20 maja 2016

Pustkowie Piktów - Dwie Historie (i uwagi)

Autorem wszystkich artykułów w tej serii jest Robert. Tym razem dwie historie z jego howardowskiej kampanii OD&D. Stwierdziłem, że fajnie będzie widać przerzucanie się REF z drużyny na drużynę – cały czas w ramach jednej kampanii. Oczywiście jest koszernie i morderczo. I jeszcze polecanka sandboxowa, grupa FB prowadzona przez Kuglarza - masa porad, tematów i pomysłów: Referees czyli nieliniowi Mistrzowie Gry.


Groza na bagnach 

Barbara (M. R.) - młoda adeptka sztuk magicznych

Bjorm (J. C.) - weteran, przyrodni brat Nonaca

Enor (D. Z.) - łotr, skazaniec

Narantuya (J. Z.) - hyrkański najemnik, kawalerzysta i zwiadowca

Edward (W. G.) - weteran legionów, stary wiarus

Moses (G. W.) - młody wojownik o lepkich palcach


Podczas wypoczynku po ostatniej wyprawie miał miejsce wzburzający krew w żyłach incydent. Jedna z chat w rybackiej osadzie nad Rzeką Gromu zajęła się ogniem. Tylko szczekanie czujnego psa ocaliło rodzinę przed śmiercią w płomieniach, ale dom spłonął doszczętnie. W pobliżu rzeki znaleziono tropy i zagubiony woreczek z pamiątkami, charakterystyczny dla Piktów. Wniosek mógł być tylko jeden - barbarzyńcy przeszli przez rzekę i usiłowali puścić z dymem wioskę! Pojawiły się głosy, aby natychmiast wyruszyć na dzikusów, ale naczelnik grodu prędko uspokoił gorące głowy. Skoro świt wysłano gońca do oddalonej o dzień drogi siedziby barona z prośbą o posiłki.

Nikt nie wie, że tak naprawdę pożar był dziełem Narantui, który pragnie utopić pogranicze w ogniu i krwi.

Drużyna postanowiła tymczasem przeprowadzić kolejny rekonesans na wrogim terytorium. Szczególnie nęciła ich samotna góra za pasmem wzgórz. Zatrudniono 2 tragarzy. Odnowiono kontrakt z Pierre'm. Do tego zaciągnięto łucznika Lukasa, a także trapera Gregora, który miał być przewodnikiem herosów w puszczy.

Pierwszego dnia wędrowali w kierunku północno-wschodnim. Nic godnego uwagi się nie wydarzyło, jeśli nie liczyć ogromnej maszkary, która przeleciała nad głowami awanturników... Drugiego dnia zmienili kierunek na północno-zachodni i dotarli do podnóża wzgórz. Trzeciego dnia z rana część grupy udała się na zwiad. Wdrapali się na wzgórze i w dolinie odkryli kolejną piktyjską wioskę! Tym samym ustalili, że 3 pasma wzgórz rozciągające się na długości ok. 24 km są zasiedlone przez Piktów. Postanowili jednak nie atakować. Wycofali się i ruszyli na północ, cały dzień przedzierając przez zalesione wzgórza. Celem wyprawy stała się samotna góra. Czwartego dnia ruszyli na północny-zachód i cały dzień wędrowali przez las. Monotonia wędrówki zaczęła już pomału doskwierać herosom. Raz na jakiś czas padało. Widzieli ścieżki wydeptane przez zwierzęta, ale poza tym nic ciekawego.

Rankiem piątego dnia Gregor i Narantuya, korzystając z okazji, że niebo było czyste, postanowili zapolować. Po pół godzinie traper odkrył tropy niedźwiedzia grizzly! Nie czując się na siłach, powrócili do obozu po posiłki. Pozostawili tragarzy i w 9 osób ruszyli po śladach, które wiodły w głąb puszczy. Gregor wreszcie odszukał gawrę, znajdującą się w niewielkim jarze. Zaczaili się i poczęli wywoływać wilka z lasu, wydzierając się i rzucając kamieniami. Po chwili rozległ się straszliwy ryk i niedźwiedź - ogromny, dużo większy od tego, którego napotkali miesiąc temu - wygramolił się z jamy. Poleciały w niego strzały i bełty, poważnie raniąc bestię. Barbara rzuciła przygotowane zaklęcie uśpienia...i zdziwiła się co niemiara, widząc, że niedźwiedź nie chce spać! Nieprzyjemnie zaskoczona magiczka wycofała się na tyły, zdając sobie sprawę, że jej moc nie działa na wszystkie stworzenia. Herosi skoczyli na niedźwiedzia i po chwili było po wszystkim - topór Bjorma strzaskał mu czaszkę.

Drużyna już przystąpiła do dzielenia przysłowiowej skóry, gdy wtem trzask gałęzi na zachodzie uzmysłowił im, że zbliża się coś ogromnego. Był to drugi niedźwiedź, który chwilowo przebywał poza gawrą. Dopadł i rozszarpał na strzępy kompletnie zaskoczonego Lukasa, któremu na dodatek zerwała się cięciwa w łuku. Drużyna usłyszała tylko ryk i wrzask przerażonego człowieka, który urwał się nagle, wraz z przyprawiającym o mdłości trzaskiem łamanych kości. Poświęcenie Lukasa dało drużynie czas na odzyskanie zdolności bojowej. Niedźwiedź wypadł na polanę, gdzie natychmiast oberwał następnymi strzałami. Szarża grizzly powaliła i odrzuciła Bjorma. Sponiewierany wojownik usiłował się odczołgać. Na niewiele by się to zdało, gdyby nie kompani, którzy przyszli mu w sukurs, osaczyli bestię ze wszystkich stron i zarąbali - decydujący okazał się cios Enora, wymierzony pod lewą łopatkę.

Przez resztę dnia drużyna zajmowała się sprawianiem i rozbieraniem niedźwiedziego ścierwa. Lukasa pogrzebano poprzez wrzucenie jego ciała do gawry. Wieczorem powrócono do obozu i zanocowano po raz drugi w tym samym miejscu. Góra była coraz bliżej.

Szóstego dnia ruszyli w stronę góry, mając nadzieję zdobyć ją jeszcze tego samego dnia. Tymczasem dotarli do bagnistego rozlewiska. Traper doradził, aby - zamiast próbować szukać drogi przez moczary - spróbowali je obejść. Wybrali kierunek północny. Po całym dniu wędrówki okazało się, że prawdopodobnie cała góra wyrasta z jakiegoś ogromnego bagniska.

Znużona drużyna rozbiła ufortyfikowany obóz. Noc była jeszcze młoda, gdy nadeszli Oni. Przyszli z bagien, od strony góry. Ślamazarnie człapiący, przysadziści, o świecących oczach i ociekający błotem ŻABOLUDZIE! Z ponurych, zamierzchłych legend znani jako Rillyti. Kumkając i wymachując starożytnym orężem z brązu, natarli na drużynę, która ledwo co zdążyła się uzbroić i ustawić mur z tarcz. Padał deszcz i łuki nie nadawały się do użytku. Zaklęcie uśpienia tym razem zrobiło dobrą robotę, już na starcie wyłączając 12 z 23 napastników. Kolejny wpadł w metalowy potrzask na skraju obozowiska. Wykopane rowy i prymitywne zasieki z zaostrzonych kołków i żerdzi, ustawionych pomiędzy drzewami, spowolniły nieco żaboludzi i rozbiły ich formację.

Na Enora, Edwarda, Mosesa, Bjorma i Pierre'a - stojących w murze z tarcz - runęły kolejne szeregi stworów ciemności. Pozostałe oślizgłe pokraki próbowały osaczyć herosów z flanki. W drugiej linii stał Narantuya; dalej Barbara i Gregor pilnowali tragarzy i dobytku. Pole walki oświetlało ognisko i 2 rzucone do przodu zapalone pochodnie.

Miecze i trójzęby z brązu głucho załomotały o tarcze. Wojowie stęknęli, ale nie ugięli się. Walka była zażarta. Prawice omdlewały od zadawania ciosów, pot zalewał oczy. Jednak wkrótce u stóp herosów leżały już zwłoki pierwszych żaboludzi, a ziemia grząska była już nie tylko od nieustającego deszczu, ale i od krwi. Narantuya starł się z potworem nacierającym z lewej. Zarąbał go, cudem unikając kilku ciosów, ale jego morale było już naprawdę niskie. Zdawał sobie sprawę, że to nie jest jego dzień i jeszcze chwila, a Wielka Kobyła Matka porwie go w tany i wywiezie w Najdalszy Step, skąd nie ma już powrotu. Wtem dostrzegł, że i z prawej flanki naciera kolejnych 2 żaboli. Mały Hyrkańczyk zebrał się w sobie i - choć z duszą na ramieniu - przypuścił szarżę. Nagle coś błysnęło - to nóż rzucony przez Barbarę wbił się w oko jednego z potworów, kładąc go trupem na miejscu! Narantuya ściął się z drugim, zadał mu poważne rany i zmusił do ucieczki. W samą porę - sytuacja w murze z tarcz nie przedstawiała się najlepiej. Bjorm padł na polu chwały, a Enor i Pierre odnieśli poważne rany. Wreszcie jednak żaboludzie pierzchli. Herosi natychmiast ruszyli w las, dobijając tych uśpionych przez zaklęcie Barbary i unieruchomionego przez pułapkę.

Do świtu nic się już nie wydarzyło, choć mało kto tej nocy spał. Rankiem pogrzebano Bjorma. Herosi postanowili, aby jak najkrótszą drogą powrócić nad rzekę. W strugach ulewnego deszczu ruszyli na wschód. Zgubili się jednak i przez cały dzień błąkali po stosunkowo niewielkim obszarze.

Ósmego dnia wyprawy świt wydawał się osobliwie nieprzyjazny... [a ich przybrany ojciec został zarąbany w jakieś zasadzce - O. K. ;)]


Groza w lesie

Rodgar Drachen (M. B.) - syn kupiecki, który - wbrew woli ojca - wybrał drogę wojownika

Rynn "Blizna" (J. L.) - pirat z Argos na emeryturze

Hywell "Posokowiec" (A. N.) - łowca nagród rodem z Gunderlandu, północnej prowincji królestwa Aquilonii

Rodgar odpoczął przez kilka dni w Novum Castrum I, nadgranicznym forcie wysuniętym najbardziej na północ ziem barona Flawiusza Konstantyna. W karczmie zapoznał dwóch nowych kompanów i prędko namówił ich na wspólną wyprawę do puszczy. Nowo wytyczonym szlakiem, wiodącym wzdłuż Rzeki Gromu, powrócił do Novum Castrum II, gdzie opylił zaległe piktyjskie skalpy. Dysponując sporymi funduszami, uzupełnił wyposażenie swoje i kompanów (sprezentował im łuk i kuszę), dokupił zapasów, a także zatrudnił trapera (imieniem Hayn), tragarza (Paczko) i rębajłę (Witt).

Gdy byli gotowi, ruszyli za rzekę. Postanowili zbadać tereny położone na zachód od grodu. Przez cztery dni wędrowali przez monotonnie ciągnące się knieje. Nie wypatrzyli tropów żadnego grubego zwierza. Dostrzegali za to na drzewach znaki plemienne Wilczych Głów. Traper spisywał się na ogół poprawnie (tylko jedno zagubienie). Czwartego dnia, gdy już rozglądali się za odpowiednim miejscem na nocleg, to, co wydawało się na pierwszy rzut oka 4 kępami krzaków (lub korzeniami powalonych drzew) okazało się 4 ogromnymi pająkami. Wpadli w zasadzkę! Nie było już czasu naszykować broni strzeleckiej, a zresztą na nic by się ona zdała, padał bowiem deszcz. Śmiałkowie złapali za broń i starli się z bestiami. Traper zachował zimną krew, złapał tragarza za kołnierz i wyprowadził na skraj polany, skąd obserwował zmagania drużyny.

Walka początkowo układała się nieźle. Rodgar i Rynn utoczyli nieco posoki obrzydliwym stworom. Jednak sprawy prędko zaczęły przybierać niepomyślny obrót. Obaj zostali pokąsani i podtruci, a Witt zginął; gigantyczny pajęczak natychmiast zaczął go pożerać. Potem było już tylko gorzej. Rodgar został powalony i ogarnęła go czarna otchłań. Rynn zatopił swój kordelas po samą rękojeść w opalizujących oczach bestii, rozpruwając jej mózg, ale przeszedł kilka kroków i sam padł w konwulsjach, zatruty jadem. Osamotniony Hywell ciężko ranił pająka, z którym walczył. Nie udało mu się jednak zmusić go do ucieczki i, osaczony ze wszech stron, padł wreszcie.

Widząc, jak ginie ostatni z poszukiwaczy przygód, traper i tragarz rzucili się do ucieczki. O świcie udało im się dotrzeć do fortu, gdzie opowiedzieli o tragicznym losie ekspedycji.



O. K.: Bywa i tak, że nawet pomimo dobrego przygotowania, Kości po prostu masakrują ekspedycję. Ale nic to, mechanika jest prosta, tworzenie postaci to kilka minut! :) Do tej pory podoba mi się duży nacisk, jaki gracze położyli na swobodne łażenie po Dziczy i ładowanie się tamże w przeróżne kabały. Town i Dungeon prawie nie istnieją. Dzieje się kupa historii w stylu Karola Maya i Howarda. Fajny klimacik. Zamieniliśmy też z Robertem kilka zdań i oceniłem całość raportów (21 sztuk for now):


Na początku, jeszcze raz dzięki, że chciałeś się podzielić tym materiałem na łamach naszego bloga.

OK: W ciągu kilku miesięcy gry wydarzyło się naprawdę sporo. Nie wiem czy tak często gracie, czy zawsze jest taka galopada. W każdym razie, tempo rozgrywek bardzo fajne, a same relacje dobrze napisane.

R: Każdy odcinek odpowiada jednej sesji. Kampania wystartowała 10 lutego, więc rzeczywiście tempo jest srogie - praktycznie co tydzień sesja, czasem dwie.


OK: Wygląda na to, że pomimo tylu graczy (14 sztuk w 3 drużynach) nie gubicie się i nie jesteście przytłoczeni ani swobodą rozgrywki, ani ilością możliwości. Pozazdrościć licznej i tak aktywnej ekipy, widać, że niektórzy wkręcili się w ten styl grania.

R: Gracze nie są żółtodziobami - większość to starzy erpegowcy, tyle że niestety wychowani na MiM i WFRP. A czym skorupka za młodu nasiąknie... Ten zawód w oczach, gdy karczmarz / ksiądz / kapitan straży nie ma żadnej "roboty do wykonania" - bezcenne. Było kilka buntów na pokładzie ("to nie ma sensu", "nic się nie dzieje", "nie ma co robić z kasą", "przydałby się jakiś szkielet kampanii", "fabuła musi być"). Uśmierzyłem prędko. Mam wśród nich na tyle duży autorytet, że jednak przychodzą dalej. Przynajmniej póki co. Wiem, że część odpaliła sobie we własnym gronie kampanię WFRP - chyba jako formę terapii :D


OK: Klimat prozy Howarda (z odpowiednią domieszką 3LBB) zachowany. Plus.

R: Cieszę się, bo Howard to mój mistrz (obok Wagnera). Tyle że osadzenie kampanii w Erze hyboryjskiej mocno ograniczyło i zubożyło 3LBB, choćby w kwestii fauny.

OK: To, co było poruszanej już w komentarzach: szkoda, że bardzo rzadko dorzucasz jakieś informacje mechaniczne. Przydałyby się jakieś uwagi o tym co zadziałało, co nie, co wszystkim podpasowało, co nie, dlaczego, jakie motywacje kierują poszczególnymi postaciami, itd. Takie pozasesyjne myki, jak u, np. Wolfganga, dają pełniejszy wgląd w kampanię.

R: Jasne. Już zacząłem objaśniać w komentarzach. Do następnych odcinków będę już dodawał uwagi mechaniczne. [i dodaje od 21 odcinka - O.K.]

Brak komentarzy: