24 maja 2016

Pustkowie Piktów - Skarby & Zgony

Nowa grupa Awanturników oraz powrót starej (przetrzebionej). W dwóch odsłonach.


Skarby jaszczura
 
Mariusz (M. T.) - bossoński leśnik
Markus (R. L.) - b. strażnik miejski
 
NPC
Janusz - zbrojny / łucznik
Karl - zbrojny / siepacz

W forcie Novum Castrum I pojawiła się dwójka nowych awanturników. Nasłuchawszy się opowieści, postanowili sami zapuścić się za rzekę i spróbować odnaleźć Tajemnicze Złote Miasta. Wcisnęli złocisza rybakowi i przeprawili się na drugą stronę. Po kilkuset metrach okazało się, że wpakowali się na rozległe bagnisko, usiane licznymi jeziorkami - prawdopodobnie starorzecze. Cały dzień przedzierali się, ostrożnie badając grunt i wyszukując bezpiecznych ścieżek. Pod koniec dnia wypatrzyli wysepkę na jeziorze, a na niej jakieś tajemnicze ruiny! Na niewielkim nasypie wznosiła się kamienna platforma, zawalona gruzem, z kikutami kilkunastu kolumn wystającymi żałośnie. Postanowili bliżej przypatrzyć się reliktowi zaginionej cywilizacji. Obeszli jezioro, ale nie odnaleźli żadnego brodu ani mielizny. Zapletli linę i zaczepili z jednej strony o resztki kolumny, a z drugiej przywiązali do drzewa. W ten sposób przeszli na drugą stronę. 

Przebadali gruzowisko, odnajdując ruchomą płytę - prawdopodobnie jakieś zejście. Nie mieli jednak narzędzi, aby ją podważyć. Pokręcili się zatem po wysepce i natrafili ślady jakiegoś ogromnego stwora, prowadzące prosto do jamy wydrążonej w zboczu, która wiodła prawdopodobnie w głąb, pod sam budynek. Postanowili rozpalić ognisko na progu jamy i wykurzyć stwora - czymkolwiek by on był. Sami stanęli na platformie, licząc, że zaskoczą bestię i wykorzystają przewagę wysokości. Po chwili dało się słyszeć hałas - coś gramoliło się przez dziurę! Z legowiska wypadł ogromny jaszczur o czterech parach nóg, z wielkim ogonem i wydłużonym pyskiem! At least 10 feet, szwagier. 

Nie udało im się zaskoczyć stwora. Łucznicy wypuścili strzały, które wbiły się w cielsko, a Markus zeskoczył na grzbiet bestii i wraził weń swój brzeszczot. Po chwili przypadkiem oberwał strzałą od Mariusza i zleciał z wierzgającego jaszczura. Do walki skoczyli Mariusz i najmici. Karl jednak po chwili został rozszarpany przez stwora - dwukrotnie kłapnęła paszcza i biedny najemnik padł z oderwaną nogą. Predator, kurwa. 

Na jaszczura posypały się ciosy - część z nich utoczyła mu nieco posoki, część ześlizgiwała się po twardym niczym zbroja łuskowa pancerzu bestii. Mariusz został podcięty ogonem i runął w błoto. Ostatecznie najmita Janusz wbił jaszczurowi miecz w oko, ale w przedśmiertnych konwulsjach potwór ostatkiem sił rzucił się i zmiażdżył kręgosłup wojownika.

Po walce ocalali awanturnicy opatrzyli rany, rozpalili pochodnie i zapuścili się w głąb jamy. Okazało się, że korytarz - musieli iść zgarbieni - sięgał do zrujnowanej podziemnej komnaty. Tu prowadziła klapa, którą znaleźli wcześniej. Wśród gruzu i kości coś błysnęło - natrafili na 3 świecące się klejnoty!
 
Przenocowali na wyspie w blasku księżyca, który był w pełni. Następnego dnia wrócili po swoich śladach do fortu, tym razem bez przygód. Odnaleźli sklep jubilera i obłowili się co niemiara! Tego wieczora wino lało się w karczmie strumieniami.
 

O. K.: Śmiała ekipa z niesamowitym fuksem. Musieli mieć dużo szczęścia na kościach. Przy okazji wyszła fajna opowiastka, mocno w stylu Howarda.



Zgon wojownika

Barbara (M. R.) - młoda adeptka sztuk magicznych
Narantuya (J. Z.) - hyrkański najemnik, kawalerzysta i zwiadowca
Thun (W. G.) - cymmeryjski najemnik i łucznik. Kumpel Tyoda (ten rozumniejszy)
Tyod (J. C.) - cymmeryjski najemnik i rębajło. Kumpel Thuna (ten silniejszy)

NPC
Albert - siepacz
Bolko - siepacz
Cecyl - siepacz
Maurycy - siepacz
Eryk - łucznik
Daniel - łucznik
Hans - traper
Snorri - tragarz
Gustaw - tragarz
Septus - cieśla
Jacques - poganiacz muła
Bucefał - muł

Po powrocie z wyprawy pod samotną górę ocalali śmiałkowie zadekowali się w karczmie. Wyczerpany Narantuya lizał się z ran, ale Barbarze po paru dniach zaczęło się przykrzyć. Postanowiła wybrać się do oddalonego o 2 dni drogi piechotą miasteczka. Wyruszyła w towarzystwie 2 dopiero co zapoznanych Cymmeryjczyków. W nocy Narantuya został obudzony i zaprowadzony przez strażników na szczyt wieży. Na horyzoncie dostrzegł łunę pożaru. Prawdopodobnie płonął fort Novum Castrum II!
 
Dzień potem Barbara dotarła do miasteczka i natrafiła u jego bram na kilkudziesięciu uchodźców znad rzeki. Dzień po pełni księżyca oddział Piktów przeszedł przez rzekę i uderzył w nocy na fort. Mimo bohaterskiej postawy łuczników na palisadzie, którzy położyli wielu dzikusów, ci wdarli się na blanki, w oka mgnieniu zarąbali obrońców i otworzyli bramy. Kilkudziesięciu wojowników w skórach wpadło do środka. Słup dymu był widoczny w całej okolicy...
 
Wszelki słuch zaginął po traperze, który miał ostrzec kapitana przed obecnością Piktów nad rzeką. Nie wiadomo, co stało się z Brunem - kolegą Barbary. Okazało się wreszcie, że goniec, wysłany przed 2 tygodniami po pomoc, niewiele wskórał - komendant garnizonu w miasteczku nie może wyruszyć nad rzekę bez upoważnienia od samego barona Flawiusza Konstantyna, który przebywa w swoich włościach w głębi kraju, o 2 tygodnie drogi stąd. Konny wyruszył z raportem, ale jego powrót - z ewentualnymi posiłkami - spodziewany był dopiero za kolejne 2 tygodnie...
 
Barbara uzyskała informacje o dziwnym jegomościu, który był widziany ostatnio w miasteczku. Odszukała go w siedzibie komendanta. Wysoki, postawny, o śniadej cerze, oczach jak paciorki oraz kruczoczarnych, długich włosach i bujnej brodzie. Wystrojony w dziwaczne szaty. Zagadała, a gdy obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem i usiłował wyminąć, uśpiła kilku strażników. To zrobiło pewne wrażenie na nieznajomym, który zaprosił ją do swych kwater w gospodzie.
 
Okazało się, że jest to Mazirian - czarnoksiężnik z odległej krainy (skąd konkretnie, nie wiadomo). Za opłatą zgodził się przyjąć Barbarę na nauki i użyczyć swoich ksiąg, dzięki czemu młoda czarodziejka uzyskała 2 nowe zaklęcia. Mazirian podzielił się paroma informacjami na temat puszczy i ludzi-żab, objawiając, że są to Rillyti - zdegenerowani potomkowie ludzi-węży, niegdyś rządzących całym światem. Pod samotną górą prawdopodobnie znajdują się ruiny jakiegoś przedwiecznego miasta. Ostrzegł jednak Barbarę, że są rzeczy starsze niż ludzkość i potężniejsze niż kosmos, które lepiej zostawić w spokoju. W tym czasie zdrowiejący Narantuya wziął na siebie (oficjalnie: doradzał komendantowi) dodatkowe ufortyfikowanie grodu. Przez tydzień wzniesiono dodatkowy pas umocnień - drugą fosę i palisadę.
 
Po powrocie Barbary i Cymmeryjczyków, czarodziejka wraz z Hyrkańczykiem udała się na konny patrol do ruin Novum Castrum II. Ich oczom ukazał się straszliwy widok. Wszystko spalone do gruntu, zwłoki rozwłóczone, zbezczeszczone, nadżarte i nadgniłe, na okolicznych drzewach znaki plemienne Piktów. Na dodatek ktoś splądrował ruiny. Nie udało się ustalić, w jaki sposób dzicy przeszli rzekę. Prawdopodobnie spalili swoich zabitych - odnaleziono resztki stosu pogrzebowego.
 
Narantuya wymyślił, aby w większej liczbie powrócić pod samotną górę i wznieść tam warowny obóz - bazę wypadową dla wypraw eksploracyjnych do ruin, które spodziewał się tam znaleźć. Zatrudniono kilkunastu najemników rozmaitej profesji, Zakupiono muła, mnóstwo sprzętu i zapasów. Obaj Cymmeryjczycy zgodzili się przyłączyć do wyprawy za równy udział w łupach, a Barbara - korzystając z nowo poznanych sztuczek - zauroczyła jednego osiłka w karczmie, który stał się całkowicie powolnym jej woli sługą i podnóżkiem.
 
Ruszyli. Przez cztery dni przedzierali się przez puszczę. W tym czasie nic godnego uwagi się nie wydarzyło, choć czasem padał ulewny deszcz, spowalniając marsz i tak obładowanej grupy. Wreszcie na polanie kilka km na południe od otaczających (?) górę bagien rozbili obóz i poczęli go umacniać. Przez cały dzień trwały prace polowe. Narantuya postanowił wykorzystać ukształtowanie terenu i włączyć rosnące w pobliżu drzewa w obręb planowanej palisady. Zrąbano kilkanaście drzew, oczyszczono ja z gałęzi i zaostrzono. Wykopano rowy, a na najpotężniejszym z drzew zbudowano stopnie i platformę - punkt obserwacyjny. Prace utrudniał nieustający od rana deszcz. Następnego dnia przewidywano osadzenie przygotowanych bali w ziemi. Potem - budowę bramy i pomostów dla łuczników. Nie było im jednak dane ukończyć konstrukcji.
 
W nocy wartownik wypatrzył w oddali 20-30 par świecących punkcików. Były to lśniące bladym światłem oczy Rillyti! Wszyscy porwali się na równe nogi i poczęli zbroić. Dalej padało, łuki były więc nie do użytku. Światło dawały 3 ogniska i 5 pochodni rzuconych na przedpole. Między dwoma drzewami - za wykopanym rowem - ustawiono mur z tarcz. Stanęli w nim Albert, Cecyl, Bolko, Maurycy oraz Tyod i - po raz pierwszy - Narantuya. W drugiej linii ustawili się Thun, Eryk i Daniel. Na czoło wysunęła się Barbara.
 
Wrzask bólu oznaczał, że jeden z żaboludzi wpadł w sidła. Barbara wyłączyła kolejnych 6 zaklęciem uśpienia i zwiała na tyły. Narantuya liczył, że rów wstrzyma przeciwników, ci jednak okazali się bystrzejsi niż poprzednio - dostrzegli przeszkodę i przesadzili ją żabim skokiem! Tarczownicy naparli na przeciwników, usiłując zepchnąć ich do rowu. Ale nawet jeśli się to udawało, to nadchodzili już kolejni, skacząc ponad przeszkodą. Rozpętała się heroiczna walka.
 
Barbara usiłowała zajść żaboli z flanki i rzucić zaklęcie po raz drugi. Wyszła zza drzewa i prawie wpadła na potwora, który miał najwidoczniej ten sam pomysł. Uśpiła go, ale nie miała już czarów. Nagle towarzyszący jej Thun zauważył, że 3 kolejnych próbuje zajść z drugiej flanki i uderzyć na mur z tarcz od tyłu. Rzucił się czym prędzej z lewego skrzydła na prawe, po drodze zgarniając 2 łuczników. Starli się z potworami, ale po chwili obaj najmici padli i Cymmeryjczyk został sam!
 
Tymczasem w murze z tarcz sytuacja nie przedstawiała się dobrze. Padło kilku żaboli, ale zginął Albert. Rillyti skoncentrowali swe ataki na Narantuyi - widocznie wyczuli w nim najsłabsze ogniwo, jako że był najmniejszy. Hyrkańczyk, uderzon ostrzem żabolskiej sulicy w usta i dwukrotnie raniony w twarz, odbijał przez jakiś czas mdlejącą prawicą ciosy, pchnięty trójzębem w szyję, zwalił się jak dąb na ziemię. Taki był koniec małego rycerza z wielkiego stepu.
 
Thun, widząc upadek wodza ekspedycji, cisnął toporem w twarz nadbiegającej bestii, zabijając ją na miejscu, po czym rzucił się po leżącą opodal tarczę. Nie zdążył. Dwa trójzęby utkwiły w jego piersi. Mur z tarcz zachwiał się i został oskrzydlony, po czym zaczął się cofać. O dziwo morale wojowników nie załamało się. Na lewym skrzydle wsparła ich Barbara, która zasypała wrogów gradem wirujących sztyletów, zabijając kilku, po czym rzuciła się dobijać tych uśpionych.
 
Wtem Tyod zobaczył, jak Rillyti depczą zwłoki jego cymmeryjskiego krajana. Ryknął jak dzika bestia i zaintonował pieśń do Croma - dumną pieśń wojowników północy do boga, który mieszka na szczycie wielkiej góry i gardzi słabymi i przegranymi. Nowe siły wstąpiły w pozostałych awanturników. Ze zdwojoną mocą natarli na żaboludzi i szli jak burza, rąbiąc i siekając bez litości. W tej walce nie było pardonu. Zginęli wszyscy wrogowie, choć nie obyło się bez strat - pod sam koniec Bolko padł twarzą w błoto.
 
Walka dobiegła końca. Na zdeptanej polanie, przy dogasających ogniach, w strugach lejącej się z nieba wody, leżało kilkadziesiąt straszliwie porąbanych trupów - 25 stworów ciemności i 6 ludzi. Pozostali, dysząc ciężko, oparli się na mieczach i odchylili głowy, pozwalając, by deszcz ostudził ich rozpalone oblicza... Znowu udało im się przeżyć.


O. K.: Duże bitwy (zwłaszcza z wykorzystaniem Chainmail) są ryzykowne. Tu ekipa nieźle rozplanowała walkę, ale i miała fuksa. Na plus zagrał zapewne fakt, że wreszcie postanowili ruszać w Dzicz w normalnym, kilkunastoosobowym składzie. A, no i dobry przykład na początku sesji, że drużyna wcale nie musi trzymać się razem.

8 komentarzy:

Robert pisze...

OKIEM SĘDZIEGO

"Skarby jaszczura"

PC zostali z 1-2 HP na koniec, a większość ciosów przyjęli na siebie najmici, w efekcie czego obaj padli (morale było wysokie, sprawdzam 1-2 razy na walkę). Jaszczur miał "statystyki" bazyliszka, ale bez zdolności petryfikującego spojrzenia. Rzuty na trafienie potwora fatalne. Gad atakował raz w rundzie, żadnego wielokrotnego ataku, skoro w grupie byli weterani (stosuję interpretację Philotomy'ego).

Friendly fire - wpierw gracz rzucił przeciwko AC bazyliszka, wypadło "pudło", więc rzucił drugi raz przeciwko AC kumpla. Tym razem już skutecznie :-) zastanawiam się nad wprowadzeniem zasad z AD&D 2E (większy procent na trafienie w większą istotę, wtedy dopiero test trafienia).

"Zgon wojownika"

1. Co do bitwy o fort, to rozegrałem ją samotnie w domowym zaciszu. Sam atak Piktów był przesądzony, była to reakcja na działania awanturników na terenie należącym do plemienia. Odliczałem dni w Excelu, jednocześnie trwała misja posłańca do barona, któremu nie udało się sprowadzić posiłków (negatywne rzuty na reakcję naczelnika w mieście, goniec musiał jechać do zamku barona położonego 2 tygodnie drogi w głąb kraju). Posiłki przyszły, ale poniewczasie.
Mechanika bitwy - rozegrałem starcie wg zasad na bieżąco zaimprowizowanych w oparciu o ustęp Land Combat w vol. III. Czyli tabela Alternative Combat System jako podstawa do oszacowania "trafienia", gdy wypadło "hit", uznawałem kombatanta za wyłączonego z walki. Dowódca mógł wytrzymać 4 "hits", a walczył jak wojownik 4. poziomu (jednak bez wielokrotnego ataku, bo wśród Piktów byli weterani i herosi). Piktowie - zgodnie z doktryną Clausewitza - dysponowali trzykrotną przewagą liczebną, więc po prostu przygnietli obrońców po kilku rundach. Było to jednak żmudne i chyba nie chce mi się odgrywać tak szczegółowo starć (kilkadziesiąt rzutów d20 co runda).

2. Szkoda Narantui - była to zdecydowanie najbarwniejsza postać jak dotąd. Mimo swojej niskiej STR (5, a więc -20% do XP) jako jedyny z wojowników awansował na 2 poziom i przerzucił nawet HP (miał 9). W walce z żaboludźmi zastosowałem na próbę domową zasadę losowego rozdysponowania "trafień". Tzn. wpierw oceniałem, ilu żaboludzi będzie testować atak w rundzie trwającej minutę (zakładałem, że kłębili się tam, napierając na mur z tarcz, rzucali dwu- i trójzębami itd.), następnie sprawdzałem kostką, przeciwko komu będę losował trafienie. Dopiero wtedy rzucałem d20 i ewentualnie d6. Było to dość czasochłonne i zrezygnowałem (parę sesji potem). Narantuya miał strasznego pecha - kości chciały, że przeciwnicy walili w niego raz po raz, w ciągu 3 rund wyłapał 75% ataków, z których większość weszła (mimo płytówki, tarczy i bonusu za mur z tarcz: trzeba było 19+, żeby mu zrobić krzywdę). Jakieś okresowe załamanie prawdopodobieństwa nastąpiło. I tak zginął dzielny Hyrkańczyk.
Co do wielokrotnego ataku, to teoretycznie mu przysługiwał, ale "moi" Rilyti (podebrani z Wagnera) są ciut lepsi od Gygaxiańskich Bullywugów i mają HD 1+1, a więc wielokrotny atak nie działał. Choć zastanawiam się, czy ta zasada ma jednak sens, nie wiem, dlaczego można rzezać tłum orków, a hobgoblinów i gnolli już nie. Może HD 1+1 też powinno być uwzględnione (przy opisie czaru Uśpienie jest to ciągle postać pierwszego poziomu), ale to otwiera drogę do wielokrotnego ataku dla potworów wielokostkowych przeciwko wojownikom 1. poziomu. No chyba żeby uznać to za specjalną zdolność przysługującą wyłącznie F-M.

3. Zaginięcie trapera - strumień świadomości i oracle dice...

4. Mag w miasteczku - wprowadzony arbitralnie jako father-figure dla Barbary, która utyskiwała, że "nie ma co z kasą robić" - teraz płaci za czary. Na etapie tej przygody Barbara była już na 2. poziomie.

Ojciec Kanonik pisze...

Wielokrotny atak.

3LBB jasno podają, np. w przypadku trolla czy mantikory, że wielokostkowe moby mają multiatak. Ale ważna rzecz: nawet pierwszopoziomowy F-M skutecznie tę zdolność blokuje, jeśli jest z takim mobem w zwarciu (ma HD 1+1). W przypadku braku F-M, troll ma 6 ataków i masakruje nawet doświadczoną ekipę. F-M jest więc zawsze kluczową postacią: zapora na multiatak silnych mobów, multiatak na słabe moby.

Dhil Morgan pisze...

Świętnie się to wszystko czyta, bardzo dynamiczne i niesłychanie śmiertelne sesje. Zdobyć tutaj awans na 2 poziom to prawdziwe wyzwanie 

Wybaczcie teraz serię pytań lamera 

1. Co to jest 3LBB? Czy to coś innego niż DnD w wersji trzech książeczek, dostępnych np. na stronie dmsguild.com w PDF pod nazwą OD&D Dungeons & Dragons Original Edition (0e)?
2. Tak w skrócie czy wiele się to 3LBB różni od Whiteboxa, który doczekał się polskiego tłumaczenia? Pytam ponieważ WB mam i zastanawiam się czy warto wobec tego nabywać owe 3LBB?
3. Skąd bierzesz reguły dot. niebezpieczeństw dziczy (pogoda, spotkania itd.). Jest to w LBB czy w jakimś oddzielnym manuskrypcie?
4. Czy możesz podać listę publikacje z jakich korzystasz przy graniu (LBB, Pholotomy?,…, gdzieś tam mi się rzuciło w oczom, że sięgasz do reguł walki z Chainmail)?
5. W jaki sposób ustalacie pochodzenie postaci? To jest wybór gracza czy jakiś losowanie? Jak rozumiem taki background daje Ci potem podstawę do decyzji czy dana postać umie coś zrobić (np. myśliwy wyżywi się w lesie)

Z góry przepraszam OK. jeśli coś tam niekoszenie napisałem ;-)

Robert pisze...

Dzięki za opinię!

Póki co przez szeregi kampanii (w 23 odcinkach) przewinęło się 37 awanturników. Przeżyło 8. Tylko 2 awansowało...

3LBB to inaczej OD&D, trzy małe brązowe książeczki. PDF kupiłem właśnie z tej strony. O Whiteboxie to by się musiał Ojciec Kanonik wypowiedzieć.

Reguły dotyczące pogody wziąłem z Chainmail, prosta tabelka: 1-3 słonecznie, 4-5 pochmurnie, 6 - leje. Sprawdzam codziennie (albo rzucam kostką, ile dni się utrzymuje). Spotkania z 3LBB, ale już wprowadzam zmiany - za dużo monotonnej sieki, a w efekcie zgonów postaci. Teraz spotkania są rzadsze i nie zawsze oznaczają napatoczenie się wędrujących potworów.

Podstawą są trzy książeczki, do tego trochę rzeczy z Chainmail, żeby załatać dziury w mechanice walki (manewry, walka dystansowa, parowanie, morale itd). Żeby było jasne - podstawą do rozstrzygania starć są tabele z vol. I.

Nie korzystałem z suplementów. Przydaje się za to klasyczne D&D i AD&D 2E. Nawet jeśli nie wykorzystuję zawartych tam zasad, to na pewno poszerzają horyzonty (np. zagadnienia dotyczące ruchu w terenie). Bardzo rozwijająca była lektura uwag Philotomiego. Czytałem ustępy poświęcone dziczy z "The First Fantasy Campaing" Arnesona, przeglądałem materiały Judges Guild (masa pomysłów na "przygody"). Przeczytałem wreszcie kilka retroklonów, stosunkowo najlepiej wspominam Delving Deeper - jest dość wierne oryginałowi i pewnie bym to prowadził, gdybym nie miał 3LBB.

Pochodzenie postaci wymyślają sobie gracze. Rzecz jasna niektórzy, bo część macha na to ręką, mówiąc "zwykły wojak" - i potem zdziwko, że wojak nie potrafi podejść sarny, oskórować królika lub pływać. Ostatnio zaczęliśmy losować z tabeli zawodów w AD&D 2E. Generalnie brak listy umiejętności na starcie jest sporym problemem dla graczy, którzy wychowali się na Warhammerze.

Ojciec Kanonik pisze...

O, napisalismy symultanicznie, Robercie :)

1. To skrót od 3 Little Brown Booklets, D&D 0E, OD&D. Używa się go na podkreślenie faktu, że korzysta się tylko z "podstawki", bez suplementów do tej edycji. 3LBB + suplementy to takie AD&D 0,5E, rozgrywka i "system" znacznie się różni od samych Trzech Małych.

2. Whitebox, chociaż nazewniczo i ideowo pochodzi od OD&D (wersja w białym pudełku, inaczej Original Collectors Edition, OCE), jest to współczesny retroklon Matta Fincha. Niezbyt udany, jak większość z dziesiątek retroklonów. Jeśli nie masz oryginalnych 3LBB, możesz grać na Swords & Sorcery WB. Różnice są ogromne i jest ich wiele.

3. Dużo jest w 3LBB i dodatkach, jeszcze więcej w klasycznych podręcznikach firmy Judges Guild oraz starych RPG z lat 70-tych.

4. Ja gram tylko na 3LBB + Monster & Treasure Assortment, Ready Ref Sheets i czasem na innych podręcznikach Judges Guild. Nie wiem jak Robert - pytanie do niego. Phylotomy to tylko inspitracja i tekst ułatwiający zrozumienie jak grac w pierwsze erpegi.

5. Ja mam tabele Zawodów (idea wzięta z późniejszej AD&D 1E) oraz tabelę Dziedzicznych Cech - zerknij do Whitelion, download w boxie obok.

Ojciec Kanonik pisze...

Tu masz porównanie tego retroklona z oryginałem:
http://bialylew.blogspot.com/2010/01/od-versus-swords-wizardry.html

Dhil Morgan pisze...

Bardzo dziękuję za obszerne odpowiedzi!

Ojciec Kanonik pisze...

Proszzz.