24 marca 2016

Przykład sesji OD&D

W ramach ilustracji staroszkolnej sesji, zamieszczam poniżej pełny raport Smartfoxa z Lisiej Nory (za pozwoleniem autora). Sam nigdy nie spisywałem sesji pod kątem raportowania, więc fajnie, że Smart to wtedy opisał. Zamieszczam opis tutaj, ponieważ jest ostatnio po temu okazja i w sumie potrzeba ilustracji, a sama Lisia Nora jest póki co zawieszona i spadła w odmęty Blogów RPG. Jest to typowy strumień wyobraźni i dynamicznej, szybkiej przygody w starym stylu i na starej mechanice, trwający ~3h (włączając w to stworzenie 2 postaci, ekwipowanie, wstęp do sesji i prezentację Whitelion) + kolejna godzina, już bez Tomka, w której wydarzyło się prawie drugie tyle. Jest to exemplum na preferowane tempo, dynamikę i zawartość staroszkolnej sesji, konflikty między postaciami graczy, zerową preskryptowość i wykorzystanie w 100% czynnika losowego. Fabuła, jaka powstała w wyniku sesji, nie była zapisana nawet jednym słowem przed rozgrywką, ani żaden z jej elementów nie był założony z góry przez Sędziego.

Oldskullowo w Astrae
Posted on 30 Czerwiec, 2011 by smartfox

Sesja, na którą zostałem zaproszony przez Jarla (znanego jako Ojciec Kanonik jednego z autorów blogu Inspiracje. Świat absolutnie autorski, który znam co nieco z opowieści Jarla. Dwudziestotysięczne miasto Astrae (Gwiazd), trochę okolicznych baronii, dualizm rządzący uniwersum (dwóch królów, Biały z Astrae i Czarny, którego nie miałem okazji poznać) i gdzieś tam daleko zagrożenie w postaci Szalonego Rzemieślnika, który wysyła hordy cyberzombie na podbój świata. Brak ustalonej konwencji, rozmaite tropy i topoi, czyli sandbox na całego. 

System: OD&D
MG: Jarl vel Ojciec Kanonik

Gracze:
Norus (Zygi) – wysokolevelowy Magic-User, bodaj nadworny czarodziej króla Astrae, spokojny, logicznie myślący, i do bólu dupy praworządny. Aha, przy okazji sprzedawczyk i kapuś, ale o tym później.

Akan (Dablju) – imię podane w skrócie, bo całego nie sposób się nauczyć (Abraakan, Abrakadabrakan, Hokuspokusoakan?) Kleryk, zielarz, alchemik, a przede wszystkim szarlatan. Mistrz oszustw wszelakich, miłośnik błyszczących, suwenirów i złotych krążków z podobizną króla. Ogólnie osoba śliska, lepka, przebiegła i chytra. Z urody dzikus rodem z Apocalypto i wymachiwacz toporomaczugą.

Vortig (Ja) – szlachetny barbarzyńca o ogorzałej skórze, szczupły i żylasty syn równin z plemienia, dla którego świętością i tabu są konie. Wygnaniec, który (przez przypadek!!!) zrobił jednemu ze stepowych, świętych mustangów krzywdę. Hippofobik. Właściciel mieczomaczugi nabijanej obsydianem oraz dość małego i niezbyt wydajnego mózgu Intelligence 7, Wisdom 7:)).


***
Zima w Astrae nie była miłym czasem śniegu, roześmianych dzieci i dziadków w czerwonych czapkach i z białymi brodami. Panował głód, ceny rosły, a ludzie umierali na ulicach. Vortig, uciekinier ze stepów zagubiony w nowym świecie odnalazł swoją przystać w lepiance Akana, znanego zielarza i alchemika. Lepianka wzniesiona została wewnątrz jednej z ruder, kamienic podgrodzia, dzielnicy slumsów położonej poza miejskimi murami.

Pewnego poranka do Akana zawitał sam Norus – wielki czarodziej. Zależało mu na amuletach ochronnych, ale dość szybko okazała się, że los zwiąże naszą trójkę na dłużej. Oto nagle otworzyła się klapa w podłodze i z piwnicy (kurde, byliśmy na pierwszym piętrze!) wyszedł wysoki albinos, który w złowieszczych słowach skierowanych głównie do Norusa zapowiedział upadek miasta (tutaj Akan zaczął się od razu pakować, a ja wraz z nim). Zagłada miała przyjść za sprawą Szalonego Rzemieślnika i jego generatora zimna, który skryje Astrae pod lodem. Kiedy? Jutro!

Norus zdecydował się udać do króla i przestrzec go przed niebezpieczeństwem, a ja z Akanem zdecydowaliśmy się podczepić pod Norusa, wietrząc, że zarobimy na tym niezłą kasę.

Nawet nie zdawałem sobie, jak niezłą i jak szybko. Przedostaliśmy się przez miejską bramę, przeszliśmy pokrytymi śniegiem uliczkami i wkroczyliśmy do królewskiego zamku. Idąc podcieniami, zauważyłem, iż jakaś miła dama macha na mnie ręką, a potem znika w jednej z komnat. Rzuciłem się za nią w pościg i po pewnych trudach (no cóż, barbarzyńca, nieco tępawy, nieznający cywilizacji – chyba nie myślicie, że łatwo mu poruszać się w labiryncie korytarzy królewskiego zamku?) odnalazłem jej komnatę.
Obrady w karczmie. Co dalej robić? Gdzie jechać? Jak zarobić?
Norus: Proponuję Vortigu zmniejszyć inflację w mieście.
Vortig (patrząc tępo): Co?!
Norus: Hmmm, zrobić tak, by piwo było tańsze.
Pięknie przystrojona sala, lśniąca od drogich materii i złota przywitała mnie delikatną muzyką. To bard, zniewieściały (cholernie zniewieściały) pomagier damy zaczął wydmuchiwać jakąś muzyczkę na flecie. Dama okazała się być nie tylko przyjazna, ale wręcz otwarta, pod jednym warunkiem – po wykonaniu zadania. Niezwykle prostego. Miałem dmuchnąć garścią otrzymanego od damy proszku w twarz króla, co z kolei miało go natchnąć miłością do damy. Król co prawda o wiele bardziej lubił swoich paziów niż kobiety, lecz proszek miał to zmienić. W zamian otrzymałem 500 sztuk złota (!) oraz obietnicę zabawy po zadaniu. Czym prędzej opuściłem komnatę i ruszyłem w stronę komnat króla, gdzie powinni już być Norus i  Akan.

Niestety tutaj okazało się, że Norus może i jest wspaniałym czarodziejem, ale przy okazji straszna z niego szuja i zdrajca. Wykrył, iż mam przy sobie magiczny proszek oczarowania i wyjawił ten fakt królowi i jego obstawie oraz niejakiego Wilferykowi, sztywnemu niczym kij (który zapewne wrażony miał przez zadek aż po górne kręgi szyjne) rycerzowi – fanatykowi wiary i złota. Wilferyk zapowiedział, że utnie mi łeb, a że zakuty w płyty i  w hełmie garnczkowym budził respekt, to zdecydowałem się nie ryzykować. Sam król nie czuł się zbytnio przerażony słowami Norusa. Jak sam stwierdził na generator zimna Szalonego Rzemieślnika ma swój generator, a jakżeby inaczej, ciepła. No tak, akcja – reakcja.

Poza tym król (faktycznie niemożebnie homoerotyczny) zaproponował, bym wieczorem ubił damę, od której otrzymałem proszek. Za 1000 sztuk złota!

Wahałem się, no bo jak tak kobietę zabić, lecz moje wątpliwości uśmierzył mądry Akan, mówiąc, iż w ten sposób uwolnię jedną z czterech dusz biednej niewiasty, by nie męczyła się na tym świecie. Mówił długo i zawile, toteż uznałem, iż taki mądry człek nie może się mylić i przystałem na propozycję króla. Swoją drogą to była jedna z dwu propozycji  króla, bowiem zapowiedział, że da nam po 10 000 sztuk złota za ubicie Szalonego Rzemieślnika. Norus co prawda się skrzywił, ale mi i Akanowi oczy aż zalśniły.

Po audiencji udaliśmy się do karczmy, by w spokoju wyczekać do wieczora i zarobić okrągły tysiączek. Przy chudym piwie spędziliśmy miło czas, a i pojawiła się ponownie okazja zarobienia. Oto podeszłą do mnie zawoalowana kobieta, śliczna gazela (co te baby widzą w Vortigu, znaczy we mnie?) i poprosiła, bym odzyskał dla niej relikwię, którą ukradł jej jakiśtam biskup. Rzecz jasna zgodziłem się, pieniądz nie cuchnie, a tym bardziej pani, która chciała nim zapłacić.
Dama (do Vortiga): Panie wejdziesz do wieży biskupa i zabierzesz relikwię. Dam ci 50 sztuk złota.
Vortig: Nie tak szybko, to trudne zadanie. Żądam czterdzieści!
Ogólny facepalm.
Co z tego, skoro po raz kolejny wtrącił się Norus i po raz kolejny mnie sprzedał. Powiedział, że biskupa zna, przyjaźni się z nim i w ogóle z nim pogada, a po relikwię to nie ma co iść. Nędzny prowincjonalny magik! Nie potrafi się bawić!

Krótko potem do karczmy zawitali jacyś obwiesie. Obwiesie, bo solidnie obwieszeni bronią. Wedle Norusa byli to Piraci Rzeczni blokujący port w Astrae (i rzekę). Nie speszyło to Akana, który wraz z dzbanem wina udał się do rabusiów, negocjować transport na ziemie Rzemieślnika a przy okazji eskortę kilkunastu chwatów pirackich.

I kto to wszystko schrzanił? No kto? Oczywiście Norus. Piraci mu nie pasowali, lepsi wedle niego byli flisacy. Jasne, flisacy staną u naszego boku do walki. W sumie w przypadku piratów zawsze było ryzyko, że do walki staną, ale przeciw nam… Tak czy inaczej Norus jakimiś swoimi sztuczkami magicznymi ( i zabranym mi proszkiem) oczarował jednego z piratów i wydobył od niego położenie bazy pirackiej. Być może to się kiedyś przyda.
Vortig i Akan wchodzą do komnaty damy. Vortig informuje, że chce się spotkać z kobietą. Do Akana podchodzi dziwnie zniewieściały minstrel.
Minstrel (afektowanym głosem): Pograć panu na flecie?
Wreszcie nadeszła noc. Czym prędzej ruszyli ponownie w stronę królewskiego zamku. Tak jak król obiecał, straże przepuściły nas. Norus stanął przed drzwiami i zaczął gawędzić z Wilferykiem (wścibski rycerzyk z zakutą pałą musiał akurat teraz się zjawić, miał z polecenia króla sprawdzić, czy dama faktycznie zginęła!), a  w razie czego miał ułatwić nam ucieczkę. Akan i ja weszliśmy do komnaty. Mój towarzysz bez większych zgryzot przebił nożem gardło zniewieściałego minstrela, tymczasem ja stanąłem nad piękną damą, która przebudziwszy się, rzuciła mi się na szyję…
Akan i Vortig w komnacie damy. Skrytobójstwo in progress. Norus i Wilferyk rozmawiają przed drzwiami.
Norus (lekko): Fajna pogoda dziś.
Wilferyk (równie lekko): Gdzie tam, piździ.
Mówiąc w skrócie. Palnąłem rękojeścią mieczomaczugi Akana w łeb, dałem całe złoto dziewczynie i wraz z nią uciekłem przez okno. Co prawda nieco się poobijaliśmy, ale kobieta zniknęła w ciemnościach nocy.
Akan jakoś mi wybaczył. Gorzej z Norusem, który kręcił nosem na moją szlachetność. Niech ma za swoje, SPRZEDAWCZYK! Wilferyk okazał się mieć łeb pusty niczym bęben i uwierzył nam na słowo, że dziewczyna sama uciekła. A konkretnie uwierzył na rękę, którą zgarnął ponad setkę sztuk złota. Pieprzony wojownik za wiarę!
Vortig rozmawia z Wilferykiem.
Wilferyk (dudniącym głosem, bo wciąż ma na łbie garnczkowy hełm): Czy kobieta zginęła?
Vortig: Panie może być hełm zdjął?
MG: Podnosi garnek i widzisz twarz typowego Aryjczyka…
Vortig (do Wilferyka): Dobrze, załóż.
Powróciliśmy do karczmy. Tam udałem się do łoża, a rankiem obudził mnie Akan, od którego dowiedziałem się, że dziewczyna zginęła (wcześniej zgwałcona). Ech, straszny los.

[Cóż, jako gracz wiem nieco więcej. Chłopaki poszli nocą beze mnie, szukać uciekinierki. Akan znalazł ją, lecz nie zabił. Dziewczyna przekonała go, że nie warto jej zabijać, bowiem i tak opuści miasto i ruszy do barbarzyńców. Jeśli tam kiedykolwiek zdobędzie jakieś wpływy odwdzięczy się Akanowi. Nasz kochany szarlatan zgodził się na to, jednak na dowód, że zabił dziewczynę, wyłupił jej oko, które okazał potem Norusowi.]

Ranek zresztą miał obfitować w dużo ważniejsze wydarzenia. Nagle pękły drzwi a do karczmy wtoczyło się kilka gnijących postaci, miotając z otwartych ust bladosinymi promieniami, które przepalały wszystko na swej drodze. Cyberzombie Szalonego Rzemieślnika zaatakowały Astrae!
Udało nam się przedostać na dach karczmy, gdzie Norus ognistą kulą spopielił jednego z zgniłoludów. Niestety nie miał więcej fajerboli na podorędziu, a z dachu mogliśmy podziwiać jak setki potworów atakuje podgrodzie i kieruje się w stronę bram miejskich. Na szczęście Norus miał plan. Wystarczyło zeskoczyć z dachu, przebić się przez zombiaki, zejść kanałami do podziemi i nimi przedostać do miasta.
Wujowy plan, ale co czynić?
Reakcja Vortiga na plan Norusa: Poczekaj, mamy zejść z dachu. Przebić się przez setki zombiech, które mogą nas spalić promieniami, przejść przez zatkany uciekinierami most, odnaleźć wejście do podziemi, tam możemy spotkać gigantyczne i agresywne mrówki lub szaleńca, który pali dzieła sztuki, tak? Potem musimy jakoś wyjść na powierzchnię? To ten twój plan, który ma największe szanse powodzenia?
Norus (dumny): TAK!
Vortig: Pierdolę, to zostaję na dachu.
Odbijając ciosy stworów i unikając promieni, jakimś cudem dostaliśmy się do podziemi. Jak się okazało, już dawno temu Norus z inną ekipą je spenetrował i z grubsza oczyścił, toteż po marszu przez kilka komnat i korytarzy dostaliśmy do miejsca, gdzie znajdowało się dno studni, z której wodę pobierali mieszczanie. W wiadrze z liną wciągniętym przez jednego z mieszczan (brodatego siłacza) wydostaliśmy się na powierzchnię.
Miasto było oblężone, król (coraz mniej pasował mi ten wydelikacony wielmoża) jednak nie wydawał się zaniepokojony. Chyba Norus pierwszy pomyślał, iż trzeba opuścić miasto i zgromadzić odsiecz. 

Dzień poświęciliśmy na zakup niezbędnego ekwipunku i zgromadzenie kilku pomagierów (henchmen). Cóż każdy wynajął kogoś na miarę swoich możliwości. Akan najął dwu barbarzyńców – wojownika i tragarza. Norus medyka (cholernego alkoholika), powabną czarodziejkę o kruczych włosach. A ja… cóż, Niezapominajkę. Dziewczynę niezbyt ciężkich obyczajów. No co, ktoś musiał zapewnić rozrywkę podczas tej epickiej wyprawy.

Transport zapewnili zaprzyjaźnieni piraci rzeczni. Ich galera miała nas wywieźć z miasta.
Podróż (przynajmniej mi) upłynęła na miłych „konwersacjach” z Niezapominajką. Norusowi i Akanowi na dalszych intrygach i bezeceństwach. M.in. pod koniec podróży Norusa zaatakowała wynajęta czarodziejka, a tak naprawdę zamaskowana czarami szamanka goblinów albinosów, która chciała bardzo mocno skrzywdzić naszego maga (konkretnie zrobić to, co się robi kocurom, kiedy już podrosną:)).
Vortig dowiaduje się, że zginęła szamanka. Jako gracz wiedziałem, że chłopaki zgarnęli dwa i pół kafla sztuk złota.
Vortig: Hej i nie miała nic złota?!
Akan i Norus lekko zmieszani.
Akan: No miała, sześć sztuk złota. Dam ci dwie.
Vortig (dumny, że twardo negocjuje): Zgoda!
Wreszcie dotarliśmy do pierwszej baronii, której władca sprzyjał królowi, lecz nie miał zbyt wielu sił. Jego domena została już spustoszona przez wojska Szalonego Rzemieślnika.

Na tym skończył się mój udział w sesji. Obowiązki wzywały, toteż dalsze przygody odbyły się już bez Vortiga. Z tego co wiem chłopcy załatwili Rzemieślnika.

UWAGI:
1. Zwariowany i strasznie napakowany wydarzeniami styl gry. W sumie graliśmy ok. 3,5 h. Kostkami rzuciłem może 3 razy, MG za to ciągle losował nam kolejne paskudztwa ze swoi tajnych tabel.:)

2. Podoba mi się świat z takim miksem konwencji. Nigdy nie wiesz, czego się spodziewać.

3. No i współgracze. Świetna ekipa się zebrała.

Dopisek Rafała W. Orkana:
A jakże, załatwiliśmy! Kiedy to Vortig zapadł na kiłę (przy czynnym udziale Niezapominajki) i pozostał w zamku, by ją leczyć (kiłę, nie Niezapominajkę), ja i Norus postanowiliśmy przerobić barkę na pływającą twierdzę. Burty obiliśmy srebrnymi talerzami wyniesionymi z majątku barona (zabójcze promienie cyberzombie odbijały się od wypolerowanej powierzchni srebra), na rufie ustawiliśmy małą katapultę (jako zapalających pocisków użyliśmy glinianych butli wypełnionych oliwą), a na dziobie okrętu zainstalowaliśmy trzy CKM-y i obsługującego ich krasnoluda (CKM-y i karła wyciągnęliśmy z zamku barona). Następnie udaliśmy się pływającą twierdzą, obsadzoną przez załogę złożoną dodatkowo z kilku piratów i trzydziestki rycerzy/knechtów barona, do zamku, gdzie wykończyliśmy resztę oblegających go cyberzombie.

Po wszystkim Norus wpadł na pomysł, by do pokonania Szalonego Rzemieślnika użyć gazu rozpuszczającego wszelki metal (gaz taki wypuszczała pewna pułapka znajdująca się w dungeonie pod zamkiem). Królewscy magowie zeszli więc do podziemi rozpoczęli produkcję gazowych bomb. Ja natomiast rzuciłem ideę zaprzęgnięcia zwierząt do rozniesienia metalożernej zarazy po Znikającym Zamku Szalonego Rz. Tak się składało, że Norus podczas swych wcześniejszych eskapad zaprzyjaźnił się królową wielkich szczurów-albinosów, która zgodziła się użyczyć nam swych poddanych. Postanowiliśmy jeszcze poprosić o dodatkową pomoc. Niestety kolejny z baronów dopiero co przeżył niszczącą inwazję Marsjan, trzeba było więc słać o pomoc do jeszcze innego, mającego swą sadybę dość daleko, tak więc w rezultacie obiecanej pomocy się nie doczekaliśmy.

Dostaliśmy za to nieco rycerstwa od króla.

Później popłynęliśmy do Znikającego Zamku, gdzie wypuściliśmy szczury z przytwierdzonymi do grzbietów dzbanami z gazem. Po jakimś czasie z zamku wyszła horda nadpsutych zombie i ich władca, Szalony Rzemieślnik, który okazał się być sześciometrowym robotem policyjnym (jak z futurystycznych rycin z lat ’20 i ’30 XX wieku). Sz. Rz. już się nieco rozpadał, nadjedzony gazem, ale i tak musieliśmy się z nim jeszcze mocno namęczyć (CKM-y pruły jak szalone, a katapulta miotała kolejne dzbany z metalożernym gazem i płonącym olejem). Tutaj muszę się pochwalić, że wykazałem się wielkim talentem taktycznym :)

Wreszcie utopiliśmy drania w rzece, a z otwartego łba wydobyliśmy wielki procesor. Dopiero wtedy przybyła odsiecz barona, więc wysłaliśmy zawiedzionych rycerzy do dobijania resztek cyberzombie. Później zarządziłem wielki Triumf, tłuszcza w mieście witała nas kwiatami i konfetti, i obłowiliśmy się niemożebnie. Na koniec ustaliliśmy z Norusem, że łaskawie będziemy łożyć na leczenie biednego Vortiga z kiły.

To tak na szybko i w wielkim skrócie. Dzięki za grę :D

Brak komentarzy: