16 lutego 2015

Gwizdek Sędziego - nazewnictwo w Pathfinder RPG

Przeczytałem opis Inner Sea Ifryta, przejrzałem parę podręczników. Całkiem fajna rzecz. Generalnie, Pathfinder przypomina mi czasy świetności AD&D 2E. Tony podręczników, parę zapewne idiotycznych, ale większość, w ten czy inny sposób, inspirujących. Z masą mechanicznych opcji, informacji o firmowym multisettingu, itd. Silne zagęszczenie materiału, rzadko dziś spotykane w pomniejszych liniach wydawniczych. I to przez już ładnych parę lat. Niestety, Golarion nie jest dla mnie.

Pomijając fakt, że świat ten rozbudowywany jest od 1984 roku i ma old schoolowy feel produkcji z tamtej dekady, całość zabija nazewnictwo. Koszmarne, niebrzmiące słowa, nieinspirujące zlepki głosek rodem z kiepskiej fantastyki. Od czasów Gygaxa, Stafforda i Barkera pojawiło się kilka świetnie brzmiących settingów. Faerun, Krynn, Glorantha, Tekumel, Oerth, nawet Warhammer ma ciekawe wariacje i nawiązania do realnych nazw. Zawsze gdzieś tam kryje się drugie dno, albo żart, albo gra słów. I jest to przemyślane. I brzmi.

W Pathfinderze, pod tym względem, 3/4 rzeczy to chłam. Nazwy bóstw, tych spoza ziemskiej mitologii (jak Apsu czy Asmodeusz), są tworami przywodzącymi na myśl konwentowego małolata i jego heartbreakera. Ciężko jest odegrać kleryka wrzeszczącego w uniesieniu imię Zon(k)-Kuthon, Bolka, Rovagug albo Trudd (heh). Niewiele tu fonetycznych lub znaczeniowych ikon, jak Tempus, Tiamat, Ilmater, Sigmar, St. Cuthbert, Paladine, itd, itp.

Nazwy upadłych imperiów: Ghol-Gan, Osirion czy Jistka kojarzą się nieodmiennie z nieprzebranymi odmętami wyobraźni Artura Szyndlera. Imiona słowiańskie powtarzają błąd, bezsensownego pod tym względem, Ravenlofta: np. Soividia Ustav, Dragosvet, Mendev, król Noleski Surtova, Książę Walisław... Kiczowaty zlepek sylab w stylu Strahd von Zarovitch (Strach z Żarowic - hej!). Albo Corvischior tuż obok Bastardhall - przemilczę skojarzenia. Tresora piszę się przez "u", drodzy projektanci. Ajbal Kimon ma się kojarzyć z czymś zupełnie innym, niż Semitą w kimonie. 

We wspomnianym upadłym kraju Ghol-Gan, nastrój budują takie nazwy jak Ganagsau, Egregzia, Ammelon (a dynia?), Reguare, Imnuxeos, Garkotan, Sekamina (dobrze, że nie Flegamina), itd. Fatalnie nadprodukowane, idiotycznie brzmiące zlepki liter. Plus, bardzo mało jest faktycznych prawidłowości nazewniczych dla danej kultury (przedrostki, przyrostki, ogólny styl, cokolwiek). Nie da się rozpoznać pochodzenia NPC lub lokacji miasta po samych ich imionach. Chlubnym wyjątkiem, by oddać sprawiedliwość, są czarnoskóre ludy Mwanga - tu, jakimś trafem, wszystko brzmi dobrze i na miejscu (Kibwe, Jaha, Mzali, Nantambu). Pewnie autor inny.

Widać gołym okiem, że ten typowy dla lat 80-tych setting pisał typowy dla lat 80-tych nerd. Dziwi, że tak stary set został wydany współcześnie, bez jakiejś szerszej wizji terminologicznej, bez koherentności, jaką prezentowały ówczesne światy. Jak pokazała seria The Elder Scrolls, robiono wtedy terminologicznie świetne kampanie do AD&D/BRP. Wewnętrzne Morze przypomina swą nazewniczą topornością uniwersum Das Schwarze Auge, ale nawet tam małobujna, germańska wyobraźnia trochę zatrybiła. Autorzy nieco bardziej zadbali o rozpoznawalność kulturową postaci, a większość imion bóstw i krain "rzuca się w uszy". Tu jest dużo gorzej. Ot, typowy miszmasz wszystkiego ze wszystkim (co złe nie jest) w niesmacznej polewie Niewymawialnego (co jest fatalne).

System podziwiam, jak we wstępie napisałem. Nareszcie d20 nie udaje kretyńsko D&D. Fakt, ilustracje są megaspieprzone jak w d20 3.xE, a sama mechanika dla moi nie do strawienia, ale to solidna gra. Sposób jej wydawania przypomina czasy AD&D 2E. Jedna z lepszych linii mainstreamowych w ostatnich latach. Ale Gorillion / Grillion / Golarka nie dla mnie jednak.      

10 komentarzy:

Chaotyczny Zły pisze...

Bardzo fajny wpis. Piszesz o czymś, co jest tak oczywiste, że rzadko zwraca się na to uwagę. Nazewnictwo Zapomnianych Krain to jeszcze jedna sprawa, która przemawia za tym settingiem. Wystarczy mi poczytać nazwy ugrupowań (Harfiarze, Zhentarimowie, Złodzieje Cienia), bogów czy miejsc, żeby chcieć zagrać w świecie, który zapełniają. Są charakterystyczne, działają na wyobraźnię i można je wymówić bez żenady.

Z drugiej strony mam ogromny problem, żeby zacząć chociaż czytać o settingu o nazwie Mystara. Sorry, ale wiem, że nie dam rady przedstawić go na serio żadnym graczom ;)

Geralt_ Bialy_Wilk pisze...

Ha! Trafny post! Prowadzę w Pathfindera w Golarionie już jakiś czas i muszę się czasem naprodukować, by wymówić te ich nazwy własne. Niemniej, podchodzimy do tego przy stole na luzie, moi Gracze zawsze coś na swoje przeinaczą i jest zabawnie, a i zapamiętać im jest łatwiej :)

Jest tam natomiast kilka fajnych nazw. Najlepiej pamiętam te z Varisii - Sandpoint; nadbrzeżne miasteczko posiadające pokłady dobrej jakości piasku i rozbudowaną hutę szkła, czy Turtleback Ferry, leżące nad jednym z większych jezior regionu, gdzie za niewielkie promy pasażerskie służą skorupy wielkich żółwi.

Ifryt pisze...

Przyznam się, że prowadząc w Golarionie czasem przekręcam imiona postaci i miejsc tak, by je było łatwiej wymówić - takie spolszczanie nazw obcych ma zresztą długą tradycję, np. w Warszawie jest Rondo Jerzego Waszyngtona (a nie żadnego Łoszingtona).

Robert Rosół pisze...

Z Sandpoint zrobiłem Piaskowo. I zgadzam się, że nazewnictwo w Golarionie jest zrobione bez ładu i składu.

Ojciec Kanonik pisze...

@C/Z

Z FR bym nie przesadzał - kwiatki w stylu Kozakura czy Szass - Tam też nie pachną. Ale ich mniej, fakt.

SARDU pisze...

Ojcze Kanoniku, ty nie wiesz co to wyzwanie!
Prowadzę adventure path "Reign of winter", dziejący się m.in. w Irrisen, czyli utrzymanej w klimatach słowiańsko-nordyckich krainy lodowych wiedźm. Dla mnie, jak Polaka i Słowianina, są to prawdziwe katusze. Czasem po prostu wstydzę się wymawiać pewne nazwy i muszę zastępować je w locie innymi. Przykład, bossowie kolejnych części to kolejno: Radosek Pavril, Nazhena Vasilliovna (moje ulubione za bezsensowność ortograficzną - inspiracją było Bożena czy Marzena?), Vsevolod the Centaur, Yrax, Grigori Yefimovich Rasputin, Elvanna. Iriseńskie określenie szlachty to "Jadwiga" (!!!), noszone także jako środkowe nazwisko (np. Weneschia Jadwiga Elvanna) oraz będące nazwą podrasy człowieka!
W samym Irrisen sąsiadują ze sobą miejscowości o nazwach Nadzieja Lato (dwa rzeczowniki w mianownikach obok siebie - absolutna bzdura jeśli chodzi o tradycje i zasady nazewnictwa w językach słowiańskich), Waldsby, Redtooth, Morozny, Algidheart, Ledenica, Czarny Las i Veshtak. To tyl.!
Kampania btw zarąbista, jeśli ktoś tylko lubi podróże międzyplanetarne, steampunk i walkę z sołdatami Rasputina na Syberii z użyciem czarów i łuków.

Ojciec Kanonik pisze...

Toś mnie Waćpan zagiął tymi nazwami... Przejebane jak bronkobusy. ;D

narsilion pisze...

Germańskie pojęcie o nazwach przebija też czasem i w Warhammerze.Pamiętam, że któraś z chwalonych kampanii (chyba drugoedycyjnych) prowadziła graczy do kislewskiej wioski o wdzięcznej nazwie Zhidovsk :)

Ojciec Kanonik pisze...

Żydowski dobry :D W Mystarze znalazłem margrabiego Zwornika (Zvornik). ;)

narsilion pisze...

Dobrze że nie margrabia Zvyeratch.
Ale dochodzę do wniosku, że znaczące nzawy wcale nie są złe, kiedy sobie przypomnę warhammerową szlachciankę von Katzensheisse...