoby początkujące w temacie starego D&D nie musiały wyszukiwać informacji z kilkunastu różnych tekstów, które można odnaleźć w różnych zakątkach naszego bloga. Tym razem zamierzam skupić się przede wszystkim na porównaniu różnych aspektów mechaniki i wskazać w jaki sposób mogą wpłynąć na przebieg gry. Główna linia podziału przebiegać będzie między oryginalnym White Boxem, stanowiącym podstawę Original D&D (1974), a tak zwanym Basic bądź Classic D&D, wydawanym w różnych wersjach od 1981 do 1993 roku (lub 1996, w zależności jak liczyć) Z poniższego zestawienia wyłączam jednak Basic Set Holmesa (1977), który różni się od obu omawianych gier. W przypadku OD&D opieram się wyłącznie na podstawowych trzech książeczkach z White Boxa. Osoby szukające dokładnego omówienia zawartości poszczególnych wydań, odsyłam do następujących tekstów:

Classic D&D - rys historyczny
Original D&D (1974)
Basic D&D Holmesa (1977)
Basic/Expert D&D (1981)
BECMI D&D (1983-1986) oraz uzupełnienie - Frank Mentzer D&D
Black Box/Orange Box D&D/Rules Cyclopedia (1991)
Wielkie Księstwo Karameikos, cz. 1, cz. 2.
Mystara - ewolucja settingu, cz. 1, cz. 2

Jak widać, w dzisiejszej notce tylko "linkownia". W kolejnych częściach cyklu przejdę już do porównania różnych aspektów mechaniki omawianych wersji D&D i określenia ich wpływu na kształt rozgrywki.

28 komentarzy:

Yarivandel pisze...

Ha, mam podobne doświadczenia. Przynajmniej z początku, bo nie doszedłem póki co do "Małych Brązowych Książeczek" w praktyce.
Natomiast na bazie fascynacji staro-szkolnym D&D przywiozłem z USA jeszcze w 1993 roku czerwony Basic Set z BECMI z przepięknymi ilustracjami Elmore'a. Do dziś leży na półce i nawet odkurzyłem go rok temu, ale w praktyce zwyciężył Pathfinder Basic Set. Natomiast pozostałe edycje D&D mam tylko w PDF, co zdecydowanie umniejsza ich urok w moim odczuciu, bo jestem klasycznym molem książkowym :)

Key-Ghawr pisze...

Czerwony box Mentzera nie jest taki zły, choć jeśli rzeczywiście chciałbyś sobie pograć, to bez Expert Set się nie obędzie. Ale to niezbyt duży wydatek.

W BECMI trochę denerwuje mnie rozrzucenie zasad po różnych książeczkach, co utrudnia prowadzenie, a także niezbyt (IMO) udane zasady w kolejnych boxach (od Companion w górę). Pewnym minusem jest także uproszczenie i "usztywnienie" niektórych kwestii, m.in.: nikt z wyjątkiem złodziei (i do pewnego stopnia krasnoludów) nie może rozbrajać pułapek, wszyscy złodzieje mają należeć do gildii, wykastrowanie systemu z religii, zasady sugerujące dopasowywanie trudności spotkań do poziomu bohaterów, domyślny awans na poziom co 3-5 sesji (zob. Companion Set), zwalone zasady Weapon Mastery (Masters Set), założenie, że bohaterowie mogą budować zamki dopiero na 9 levelu, itp.

Tym niemniej, jeśli grać na samym BE wychodzi w miarę znośna gra - takie uproszczone OD&D. Mam nadzieję, że uda Ci się kiedyś pograć w tą wersję, a pewnie odczuje kolosalną różnicę w porównaniu do Pathfindera :)

Yarivandel pisze...

Ja mam ten problem, że chciałbym pograć we wszystko, ale brak czasu i chętnych :)

Pretekst do Pathfindera był taki, że szukałem systemu do poprowadzenia mojej żonie i szwagrowi - totalnym rpg-owym świeżakom. A ponieważ sporo się naczytałem o Pathfinderze to stwierdziłem, że warto spróbować. Zawartość Starter Boxa mnie zachwyciła, a nienajlepsza kompozycja Red boxa trochę zmęczyła i ostatecznie postawiłem na ładne kolorowe książeczki. Poza tym jako stary AD&D-owiec miałem pewne opory przed tabelkami "to-hit" z red boxa i takie tam :) Ale kiedyś z kimś bardzo chętnie.

Key-Ghawr pisze...

Z Pathfindera znam tylko podstawkę i bestiariusz. Jak dla mnie za dużo buchalterii, podobnie zresztą jak we 3.0 i 3.5.

Basic Set Mentzera był pomyślany bardziej jako zestaw do samodzielnej nauki niż tzw. reference guide, dlatego czasami trudno odnaleźć potrzebną regułę. A tabelki łatwo przerobić na Thac0 - wystarczy wziąć kolumnę dla AC 0 i wszystko działa.

Jako reference guide lepiej działa Basic/Expert D&D Moldvaya/Marsha/Cooka.

Yarivandel pisze...

Zgoda, co do przeróbki na Thac0. No ale mimo to jakoś mnie urzekł ten Beginners Box Pathfindera. Mechanika jest prościutka i przejrzysta. Specjalnie nie kupowałem Core Rulebooka bo same jego rozmiary mnie skutecznie odstraszyły. Chciałem pograć a nie znaleźć lekturę na wakacje ;) Szczerze mówiąc to co mi się podoba najbardziej w systemie 3.0+ (czyli również Pathfinder) to bardzo jasne i przejrzyste zasady skill checków. W AD&D2.0 robiło się testy na atrybuty które prawie zawsze wychodziły. Nie było jasnego systemu wartościowania trudności testu etc. Oczywiście house rules to podstawa, ale chciałem zagrać dla odmiany w coś mechanicznie spójnego. Teraz prowadzę równocześnie AD&D2.0, Pathfindera i gram w Earthdawna. Każdy to doświadczenie z innej bajki.

Key-Ghawr pisze...

Ja nie miałem problemu z testowaniem atrybutów w AD&D ani ustalaniem odpowiednich modyfikatorów. Po prostu gra była pisana z myślą o graczach bardziej zaawansowanych, którzy będą wiedzieli o co biega i stworzą uzupełniające reguły na bieżąco. Zresztą zob. wstęp Zeba Cooka do DMG, gdzie zachęca do robienia zasad domowych.

Trochę dziwi mnie Twoja opinia, że w AD&D testy prawie zawsze wychodziły. No, chyba że maksowaliście atrybuty i liczby poniżej 15 się nie zdarzały :)

Co do systemów bardziej "umechanicznionych", to na dzień dzisiejszy chyba prędzej wybrałbym Mongoosowską Legendę na silniku RQ/BRP niż jakąkolwiek inkarnację 3.0, w którym po za dekoracjami i otoczką nie wiele zostało z dawnych Lochów i Smoków (Pathfinder ma przynajmniej ten plus, że nie nosi logo D&D na okładce :)

Yarivandel pisze...

Moja uwaga co do testowania atrybutów to się tyczyła czasów kiedy po raz pierwszy graliśmy w rpg. Wszyscy mieli po 12 lat i ku mojej rozpaczy gracze nie akceptowali choćby jednego "niskiego" atrybutu. Do dziś doskonale pamiętam rozmowę z kolegą w 5 albo 6 klasie, że posiadanie niskich atrybutów jest wyzwaniem dla graczy i "rolpleja". Na próżno.

Teraz prowadzę kampanię w FR na zasadach AD&D2E z masą zasad własnych i też nie mam z tym problemów. Zresztą, różnorodność testów (Thac0, Atrybuty, Saving Throws...) to coś za co kocham "Dwójkę".

Zasady domowe to dewiza AD&D. Wiem to dobrze, w końcu gram w nią od wczesnych 90-tych :)Swoje houserules publikuję na blogu zresztą, zapraszam do rzucienia okiem.

Ponieważ jednak parę ostatnich lat spędziłem na planszówkach to szukałem dla odmiany czegoś spójniejszego. Jak widzę Pathfinder Ciebie zupełnie nie przekonał :) Mi się w takim noobowym graniu bardzo ładnie sprawdza (Beginners Box zaznaczam).

Key-Ghawr pisze...

Tak, to wiele wyjaśnia. Większość dzieciaków nie jest odporna na pokusę maxowania cech swoich postaci. Zresztą widzę to po swoim synu (lat 8,5), którego marzeniem jest, aby postać osiągnęła możliwie jak największą potęgę. I to najlepiej natychmiast, od ręki. Jak pokazałem mu, tak dla eksperymentu, zasady Weapon Mastery z Rules Cyclopedii to był zachwycony możliwością wyciągania 30-40 obrażeń na rundę już w okolicy 15 poziomu :)

Powiem, że trochę trudno mi zrozumieć, bo jakimś dziwnym trafem nigdy nie kręciło mnie tworzenie postaci superbohaterów w grach fabularnych. Dlatego właśnie prowadzę młodemu OD&D - prawie nie ma korupcjogennych modyfikatorów, a postaci z cechami poniżej 6 nie stanowią ewenementu :)

Dzięki za zwrócenie uwagi na Twojego bloga. Nie pamiętam, aby wyświetlał się w Planecie Blogów czy innym agregatorze, albo po prostu go przegapiłem. Może niektóre house rules przydadzą mi się jako inspiracja, kiedy najdzie mnie kiedyś ochota na AD&D. Choć, szczerze mówiąc, nie lubię mam stół zawalony stertą podręczników i dodatkowych dodatków. Rok temu prowadziłem krótką kampanię na zasadach 1E, a później 2E, i ilość papieru na stole zaczęła mnie doprowadzać do szewskiej pasji :)

Yarivandel pisze...

nie tylko dzieciaki tak mają :)Koleżanka mojej żony z którą gramy w Pathfindera (l.29) jest najgorszym munchkinem jakiego znam. Kłóciła się nawet ze mną, że chce być od razu na 10 poziomie a nie na pierwszym.

Co do agregatorów, to jeszcze nie wiem jak to działa. Bloga odpaliłem dopiero w tym roku, może jeszcze mnie nie załapało. Albo muszę się jakoś zgłosić czy coś. W te klocki jestem nocy :)

Ja prowadzę AD&D na podstawie "świętej trójcy" + czary z Tome of Magic i Dzika Magia. Poza tym przywiozłem sobie z USA customizowalną osłonkę MG (wiadomo że głównie służy jako tarcza kiedy gracze we mnie kostkami rzucają :P) i zrobiłem wydruki które zresztą udostępniam na blogu i mam wszystko pod ręką. Też nie znoszę kiedy muszę szukać jakiejś durnej zasady po podręcznikach.

A ja się cieszę, że trafiłem na twojego bloga, bo nie sądziłem że poznam w Polsze kogoś kto wie więcej o TSR i D&D ode mnie :) Całe zagadnienie Sandboxa bardzo mnie zaintrygowało i już kombinuję wypracowanie jakiegoś "własnego patentu" na korzystanie z tego w praktyce. Jak coś sklecę do wrzucę na bloga.

Key-Ghawr pisze...

Pewnie przeoczyłeś, więc małe sprostowanie. Nie jest to wyłącznie mój blog. Ja dołączyłem do ekipy Inspiracji jako ostatni. Za całokształt bloga, jak i wiele tekstów odpowiada kolega Kanonik. Jeśli pogrzebiesz głębiej, natrafisz też na notki autorstwa Albino, który niestety zaprzestał blogowania.

Co od mnie, starymi edycjami A/D&D interesuje się od około 2001 roku (Kanonik siedzi w tym trochę dłużej). Pewne sprawy rzeczywiście starałem się zgłębić dość dokładnie (zwłaszcza OD&D i wszelkie wersje Basic D&D), ale o wielu mam pojęcie bardziej ogólnikowe (np. słabo znam niektóre settingi TSR-u - Ravenloft, Dark Sun, Al Quadim, Spelljammera, Planescape`a). Jeśli interesuje Cię Ravenloft, polecam stare posty z bloga Paladyna (Scroll of Skelos), a jeśli planologia AD&D - warto skontaktować się z Kanonikiem).

Co do koleżanki Twojej żony to powiem, że mnie "zastrzeliłeś". Nigdy nie spotkałem się z taką postawą u dorosłego gracza! Owszem, czasami zaczynaliśmy z moją starą ekipą na wysokich levelach, ale bardziej w celu rozegrania jakiegoś jednostrzału niż normalnej kampanii. W mojej aktualnej kampanii OD&D, bohater syna (mag)`doszedł dopiero do 3 poziomu, a gramy od półtora miesiąca dosyć intensywnie. Jak wiemy, granie w OD&D na niskich poziomach (1-3) jest dosyć mordercze, więc sam fakt, że w ogóle udało mu się przetrwać i zdobyć trochę złota na zakup nowych zaklęć jest sporym osiągnięciem. A ja nie mam zwyczaju oszukiwać na kostkach. Urokiem sandboxa jest to, że bohaterowie mogą spotkać na swojej drodze niemal wszystko - na drugiej sesji mieliśmy spektakularną ucieczkę przed bandytami, a później próbę wykołowania wściekle głodnej i agresywnej chimery. Następnie w skarbie pojawił się Ring of Delusion, przez który bohater syna stracił większość dopiero co uzyskanego majątku.

Z tego, co doczytałem na Twoim blogu wynika, że wyrosłeś na tradycji liniowego prowadzenia. Nie dziwię się, bo chyba wszyscy w Polsce lat 90-tych tłukliśmy scenariusze i liniowe przygody (ja też). Odkrycie sandboxa, a właściwie kampanii osadzonych w dziczy (Wilderness), bo w sumie tak to w katach 70. i początku 80. nazywano, pozwoliło mi spojrzeć na RPG w zupełnie nowy, świeży sposób i sprawić, że moje kampanie zaczęły żyć własnym życiem.

Chętnie poczytam Twoje wnioski na temat tego stylu gry, tak więc pisz, pisz, pisz...

Yarivandel pisze...

No tak, pisałem trochę skrótowo ale faktycznie zauważyłem że na Inspiracjach są posty kilku autorów :)

Co do settingów to Ravenloft akurat nigdy mnie jakoś nie interesował. Długo grałem bez settingu, potem w Forgotten Realms w którym aktualnie uważam się za speca :) Poza tym znam podstawy Dragonlance'a (mam boxed set Tales of the Lance) i od niedawna wkręcam się w Greyhawk (w zeszłym tygodniu wreszcie przyszły z Nobleknightgames Greyhawk adventures i Castle Grayhawk). Zawsze też fascynował mnie Dark Sun, ale nigdy nie grałem i na razie tylko czytam podręczniki w PDF'ach.

Mnie w Sandboxie fascynuje na razie to, że gra zaczyna być bardziej bezwzględna ale i bardziej sprawiedliwa wobec graczy. Gra wreszcie przestaje być "negocjacją" między MG i graczami, a wchodzi absolutnie nie-negocjowalny element losowy. Więc jeśli MG naśle na początkujących bohaterów czerwonego smoka arbitralnie, to będzie afera że przegina. A jak natkną się na niego w losowej "dziczy" to od raz się zaczną zastanawiać jak tu zwiać i nie dać się zjeść :)

Key-Ghawr pisze...

Tak, bardzo trafnie podsumowałeś jedną z głównych idei sandboxa - jest uczciwy. Poza tym, jak już zrobisz mapki/tabelki/abstrakty to praktycznie nie musisz się przygotowywać do sesji. Po 2-3 spotkaniach masz, praktycznie rzecz biorąc, samograj. Chyba, że wylosuje się coś zupełnie niespodziewanego. Ja musiałem ostatnio zrobić mały stop, bo w środku dziczy wylosowało się wielkie miasto i muszę przemyśleć co z tym fantem zrobić.

Aha, jeśli będziesz w przyszłości robił tabelki spotkań to warto umieścić w nich sporo non-combat encouters: odgłosy, zdarzenia, gwałtowne zmiany pogody, miejsca, itp.

Z settingów znam dosyć dobrze (jak sądzę) Greyhawk, Dragonlance i Mystarę. Forgotten Realms, tak sobie. Jeśli chcesz wchodzić w Greyhawk, bez podstawowego setu daleko nie pojedziesz. Osobiście polecam Greyhawk Folio lub pierwszy box autorstwa Gygaxa. From the Ashes to zupełnie inny klimat, a podręczniki z końca lat 90-tych mają strasznie dużo wątków opartych na aktualnym metaplocie, a także odwołań do zasad z innych podręczników. Generalnie mam wrażenie, że tak naprawdę żaden firmowy setting z czasów AD&D 2E nie pasuje do końca do klimatu zarysowanego przez bazowe 3 podręczniki. W FR magia jest zbyt potężna (poza tym mamy rozbudowę postaci do 30 levelu) i bez Tome of Magic trudno będzie na dłuższą metę dać sobie radę, pierwszoedycyjny Greyhawk jest zbyt pulpowy, a wizja From the Ashes - zbyt mroczna. Chyba najlepiej jednak zrobić coś własnego. Zresztą jednymi z najfajniejszych zasad w 2E są te dotyczące kapłanów - można rzeczywiście zróżnicować poszczególnych bogów pod względem etosu i przydzielanych mocy/czarów.

Yarivandel pisze...

No właśnie, wyszedłem z założenia, że nie mam za dużo czasu na przygotowywanie się do sesji i stąd moje pierwsze myśli o zrobieniu "gotowca". A Sandbox to po prostu idealne rozwiązanie.

Jeśli nawiązujesz do moich tabelek ze strony :) to te robiłem głównie jako ściąga na wypadek gdyby mi się zachciało rzucić jakiś niespodziewany encounter i brakowałoby mi pomysłu na potwora. Jeszcze zanim zacząłem czytać/myśleć o sandboxie. Natomiast jak najbardziej wezmę sobie twoją sugestię do serca. W końcu nie same walki czekają na bohaterów na drodze.

Co do Greyhawka, to po zakupieniu książki Forgotten Realms adventures stwierdziłem że to taki Box Set w skrócie i że spokojnie dałoby radę pograć w FR na podstawie samej tej, niegrubej książki. Przy Greyhawku postąpiłem per analogiam :) Szanse na granie w Greyhawk u mnie są jednak mizerne, ale przynajmniej trochę sobie poczytam. Może w następnej paczce z NKG zamówię Box Gygaxa... Do Forgotten Realms mam natomiast duży sentyment i stąd pomysł reaktywowania tego settingu w praktyce. Poza tym kreatywnie się wyżywam na innych polach i nie mam siły tworzyć własnego świata na tą chwilę. Zobaczymy jak to się rozwinie :)

Yarivandel pisze...

Drobna poprawka. Mam City of Greyhawk boxed set + Greyhawk Adventures. Castle Greyhawk to zbiór zabawnych modułów o ile pamiętam :)

Key-Ghawr pisze...

Co do świata Greyhawk, to na GH Adventures raczej nie pograsz, gdyż jest to zestaw informacji dodatkowych bo boxa Gygaxa. Natomiast można pograć w Dragonlance na gołym DL Adventures - prawie to samo co w Tales of the Lance, a kosztuje 5-10$ (brakuje tylko szczegółowych map, ale te są w Atlas of the Dragonlance).

Z Greyhawkiem za czasów drugiej edycji sprawa jest dość ciekawa - większość wydawanych materiałów koncentruje się na samym mieście i okolicach. Widać wyraźnie, że w latach 90-tych to FR stało się nieoficjalnie bazowym settingiem AD&D, a Greyhawk postanowiono ukierunkować na kampanie miejskie. Co ciekawe, wspomniany przez Ciebie box (City of Greyhawk) nie ma nic wspólnego z oryginalnym miastem Gygaxa. W City of Greyhawk mamy de facto zupełnie nowy twór, nasączony elementami, które staną się podstawą nowego metaplotu - Krąg Ośmiu, ekspansja Iuza (później dojdzie do tego Falconmaster, Iuz, a następnie Greyhawk Wars. Ja ze wszystkich materiałów do GH zostawiłem tylko Player`s Guide z 1998 roku - fajny, skrótowy, da się grać bez kupowania większości innych dodatków (no ok., są odwołania do Tome of Magic i splatbooków, ale można to przeżyć). Natomiast jeśli interesuje nas "oryginalny" Greyhawk to tylko box Gygaxa, a jeszcze lepiej wcześniejsze Greyhawk Folio i najlepiej na zasadach AD&D 1E.

Przygody z Castle Greyhawk to parodia lochów Gygaxa, a nawet samej jego osoby (zobacz sobie fragment ze studiem filmowym czyli Gygax w Hollywood kręcący kreskówkę D&D). Całość powstała już po odejściu EGG z TSR-u. Rechot historii, że tak powiem. Najpierw Gygax tworząc AD&D usiłował oszwabić Arnesona z royalities i mało elegancko obsmarował go w jednym z modułów z serii o gigantach (wyd. 1978 lub 1979) jako szpetnego i obleśnego olbrzyma imieniem Nosnra, a kiedy sam musiał się zwinąć TSR-u w 1986 cztery litery obrobiła mu ekipa pod wodzą niesławnego prototypu Lady of Pain. M.in. starano się konsekwentnie rozpieprzyć Greyhawk (co się w końcu udało) i zastąpić je FR. Co Forgottenów, to zdaje się nie ładowano w niego aż tylu różnych mataplotów co w GH, DL i Ravenlofta i po Trouble Times i Tuiganach był zasadniczo spokój, aż do wydania 3E. Ale mogę się mylić, bo nie jestem specem od Forgotten Realms. Ciekawostka, to co prowadzi Ed Greenwood nie ma za wiele wspólnego z oficjalną linią FR TSR-u ani WotC :D

Yarivandel pisze...

Czyli tak jak wspominałem, w następnej paczce pewnie zamówię sobie Greyhawk Box. Folio jak dla mnie trochę zbyt oldschoolowe :) Jak mam podobnie jak Paladyn - uwielbiam settingi i kolekcjonuję dodatki. Wybieram to co mi się podoba, reszta stoi na półce i cieszy oko :)
Natomiast ceny Expert Box z BECMI to jakiś odlot, chyba sobie wydrukuję z PDFa.

Historię Greyhawka dość dobrze znam, bo sporo czytałem na ten temat. Faktycznie Greyhawk był po odejściu Gygaxa dzieckiem niechcianym i się nie dziwię. Musieli ciągnąć, bo była to żyjąca marka, ale pewnie nikomu już nie pasowało pracować nad tworem "byłego pracownika". Dla mnie to całkiem naturalne, że FR był wtedy bazowym settingiem. Pamiętam tamte czasy i dokładnie taki był klimat. Greyhawk uważaliśmy za coś z poprzedniej epoki. Zresztą Dragonlance również. Forgotten Realms był au currant, najbardziej wszchstronny i atrakcyjny. Graliśmy też jedną kampanię w Lankhmar, chociaż to chyba wcześniejszy twór.

Jeszcze słowo w kwestii FR i metaplotów. Oprócz oficjalnego Storyline'u czyli Time of Troubles to w sumie nic większego tam nie ładowali, szczególnie w 2E. I dzięki Bogu, bo ciężko jest prowadzić pod taką presją. Dla mnie to trochę zabiło Dragonlance, bo jak ktoś ładnie napisał na forum "najfajniejsze rzeczy działy się w książkach - Kronikach" i granie poza tym storylinem trochę mija się z celem.
Co do Greenwooda, czy są jakieś ateriały, wywiady lub artykuły nt. jego wersji FR? Chętnie bym poczytał.

Key-Ghawr pisze...

Dragonlance najlepiej działa na zasadach 1E. Miałem już kupić sobie oryginalne Tales of the Lance (mam tylko wydruk z pdfa), ale puknąłem się w głowę i zamówiłem wczoraj z NKG z DL Adventures i kilka innych drobiazgów.

Generalnie nie miałem w latach 90-tych szczęścia do settingów. w 1994 r. chciałem Greyhawk, ale nie nie dało się tego kupić. W 1995 chciałem Dragonlance, ale nie kasy nie stało. Jak w końcu uzbierałem to wyszło Fifth Age. W końcu upolowałem boxa z Mystarą, a później FR (którego właściwie nigdy nie prowadziłem; może dlatego że odrzucały mnie kiczowate grafomianie Salvatore`a) i Greyhawk z 1998 r. Ostatnio posprzedawałem wszystkie settingi, choć powiem, że brakuje mi trochę FR (Mystara i Greyhawk w wersji 2E mi się opatrzyły), więc pewnie odkupię jednak tego boxa - tak do poczytania i do kolekcji. A Greyhawk bez mnichów-karateków, zabójców i psioniki i pokręconego pulpowego klimatu to już nie to.

W Lankhmar kiedyś sporo grałem. Za czasów 1E wydali tylko podręcznik do samego miasta, natomiast w 1993 rozszerzyli go o informacje na temat Nehwonu. W 1996 zrobiono z tego samodzielną grę na uproszczonych zasadach 2E, ale nie miałem tego boxa w ręku.

Co Greenwoodowskiej wersji FR, to chyba coś na ten temat było w wywiadzie na Grognardii. Był jeszcze jeden wywiad na jakiejś innej stronie, ale w tej chwili nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Dość powiedzieć, że u Eda nie ma Hordy, Maztici, Kara-Turu i aż takiego zaśmiecenia settingu powernymi NPCami jak w oficjalnych materiałach od 2E w górę.

Co do Basic/Expert D&D, to bardzo ładnie drukuje się z pdfa, który można kupić na www.dndclassics.com, z tym że jest do wersja z 1981 r. z okładką Otusa. Mam oryginał B/X i powiem, że wydruk z pdfa wygląda lepiej niż print z sprzed 33 lat :)

Yarivandel pisze...

Ja mam Tales of the Lance boxed set i to jest z logo 2E. Na 1E to chyba tylko DL Adventures było.

Poczytałem sobie te wywiady z Greenwoodem w pracy :) ale tylko tyle wyczytałem, że moje FR jest dość podobne do jego. Chociaż akurat zakładam, że Time of Troubles się wydarzyło. Poza tym też nie uznaję dodatkowych kontynentów i innych wynalazków. Moja drużyna chyba nigdy jeszcze nie spotkała znanego NPC'a i nawet zamierzam to trochę zmienić. Ja lubię FR, bo to dla mnie taki dość generic fantasy land ale z charakterem. No i sentyment, sentyment...

Z DNDclassics to póki co niczego nie brałem. Mam dostęp do wszystkich publikacji TSR w PDF skądinąd i czasami zaglądam żeby zobaczyć co mam ochotę zamówić w NKG :) Uwielbiam stare rozpadające się książki...

Key-Ghawr pisze...

Tak, DL Adventures jest teoretycznie do 1E, a właściwie 1.5. Podręcznik był pisany już w momencie rozpoczęcia prac nad drugą edycją AD&D. Zresztą zasady obu edycji są w miarę kompatybilne, więc DL Adventures można bez problemu wykorzystać w obu wersjach systemu.

U Greenwooda chyba nie było Trouble Times. Ale nie jestem znawcą FR. Trzeba by pogrzebać w necie...

Yarivandel pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Yarivandel pisze...

Aha, to jakoś opacznie zrozumiałem twojego porzedniego posta. W DL chętnie bym pograł jako gracz, ale prowadzić to już bym nie miał siły.

U Greenwooda nie było Time of Troubles, bo gracze przegłosowali nie wprowadzanie tych motywów. Wspominał w wywiadzie, że wszystkie takie duże zmiany są przegłosowywane w całej grupie.

Jakbyś miał ochotę pograć w Forgotten Realms jako gracz to zapraszam do mnie. Prowadzę w czwartki co 2 tygodnie w Warszawie. Akurat brakuje nam jednego gracza do kompletu. Zaznaczam, że gramy klasyczne moduły FR2E i generalnie na luzie, bo drużyna (i MG) dopiero się zgrywa.

edit: nie mogłem sobie wybaczyć błędu ortograficznego

Key-Ghawr pisze...

Dzięki za zaproszenie, chociaż obawiam się, że nie będzie z mojej strony możliwe do zrealizowania. Wiesz, praca, dom, trójka dzieci raczej wykluczają "wyjazdy rozrywkowe", a już zwłaszcza w tygodniu. W tym roku w weekendy planuję regularnie prowadzić dwójce starszych, więc już na więcej nie starczy czasu. Bywam jednak czasami w Warszawie, więc chętnie się spotkam, aby niezobowiązująco pogadać o RPG, fantastyce, czy o czymkolwiek innym :)

Co DL, to zacząłem ostatnio prowadzić synowi oryginalną kampanię (czyli to, co znamy z Kronik). Generalnie strasznie liniowe te przygody. Przeszliśmy póki co pierwszą - Dragons of Despair - i nie jestem pewien, czy mam ochotę ciągnąć to dalej. Ale młodemu się bardzo podoba (bo nie czytał jeszcze książek :) )

Key-Ghawr pisze...

Skasowałem komentarz, aby Twój adres mailowy nie wisiał zbyt długo na stronie dostępny dla wszystkich. Odpisałem mailem. Będzie chyba wygodniej kontynuować dyskusję na privie niż w komentarzach na blogu.

Pozdro

Yarivandel pisze...

Fakt, jakoś zdążyłem zapomnieć, że to komentarze do notki :)

Hareton pisze...

"Kiedy w 2000 roku (będąc w Anglii) kupiłem box autorstwa Billa Slaviscka " Czy możesz podać namiary na jakiś opis tej gry? Ciekawią mnie wszelkie wersje mini D&D, jak np. Gra przygodowa wydana w Polsce.

Key-Ghawr pisze...

@ Hareton

Chodzi o poniższy box:
http://www.nobleknight.com/ProductDetail.asp_Q_ProductID_E_2393_A_InventoryID_E_2147899680_A_ProductLineID_E_2137419090_A_ManufacturerID_E_1_A_CategoryID_E_12_A_GenreID_E_

Co ciekawe, został on opublikowany pod tym samym numerem seryjnym, co wcześniejsze D&D Fast Play (1998) Jeffa Grubba, które pojawiło się jako dodatek do któregoś z Dragon Magazine.

W boxie mamy książeczkę z zasadami, książeczkę z 3 scenriuszami, 8 dużych kart zawierających gotowe postaci, ekranik dla MG i kostki. Zasady to mocno uproszczona wersja AD&D 2E. Nie ma zasad tworzenia postaci - gramy gotowymi bohaterami, których można rozwinąć do 5 levelu (wszystkie dane na ten temat, w tym lista ekwipunku i czarów, znajdują się na wspomnianych kartach postaci). Mamy różne kombinacje 4 klasycznych ras i 5 klas postaci (4 podstawowe + paladyn). Zdolności złodziejskie zostały sprowadzone z mechaniki procentowej do przedziału 1-20, ale działają na tej samej zasadzie, jak w normalnym AD&D. Nie ma modyfikatorów wynikających z atrybutów, ale podane zostały stopnie trudności do testów cech (od -6 do +6). Rzut na inicjatywę wykonuje k10. Jest ThaC0, ale sama mechanika walki sprowadzona jest do jednego rzutu na atak i jednego na obrażenia. Rzut obronny jest tylko jeden. Poza tym mamy skrócony bestiariusz i generator podziemi.

Podsumowując, pomimo że na tylnej stronie pudełka widnieje odwołanie od Original D&D by Gygax i Arneson, gra opracowana przez Slavicska jest po prostu intrem do AD&D (podobnie jak wcześniejszy First Quest).

Hareton pisze...

Bardziej interesuje mnie strona wizualna niż mechaniczna, ale dzięki za odpowiedź. :) Zobaczyłem też ten First Quest i wydany jest niesamowicie, większość najlepszych ilustracji AD&D w historii w jednym pudełku, w dodatku o jakości papieru niespotykanej raczej w tamtych czasach. Można go dostać niedrogo, tylko te koszty wysyłki z USA. Jest w Europie (UK) jakaś księgarnia wysyłkowa typu Nobleknight?

Key-Ghawr pisze...

Box Slavicska jest dosyć kiepski wizualnie. Książeczki są drukowane chyba na jakimś papierze toaletowym, karty postaci i mapka mogą być. Zakupu nie polecam, chyba że kolekcjonujesz takie rzeczy. Do First Quest się nie umywa.

Europejskiej księgarni wysyłkowej ze starymi RPGami niestety nie kojarzę. Troll and Toad też jest, zdaje się, z USA.