18 kwietnia 2016

OD&D podcast - podsumowanie

Seria podcastów Bartosza pojawiła się nagle i równie szybko zakończyła. Z racji tego, że była to pierwsza taka inicjatywa w Polsce (wiem, są inne: B/X, AD&D - tyle, że one w ogóle nie mają nic wspólnego z retrogamingiem, po prostu wykorzystują starą mechanikę w nowoszkolnej grze), zdecydowałem się po raz trzeci odnieść się do jej błędów, sposobu realizacji i stylu gry. Pięć rzeczy, które nie zagrały w serii Original D&D.

1) Kiepska frekwencja jest skutkiem, a nie przyczyną popełnianych błędów. Błędów, które jasno wyliczyłem, a które były powielane dalej przez 3/4 serii. Rozwinąłem je jeszcze tutaj. Wina leży po obu stronach, Sędziego i graczy. Kilka rzeczy dodam jednak poniżej.

2) Błędy Sędziego. Asekuracja, tłumaczenie się z niemal każdej rzeczy i (jak to określił tsar) zagadywanie ciszy przez REF. Jak pisałem, do starych gier nie ma sensu podchodzić jak do jeża. To są gry, w nie się po prostu gra. Wystarczy trochę poczytać, ździebko pogadać, wywiedzieć się o "cechach charakterystycznych", które różnicują oldschool od newschool i jazda. Bartosz jest przykładem na to, że można mieć całkiem sporą wiedzę o nich, a nadal tkwić w manierze prowadzenia późniejszych gier. Ok, Sędzia nic nie narzucał, ale i nie dawał zbyt wiele od siebie. Nawet nie stosował spotkań losowych w mieście i rzutów na reakcję, dopóki nie zwróciłem mu na to uwagi. Mała pipidówa Halftower, z jednym wejściem do lochów, jest zbyt mała na dłuższe granie w stylu Town Adventures. Pasuje to bardziej do BECMI, niż Originala. Wyobraźcie sobie rozgrywki tego typu w tak skonstruowanym Lankhmar czy Waterdeep... Miasteczko zostało zaprojektowane jako graniczny point of light, ale stało się celem samym w sobie kampanii. Fajnie, tylko po 2 sesji już bym je mocno rozbudował, zmienił tabele na miastocentryczne, żeby PC faktycznie mieli gdzie się awanturować. Tu była tylko gadka o kurowych kurach, lochowym lochu i piwnym piwie przez 90% czasu gry.

3) Błędy komunikacji po obu stronach. Przy ciągłej asekuracji i zbyt małej dynamice rozgrywki (prawie nie było strumienia wyobraźni), gracze nie do końca rozumieli o co chodzi w OD&D i szybko zapomnieli wprowadzające opisy. Halftower praktycznie w ogóle nie żyło, poza kilkoma zdarzeniami. Sędzia nie był konsekwentny (raz był zakaz noszenia broni, raz nie). Gracze raz coś robili zgodnie z wybranymi rolami i ich motywacjami, raz nie. Beznadziejnie skonstruowane motywacje 3 pierwszych postaci, obie strony potraktowały to jako tło, a nie narzędzie, motor działań. Zresztą bardzo newschoolowo, brakowało tylko historii postaci na k5 stron A4. A chyba największą wtopą było nie dawanie XP za walkę - gracze nie rozumieli, dlaczego nie expią, Sędzia wymyślił, że XP tylko za złoto, gracze myśleli, że za odgrywanie postaci (dżizas...). Communication breakdown. A były dwie zwycięskie rozwałki... XP za walkę jest zachętą i motywacją sama w sobie do tego, by jednak ryzykować. Nic dziwnego, że przez ponad 10h gry PC nie zdobyli nawet 1 XP! Mamy w takim razie do czynienia z bardzo kiepską komunikacją gracze - Sędzia oraz nieudanymi sesjami staroszkolnego RPG. XP jest obiektywną miarą sukcesu drużyny.

4) Błędy graczy. Zachowawczość, czekanie na "gościa w karczmie", traktowanie plotek jako pewnych questów, pozbawione planów taktycznych wyskoki (jak ten nieszczęsny do kopalni), brak wykorzystania choćby w najmniejszym procencie procedur i wskazówek z 3LBB. Brak inwestycji (poza zaczątkiem jednej), zerowa aktywność 3 z 6 grających. Niestety, panowie nie chcieli wywalić ze swoich głów polskiego, mainstreamowego newschool. Na ostatnich sesjach dwaj gracze zaczynali już dawać radę, coś kombinowali, ale za mało i za późno. Zarżnięcie typa w karczmie (bez nagrody XP) i ucieczka w góry, to tak naprawdę powinno być tło tej postaci, punkt startowy. I na koniec: w komentarzach Rudie napisał o braku gejmerowej kultury. Mam 40 dychy na karku i nie mam cierpliwości do lamerstwa i szczeniactwa. Zbyt długo gram i po 2-3 nieobecnościach po prostu bym wypierdolił gościa/gości, skoro i tak nie kumają o co biega. Po co OD&D skoro jest Whorehammer?

5) Realizacja dźwięku. Jak pisałem wcześniej - rozumiem. Panowie nie mają jak spotkać się realnie, zostaje Skype. Ale jeśli nagranie ma stanowić kronikarski zapis sesji i materiał do analizy, wypadałoby powycinać masakryczne przerwy między dialogami. Kanał nie jest komercyjny / partnerski, więc stawiałbym na jakość, a nie terminowość publikacji. Wyrównanie poziomu dB, odszumienie i chociaż minimalna kompresja dźwięku - proste zabiegi, które podniosłyby jakość nagrań i faktycznie skłaniałyby do kilkukrotnego przesłuchania. 

---
Całość oceniam na 3/10. Fajnie, że Bartosz próbuje, że graczom późniejszych sesji chciało się jednak trochę wyjść poza ciepły, polski kurwidołek. Czekam na kolejne nagrania, z ludźmi bardziej zainteresowanymi i z większymi jajami. Potencjał był, wiedza Sędziego była, zabrakło całej reszty: wykonania i aktywnych grających przy stole (czyli prawie wszystkiego). Chyba dobrze podsumuję to słowami Wolfganga: "można wypędzić gracza z nowej szkoły, ale nową szkołę z gracza - to już trudniej."

18 komentarzy:

Michał Zemełka pisze...

Surowo. Powiem szczerze, że słucham (jestem bodaj na 4 części) z dużym zainteresowaniem. Owszem, łapię się często za głowę ze względu na pasywność i ciapowatość graczy tam, gdzie nie potrzeba i absurdalne kogucikowanie akurat w zupełnie niestosownych momentach, ale nadal fajnie się tego słucha. Mam wrażenie, że za "błędy i wypaczenia" w znacznie większej mierze odpowiadają tutaj gracze niż sędzia. Chociaż mogę się mylić, bo z retrograniem mam niewielkie doświadczenie, głównie czytelnicze.

Ojciec Kanonik pisze...

Surowo w jednym punkcie - jak napisałem, za stary jestem, żeby uprawiać hobby z ludźmi niezainteresowanymi, nie mam cierpliwości.

Tam widać zależność, jedno działa na drugie. Choć masz rację co do przewagi wtop graczy nad Sędzią. Bartek zna się na rzeczy, ale nie ma praktyki.

Wolfgang Schwarzenatter pisze...

Ostro pojechałeś. Nie będę się wymądrzał, bo nie byłem w stanie przesłuchać całości (brak czasu, słaba jakość nagrania). Dynamika rozgrywki bardzo niska, ale to podobno kwestia grania online (tym bardziej się upewniam, że to nie dla mnie, erpeg bez pokrzykiwania, wyzwisk i heheszków to ćwierć erpega).

Zgodzę się co do zbyt daleko idącej asekuracji - miejscami był wykład, zamiast gry. Lepiej pozwolić graczom działać samodzielnie, choćby nawet mieli potknąć się parę razy.

Widzę też u siebie traktowanie plotek jako równoważnych questom i potem zdziwienie, że na miejscu nikt nie chce, żeby awanturnicy robili "śledztwo".

Ojciec Kanonik pisze...

Nie pojechałem, przecież napisałem, że seria miała potencjał, Sędzia wiedzę, a dwóch graczy zaczynało już łapać o co chodzi. Pamiętam starą rozmowę ze Smartfoxem o plotkach. On też myślał z początku, że plotka prowadzi do celu - czyli zadania. Bo tak to działa w scenariuszach. Przytaczałem przykłady z lat 80 vs 70. W podręcznikach z przygodami do, np. AD&D było zawsze zaznaczone, która plotka jest fałszywa, a która prawdziwa. Wszystkie były monotematyczne, związane z fabuła scenariusza. To był półśrodek, ozdobnik lat 80+. W starszych grach tego nie ma. Jest zbiór jakichś przesłanek, często zupełnie nie powiązanych ze sobą, które kupuje się na początku sesji za złoto i Sędzia nie może z góry założyć, że są prawdziwe / fałszywe. Idąc dalej, gracze traktujący plotkę jako quest ryzykują zbyt dużo. Długa wyprawa gdzieśtam może okazać się stratą czasu i niepotrzebnym prowokowaniem spotkań losowych. Bo plotka to tylko wiejski wymysł. Chyba, że faktycznie wieje nudą na sesji i gracze stwierdzą, że sprawdzają prawdziwość każdej informacji, ale to jest już trochę naciągane.

Wolfgang Schwarzenatter pisze...

Ok, nie będę się upierał, że to był pojazd. Nawet jeśli, to konstruktywny i rzeczowy.

Co do plotek, to u mnie chyba jest to część większego zagadnienia - do graczy nie do końca dociera, że ja to wszystko losuję i wymyślam w locie, nie mam przygotowanych z góry questów, plotki to często abstrakt + rzut direction die. Skoro więc coś się pojawiło, to znaczy, że trzeba to sprawdzić, bo tam na pewno coś będzie przygotowane.

Ojciec Kanonik pisze...

Ano właśnie, typowe, MiM-owe myślenie. W sandboxie tego typu podejście szybko kończy się TPK. Plotki to folklor, jakieś tam zbiorowe przekonania na temat osoby lub miejsca. Kupowanie ich może zwiększyć szansę przeżycia drużynników, ale może wpędzić ich w dodatkową drakę. Dlatego wizyta u wszelkiej maści Uczonych (specialists w OD&D; sages w AD&D) jest dużo bardziej akuratna, ale i droższa. Czyli pojawia się znowu wątek kasy i jej farmienia.

Ciekawe jak Ci pójdą kolejne sesje, dawaj znać po każdej co zatrybiło, a co nie. :)

Rudolf Aligierski pisze...

Szanowny Ojcze Kanoniku...
Zgodzę się z przedmówcami, że krytyka może trochę zbyt surowa. Co więcej widać pewną gradację cierpliwości MG/Referee/Prowadzącego. Bartosh rozpędził towarzystwo po 6 spotkaniach, OK pisze o 2-3, ja we wspomnianym komentarzu pisałem 1-2... Ot, ciekawostka...

Styl Bartosha rzeczywiście zbyt asekuracyjny, ale to akurat u niego normalne. Upewnia się po dziesięć razy, że gracze wszystko zrozumieli, po części też świadom tego, że odsłuchują to ludzie, których przy stole nie ma dodaje komentarz w ramach podcastu. Zdarza mu się zaproponować jakieś rozwiązanie na sesji, po czym pytać graczy czy się zgadzają - wystarczy przesłuchać inne nagrania. Ot, jego drobne dziwactwo.

Natomiast kiedy rano czytałem tę notkę w autobusie stwierdziłem, że powinna się zacząć i skończyć na "niska frekwencja" Zgodzę się, że niska frekwencja nie była przyczyną błędów. NIE ZGODZĘ SIĘ, że niska frekwencja była skutkiem popełnianych błędów - bo jak logicznie wyjaśnić, że towarzyszyła sesji od początku. Nie zamierzam się z Ojcem Kanonikiem licytować w znajomości starej szkoły - tu absolutnie jest górą, niemniej jednak wydaje mi się, że o graniu online mogę się co nieco szerzej wypowiedzieć z racji licznych doświadczeń. Frekwencja (a w zasadzie jej brak) jest objawem pewnej lekceważącej postawy, która sięga dużo głębiej. Błędy graczy ich bierność i niezrozumienie stylu gry (mimo licznych i asekuracyjnych wykładów - jak zauważono wcześniej) wynika z tego, że gracze z roszczeniową postawą podeszli do rozgrywki. Mimo wysyłanych przez REF materiałów, nie zapoznali się, nie doczytali...

Najlepiej podsumował to chyba Gacoperz w swoim wpisie "nieprawdziwe RPG" - że ludzie w sieci nie są prawdziwi - włączasz magiczne pudełko i słyszysz głosy w głowie... Stąd różne wypaczenia - w tym charakteryzujący się totalnym i niezawstydzonym tumiwisizmem lekceważący stosunek do REF, współgraczy i obowiązku poszerzania kompetencji...

Problem braku kultury sięga dużo głębiej.

Ojciec Kanonik pisze...

Rudie,

Jak zgodziłem się z Twoim komentarzem na YT w 100% (o kulturze grania i olewaniu), to i tu masz rację, co do e-grania. Ja niestety tym bardziej nie mam kontaktu z PBF czy Skype. Jestem za stary na takie myki, dla mnie to nienaturalne. Zresztą OD&D przez Skype? W latach 70 nie istniała nawet sprawna poczta... Nie zamierzam się zatem licytować z Tobą w tej materii, znasz pewnie nowinki lepiej. A i dzięki Tobie dotarłem do tych nagrań. Ale jako muzyk wiem, że obróbka dźwięku, to chwila moment przy dzisiejszej technologii. Straszne kpiarstwo ze słuchacza.

Dla mnie natomiast ciekawe jest, że już kolejna osoba zrzuca winę za niewypał na graczy. :)

Robert pisze...

@Wolfgang
"do graczy nie do końca dociera (...)" to samo u mnie. Parę razy widziałem w oczach rozczarowanie, że za plotką nie krył się "quest", że komendant fortu nie miał dla graczy żadnego zadania itd. Jak to, dlaczego? Skandal! Podobnie gdy losowałem zagubienia / spotkania / skarby, czy coś jest / nie ma (d2) albo gdy wiało nudą podczas wędrówki przez las. "Musi być fabuła", pouczył mnie gracz. "Szkoda, że nie ma chociaż szczątkowego zarysu fabuły", dodał gracz z innej drużyny (choć jest przecież mapa i "świat" - i to całkiem bogaty, bo Era Hyboryjska).
Gracze mają podejście roszczeniowe, o czym pisze Rudolf Aligierski. Część to kompletni casuale, część ma nawyki warhammerowe. Nie wiem, którzy są gorsi :-) Leibera nie znają, Howarda nie chce im się odświeżać, o oldschoolu nie czytają, bo im się nie chce / nie mają czasu.
Przyznam się, że parę razy na siłę wsadziłem quest / walkę, bo widziałem, że wszyscy tylko na to czekali. Czyli po prostu newschool na starej mechanice, jak celnie podsumowuje Kanonik. Tu oczywiście też był płacz i obrażalstwo, że połowa ginie w jakiejś rąbaninie z mobami. Przyzwyczajeni do konwencji, w której postać może zginąć wyłącznie pod koniec "kampanii" w starciu ze śmiertelnym wrogiem zagrażającym imperium po długim śledztwie policji, które wszystko wyjaśni :-)
Zabawne jest swoją droga, jak to WFRP uchodzi za "dark", a D&D za "heroic"...

Ojciec Kanonik pisze...

Robercie,

"Szkoda, że nie ma chociaż szczątkowego zarysu fabuły", dodał gracz z innej drużyny (choć jest przecież mapa i "świat" - i to całkiem bogaty, bo Era Hyboryjska). Leibera nie znają, Howarda nie chce im się odświeżać, o oldschoolu nie czytają, bo im się nie chce / nie mają czasu.

Wiem, cierpimy na tym towarzysko, ale wypierdoliłby z sesji (i zaprosił na Wampira: Masakradę) po takich tekstach raz-dwa-trzy. Niestety. Staroszkolne granie zobowiązuje do pewnych lektur.

Zabawne jest swoją droga, jak to WFRP uchodzi za "dark", a D&D za "heroic"...

To niestety wina AD&D 2E doby Lorraine (lata 90). Strasznie źle to im wyszło i pokutuje do dziś.

Przyznam się, że parę razy na siłę wsadziłem quest / walkę, bo widziałem, że wszyscy tylko na to czekali. Czyli po prostu newschool na starej mechanice, jak celnie podsumowuje Kanonik.

Zgoda w 100%.

Wolfgang Schwarzenatter pisze...

@Robert
"o oldschoolu nie czytają, bo im się nie chce / nie mają czasu"

Nie ma się co dziwić. We współczesnych warunkach w 99% przypadków będzie tak, że referee będzie piętnaście razy lepiej przygotowany z oldskulu niż gracze, bo to był jego pomysł, żeby iść w taki model rozgrywki. Można ponarzekać na graczy, ale nie ma podstaw do stawiania zarzutów, w końcu to nie oni wymyślili. Oni chcieli sobie pograć w rpg, tak jak to robili odkąd się w to bawią (rok, 5 lat, czy 20 lat - nie ma znaczenia), a trafił im się prowadzący - narwaniec z jakimiś retro teoriami. Mogą się przekonać do nowego stylu, ale nie jest to pewne. Właśnie sprawdzam to w praktyce, zobaczymy. Na razie nadali mi ksywkę Pan Tabelka.

Shockwave pisze...

Chujowi gracze, to chujowi gracze - tyle w temacie. Sędzia trochę za miękki, jak już wielu pisało, powinien ciąć i wypieprzać znacznie wcześniej. Być może Bartosh ma swoje powody, więc nie będę oceniał. Jeśli ludzie olewają i przychodzą z postawą czysto roszczeniową, to od razu widzę, że ta gra nie ma przyszłości i nie zapraszam na kolejne spotkania. Poznałem takich ludzi k3, szczęśliwym bardzo tą niską liczbą, ale zalali mi zachowaniem sadła za skórę i utwierdzili, że egzekucje należy przeprowadzać szybko i bezlitośnie.

Nie zrzucałbym stylu uprawiania hobby tych ludzi na samą tylko nową szkołę. Jak gramy w Króla Królów wszystkich RPG - Warhammera - to jasne jest, że pierwsze PePeki mogą polecieć na pierwszym wejściu do lasu. Przy ostatniej kampanii Wampira Requiem jeden z graczy zmieniał postać trzy razy, bo dał dupska w rozgrywkach z wampirami w mieście. Ja straciłem postać na drugiej sesji, bo popełniłem jeden błąd. Nasz MG się nie pierdoli i głupie akcje kończą się kupką popiołu i rozdawaniem kropek na nowe postacie. Nie wiem, może my źle w tego Wampira gramy? Nawet w tą sobotę, na trzeciej sesji D&D 5, szlag trafił mojego Rangera drugiego poziomu, bo zbyt późno zaczął spieprzać po pojawieniu się smoka. Pechowo przed zionięciem stratowało go stado mamutów, więc te 5k20 obrażeń ze smoczego rzygu już i tak miało niewielkie znaczenie. A mogłem zostać w wiosce Kuo toa i handlować niewolnicami...

System ma tu drugorzędne znaczenie. Jak się spotyka ludzi, którzy od RPGowego niemowlęctwa byli prowadzeni za rączkę, to będą bardzo głośno płakać, gdy ich się spróbuje wprowadzić w "dorosłość". Nie zapominajcie, że już w czasach OD&D była spora grupa ludzi, którzy chcieli fabuły, questów i tworzenia historii. Pulsipher pisał o tym już dawno temu i jakoś freeformowe podejście, sandboxy, tabele i losowanie świata nie sprawiło, że tych ludzi było mało, bądź dali sobie spokój z hobby. Nowa szkoła nie wprowadziła tutaj niczego nowego, po prostu z czasem przykryli czapkami hobbystów z innym podejściem i zaczęli się rozmnażać.

Oel pisze...

Zgadzam się z Przedmówcą. To nie kwestia systemu, tylko określonych nawyków.

Kiedyś dawno temu, na praktykach studenckich, prowadziłem taką sesję w Warhammerze, gdzie tematem było eksplorowanie statku obcych... (Slannów? - nie było to całkiem ustalone). Wylazła z tego zmutowana bestia. BG jej nie spotkali, tylko słyszeli groźne odgłosy, wielkie ślady stóp, drzewa poprzecinane przez pazury itd. No i oni za tym poleźli, zamiast szybko spenetrować wbity głęboko pod ziemię pojazd. Opisałem im w malowniczy sposób, jak zginęli (żebra zagrały na zębach któregoś gamę, czy coś w tym stylu). No i był szok. Chłopak, który dużo łoił w erpegi był wstrząśnięty, że jego postać zginęła. Nie to, że rzucił focha, był zdziwiony! A ja tak po prostu wtedy grałem. I to nie chodzi o to, że byłem taki "do przodu" jeśli chodzi o oldschool ;) tylko byłem nieco zacofany. Myślałem, że tak trzeba. Nie było jutuba. Jak ktoś nie należał do dużego klubu, to grał po swojemu. W każdej piwnicy czy na strychu, każdy grał inaczej.

Co do tekstu Jarla - brutalny, ale pożyteczny. Na miejscu Bartosza pewnie bym posmutniał, ale tych wideoblogów słucha teraz mnóstwo ludzi, którzy wyrabiają sobie na tej podstawie zdanie. Proste, jasne, dobitne komunikaty są jak najbardziej na miejscu.

A jeśli kolega Bartosz to czyta: nie przejmuj się! Jakby mnie ktoś nagrał, jak prowadzę sesję, to nawet po zaawansowanym remiksie nie dałoby się tego słuchać. Te kawałki sesji, które odsłuchałem wypadły nieco nudnawo, ale podziwiam Twoje przygotowanie. Sporo się dowiedziałem, zwłaszcza na temat różnych teoretycznych kwestii ;)

Ojciec Kanonik pisze...

@Wolfgang
Na razie nadali mi ksywkę Pan Tabelka.
Zmień nick, super będzie :D

@Schockwave
Nie zapominajcie, że już w czasach OD&D była spora grupa ludzi, którzy chcieli fabuły, questów i tworzenia historii.
Jasne, że tak. Bez nich nie byłoby EoPT, Bushido czy RuneQuesta. Nie zmienia to faktu, że retrogaming tyczy się głównie dominującej większości z lat 70 - czystych hobbystów, nie biznesmenów. Mniejszość, o której wspomniałeś, nie decydowała jeszcze o charakterze RPG.

szlag trafił mojego Rangera drugiego poziomu [...] A mogłem zostać w wiosce Kuo toa i handlować niewolnicami...
Wizardowe Ranger & Niewolnice. Przykład na to, jak d20 ssie i nie ma pomysłu na samą siebie ;D

@Oel
W każdej piwnicy czy na strychu, każdy grał inaczej.
I o tym jest ten blog. Dzisiaj ludziom wydaje się, że RPG jest określonym ramowo monolitem. Nie było takie u początków, i nie jest i dzisiaj. Tu skupiamy się tylko i wyłącznie na źródłach, bez nadprodukcji teorii. Praktyka może być różnoraka. Dlatego ta seria jest przydatna, bo pokazuje inne podejście. Chybione, ale jednak.

Co do tekstu Jarla - brutalny, ale pożyteczny.
Brutalny? A skąd. Zresztą, nie widzę powodu, by naprawdę pojechać po tej serii.

Bartosh pisze...

Pozwólcie zatem że główny beneficjent owej oceny dorzuci swoje trzy grosze. Dziękuje wszystkim, którzy tak rycersko mnie bronili, ja jednakowoż nie uważam, że ocena jest przesadnie surowa, choć z wyliczonymi błędami chciałbym się trochę skonfrontować. A co!

Ad 2. Jedno wejście do lochów, to się skończyło w okolicy pierwszego komentarza do sesji szanownego Ojca. Gdzieś tam w międzyczasie wkradały się wypowiedzi i przebąkiwania odnośnie innych wejść, i że w sumie to mędrzec na usługach owego zarządcy również to potwierdzał, no i końcu ni z tego ni z owego chodnik się w kopalni zapadł, wypuszczając na górników nieco plugastwa z podziemi. Czy ja jeszcze miałem graczy aresztować i ich siłą, trzymetrową tyczką zepchnąć w dziurę? A że pipidówka mała to się zgodzę. Kto by pomyślał, że się tak miasta przyczepią, a jakbym wiedział że się tak mi będą karczmy trzymać to bym ją spalił zawczasu i zaorał wołami miejsce po takowych przybytkach. A sędzia spotkania losowe stosował, tyle że początkowo zbyt mało machałem i tabelę miałem z czapy. I trzymałem się wciąż wskazówki że co 10 minut 1 na k6 to coś się dzieje, a powinienem pewnie po prostu co 20 minut wyłowić z tabeli jakąś pozycję i hulać, bo wcześniejsza metoda nie dawała pożądanych impulsów. Wydawało mi się, że przestałem kłapać dziobem o tym że to niebezpieczna kraina i w ogóle lepiej z karczmy nie wychodzić, bo zabijają. A może nie przestałem?...
Ad. 3 Tutaj należy wspomnieć, że prócz nagrywanych sesji funkcjonowało coś takiego jak kronika, tj. dostępny dla wszystkich dokument, w którym na bieżąco umieszczano notatki i w którym zawarte były nie tylko informacje startowe, ale i to co udało się zasłyszeć czy też ustalić w trakcie kolejnych sesji. Tam też, aby nie przeciągać zbytnio części wykładowczej, umieszczałem wszelkie postulaty i sugerowane kierunki zmian postępowania w czasie gry. I tam też, pod poszczególnymi postaciami zapisywane były XP wynikłe z tych walk oraz szereg innych istotnych dla rozgrywki informacji. O ile mnie pamięć nie myli, gracze tylko raz, na początku rzucili na fonii tekstem w stylu: „…a to nie będzie XP?” Potem już wszystko było jasne. Więc platforma komunikacji była, ba!, to była również platforma pod dodatkowe działania, gdyby zabrakło czasu na sesji i nawet jeden z graczy pokusił się na rozbudowane przedsięwzięcie, które zaowocowało sakiewką pełną złota. Co więcej, od czwartej sesji zacząłem podrzucać fabularne motywy, które mogły graczy skonfrontować ze sobą. Za uciekinierem po karczemnej zwadzie wystawiono list gończy, a zarządca zwerbował jednego z graczy, aby infiltrował środowisko buntowników. Konsekwencja sędziego też raczej była zachowana, a już na pewno z bronią, gdyż jak raz wprowadziłem to prawo na podstawie abstraktów, tak potem wokół owych obostrzeń kroiło się kilka wątków. I nie bardzo rozumiem jak Sędzia ma potraktować motywację graczy - czy też jako motor napędowy? Ale do czego? Przecież zdarzenia losowe i plotki powinny zaskakiwać również sędziego, no chyba że chodzi o konstrukcję tabel losowych, bardziej ukierunkowanych i przyjaznych dla motywacji graczy, bo to jedyne, co przychodzi mi do głowy. Przykłady rozgrywek zaprezentowanych we wcześniejszych wpisach kilkukrotnie polecałem graczom jako wzór. Odniosłem wszakże wrażenie, że duża część tego tekstu to inicjatywa graczy, którzy generalnie działają bardzo prężnie, dając tym samym sędziemu impuls do działania. Myślę, że zabrakło mi też praktyki i owe strumienie wyobraźni nie były uruchamiane intuicyjnie wtedy, kiedy była ku temu okazja.

Ad 4 Nie chcę się tutaj dołączać do analizy błędów graczy czy wytykanie przewin, skoro sam nie jestem od nich wolny. Po prostu doszło do momentu, w którym nie widziałem sensu kontynuowania dalszej gry, ze względu na odczuwalny brak entuzjazmu ze strony graczy i niemożności złapania wspólnych terminów. To tyle.

Bartosh pisze...

Ciąg dalszy komentarza:

Ad 5. Tutaj powód jest życiowo prozaiczny: brak czasu. Staję na rzęsach, żeby w codziennej kotłowaninie znaleźć chwilkę na ukochane hobby. Jakbym miał się bawić nagraniami, nie miałbym czasu absolutnie na nic więcej. Przepraszam więc tych, którym jakość dźwięku nie odpowiada i tylko tyle mogę zrobić, przy czym nie chcę okazać braku szacunku. Te nagrania są przede wszystkim dla moich graczy, aby mięli materiał do ewentualnej powtórki. Jeśli dodatkowo k6 osób przesłucha sesję i znajdzie tu coś ciekawego, to chwała im za to, ale nie umieszczam tych nagrań po to aby ludziska w Internetach gadali ze Bartosh to spoko gość, bo ma super jakości nagrania z sesji. 100% naturalizmu – to co wy słyszycie, słyszę również ja w czasie gry. Polecam w tle puścić Bizeta lub Griega.

To tyle polemiki. Tak jak wspomniałem, z oceną się zgadzam i przyjmuję na klatę. Sam mam wrażenie, że przy starej szkole to te moje nagrania co najwyżej leżały. No ale pierwsze kroki zostały poczynione. Dlatego sam nie pchałem się z podrzucaniem tych nagrań, co by nie psuć krwi partaczeniem. Jak już jednak zostały odnalezione, to trzeba skorzystać z dobrodziejstw konstruktywnej krytyki, co też zamierzam zrobić. Rady i wyłuskane błędy starałem się wziąć do serca, ale najwyraźniej nie poszła za tym praktyka. Nie wiem na przykład jak bardziej mam pokazać że osada żyje. I tutaj nachodzą mnie wielokrotnie przytaczane wypowiedzi w myśl których wystarczy trochę poczytać. Więc albo nie czytam ze zrozumieniem, albo czytam złe teksty, albo ta wiedza była we wpisach gdzie były też zdjęcia pań z dwoma dużym argumentami…

Shockwave pisze...

@Ojciec Kanonik

Tylko, że Tékumel jest identyczny ze Śródziemiem - fajnie się to czyta, ale grać już nie za bardzo. W ogóle etnofantasy zawsze mi się widziało głównie jako intelektualna zabawa w kulturoznawcze i etnograficzne wygibasy, a nie materiały do gry. Ta mniejszość zaś szybko się rozrosła i zaczęła dyktować warunki.

Wizardowe Ranger & Niewolnice. Przykład na to, jak d20 ssie i nie ma pomysłu na samą siebie ;D

Ha! Tutaj zupełne pudło, Ojcze. Akurat obecny Ranger pozostaje mocno w duchu oryginalnego obrońcy Ładu w Chaotycznej dziczy. Tylko... czemu ma mnie to interesować lub ograniczać? Tyle, że w tym wypadku było prawilnie i miałem dobre intencje!

Sesja była syta, nie było możliwości zaatakowania żaboli w ich leżu, ale chciały handlować. Pozostało tylko wykupienie ludzkich samic, a na to nie było kasy. Co prawda Kuo toa oferowali nam kilka kobiet w zamian za sprawienie, by paru innym "urosły brzuchy i wykluły się te małe, smakowite ludziki", ale jakoś ta propozycja handlowa nam nie podeszła... Ruszyliśmy więc w poszukiwaniu dużych ilości szmalu, spotykając po drodze karawanę gigantów. Okazało się, że porwali okolicznych wieśniaków, by pracowali dla nich w górach. Gdy nadleciał smok, mój bohater ratował właśnie wiochmenów z niewoli. Zginął jak prawdziwy Tropiciel - ratując ludzi przed potworami z dziczy. Do tego zginął jak frajer, ale liczę na to, że te szczegóły bardowie ominą i zostawią tylko chwalebną śmierć w smoczych płomieniach. O ile kleryk przeżyje samotną wędrówkę do najbliższej ludzkiej osady i zdoła zdać relację. Bidok będzie też musiał sam poradzić sobie ze sprawą Kuo toa i nieszczęsnych ludzkich branek. :D

Wiem jedno - dawno na sesji nie było tyle śmiechu przy śmierci postaci. Podczas słuchania podcastów Bartosha najbardziej cieszyło mnie to, że mamy w miarę zgraną ekipę i możemy grać na żywo. Bioprądy to jednak jest mizerna proteza, ja zaś czekam już na kolejne spotkanie z ludźmi w moim domu.

Ojciec Kanonik pisze...

Ło, Bartek - megakomenty. Wrzucę to jako notke z moimi odpowiedziamy, jeśli pozwolisz. Cieszę się, że nie wziąłeś niczego osobiście, bo nie było moją intencją obrażać Ciebie czy graczy.

@Schocky
No i tym dalszym dziejom i kolejnym pokoleniom graczy poświęcone jest 99% polskiego, erpegowego internetu. Tu piszemy trochę o czymś innym ;) Etno jest git i wypaliło wiele razy (L5R, Pendragon, różne pody historyczne i "etnologiczne" do AD&D, GURPS czy BRP). U mnie czy Albino też ten nurt działa. I zgodzę się, że jest pożywka intelektualną, ale to przy okazji, taki dodatkowy walor.

Ranger w klasycznym wydaniu to moja ulubiona profa. To co zrobio z nim d20 w 2000 roku jest przez moi nieakceptowalne. Call me unreformed fanboy :) Dzięki za doprecyzowanie, faktycznie fajna postać.

Podczas słuchania podcastów Bartosha najbardziej cieszyło mnie to, że mamy w miarę zgraną ekipę i możemy grać na żywo.

Właśnie! Zaczyna się doceniać normalny kontakt przy stole, cały ten równoczesny zgiełk i gadaninę, kurwy latające w te i na zad, zbiorowe walnięcie lufy okowity na cześć sukcesu, itd. :)