5 lipca 2016

Planszówki > RPG?

Jak czytelnicy zapewne zauważyli, w ostatnim czasie znacząco spadła moja aktywność na blogu Inspiracje. Zostało to spowodowane wieloma kwestiami, a w szczególności licznymi obowiązkami zawodowo-rodzinnymi, czyli tak zwaną prozą życia. Nie jest jednak tak, że nie posiadam już zupełnie czasu wolnego na hobby, w tym RPG. Mimo to, w gry fabularne nie grywam już tak często jak kiedyś. Właściwie ostatnią dłuższą kampanię (w Fantasy Trip) odbyłem w zeszłe wakacje, czyli niemal dokładnie rok temu. Natomiast znacznie bardziej niż RPG interesują mnie obecnie gry planszowe - do tego stopnia, że tak, jak określałem siebie jako o RPG-owca grającego czasami w planszówki, tak dzisiaj czuję się bliżej związany z grami planszowymi, a po fabularne sięgam sporadycznie. Jedynym wyjątkiem jest tu Traveller, nie tylko z uwagi na tematykę, ale również niektóre aspekty mechaniki (które konkretnie i dlaczego, o tym później).


Zanim stałem się miłośnikiem gier fabularnych w początkach lat 90., to gry planszowe stanowiły mój naturalny matecznik. Właściwie interesuję się nimi odkąd tylko sięgam pamięcią, a do grona pierwszych wspomnień (prawdopodobnie z okresu kiedy miałem 5 lat) należą m.in. te związane z grami. Jako dziecko fascynowało mnie wszystko, co miało planszę, więc na równi z różnymi przedszkolnymi mutacjami Gęsi, sięgałem po wszelkiego rodzaju klasyczne gry z Szachami i Go na czele. Każda, nawet najbardziej abstrakcyjna mechanicznie, tworzyła dla mnie jakąś opowieść i miała swoisty klimat, który był dla mnie równie ważny, a może nawet i ważniejszy od wygranej. Także obecnie potrafię go odnaleźć w wielu eurograch dość powszechnie uważanych za "suche", zwłaszcza jeśli, że trafia do mnie ich mechanika. Koronnym przykładem jest dla mnie Wysokie napięcie, w którym oprócz dokonywania operacji matematycznych, samo obserwowanie zmieniającej się planszy tworzy historię zaciętej rywalizacji firm energetycznych. A całą tą opowieść rozgrywamy w czasie około dwóch godzin, coś trudnego do osiągnięcia dla gier fabularnych głównego nurtu..

Wielu miłośników RPG uskarża się na upadek naszego hobby spowodowany, między innymi, gwałtowną ekspansją nowoczesnych planszówek. Ja akurat nie, więc zupełnie nie martwi mnie fakt, że nasze hobby wraca tam gdzie jego miejsce - do niszy rozrywek przeznaczonych dla wąskiej grupy pasjonatów. Czy istnieją bowiem sfery, w których gry fabularne mogłyby skutecznie konkurować ze współczesnymi grami planszowymi? Na pewno nie przystępnością, bowiem nawet najbardziej rozbudowane, skomplikowane i wymagające "eurogry" i gry w stylu anglosaskim posiadają krótszą i łatwiejszą do opanowania instrukcję niż większość mainstreamowych RPGów. Ba, już sama natura tych ostatnich jest powodem ich większej lub mniejszej hermetyczności. Zaproponujmy komuś nieobeznanemu w grach partyjkę. Jeśli będzie miała to być planszówka, karcianka, nawet bitewniak, wiadomo z grubsza czego oczekiwać. W przypadku RPG bariera jest znacznie większa i przeciętny nowicjusz będzie miał zagwozdkę, by zrozumieć o co w tym hobby właściwie chodzi i jaki jest cel zabawy, który w przypadku gier fabularnych nie jest z góry określony, czyż nie? Otwarta forma tych ostatnich staje się w tym przypadku zarówno zaletą, jak i przekleństwem. W większość planszówek można po prostu zagrać "out of box", a gry fabularne wymagają licznych przygotowań, zwłaszcza od MG (sandbox co prawda tylko na etapie przygotowania momentu początkowego kampanii, ale jednak). Ponadto w RPGach wynik sesji zależy w większym stopniu od kwestii samego nastawienia uczestników zabawy oraz ich zachowania w jej trakcie niż systemu, który – przynajmniej z moich doświadczeń – pełnił rolę zdecydowanie drugorzędną w stosunku ogólnego nastroju sesji wynikającego z wydarzeń i działań postaci. Często wystarczy jeden gracz-malkontent lub po prostu tego dnia nie w humorze, by zepsuć cały nastrój i położyć całe spotkanie. Większość planszówek, nawet rozbudowanych, stanowi zaś formę zamkniętą o określonych parametrach, i nawet jeśli w danym momencie nie mamy specjalnego nastroju na danego rodzaju grę, zawsze możemy skupić się na aspekcie mechanicznym: ciułaniu punktów, próbie zarobienia największej ilości pieniędzy, czy zbicia pionów przeciwnika.

Także pod względem samego trybu rozgrywki większość RPGów, projektowanych przecież przede wszystkim z myślą o rozgrywaniu kampanii, przegrywa z planszówkami już w przedbiegach. Bez perspektywy regularnych spotkań w miarę stałej ekipy trudno oczekiwać, by nasze sesje odniosły większy sukces. Taki już urok i specyfika hobby, ale i zarazem immanentna wada. Poza tym nie się co oszukiwać, że powstające podczas naszych spotkań "fabuły" (czy to wynikające z przyjętego scenariusza, czy toku rozgrywania sandboxa), nie wspominając o dialogach, będą się wiele różniły od opowiadania fantastycznego klasy B (choć jest w tym pewien urok, rzecz jasna). Z jeszcze gorszym skutkiem kończą się zazwyczaj kiczowate próby robienia z RPG pseudoteatru lub pseudoliteratury. Niestety, ale zawodowym, uznanym pisarzom RPG-owcy nie podskoczą. Ambitnych fabuł lepiej chyba szukać gdzie indziej. Projektanci gier z nurtu Indie próbowali, rzecz jasna, różnych sposób na odejście od tradycyjnej formy zabawy, ale chyba żaden z tych eksperymentów nie przebił się na dłuższą metę do głównego, erpegowego nurtu. Także próby mariażu gier fabularnych z elementami gier planszowych nie odniosły sukcesu (D&D 4e, WFRP 3e). Czyżby więc tradycyjny kształt sesji RPG był najdoskonalszym, skazując jednak hobby na wegetację w gronie najbardziej zagorzałych pasjonatów?

Z kolei w przypadku dobrze zaprojektowanej planszówki, rola czynnika "towarzyskiego" nie musi być aż tak decydująca dla przebiegu spotkania. Przykładowo, takie Wysokie napięcie, czy Agricolę pokazywałem bardzo odmiennym osobom, także zupełnym nowicjuszom w zakresie współczesnych gier planszowych. Niemal "odpalenie" gier tego rodzaju kończyło się dużym sukcesem. Być może dlatego, że gry planszowe są po prostu "konkretne" i do ich ukończenia potrzebne jest spełnienie pewnego jasno określonego celu w ramach sprecyzowanego zestawu reguł. Co ciekawe, większe problemy rodziły natomiast planszówki kooperacyjne lub takie, w których dominował element negocjacyjny i możliwości działania po za określonymi ramami reguł (Gra o Tron, a nawet Osadnicy z Catanu). Nie zauważyłem z kolei, tak dużych kłopotów z negatywną interakcją, pod warunkiem, że wynikała ona ze specyfiki samej gry i mechaniki (np. Cytadela), a nie jakiś działań ubocznych w postaci zmowy graczy.

W tym momencie chciałbym wrócić do wspominanego na początku notki Travellera, ponieważ uważam tę grę za w pewien sposób wyróżniającą na tle mainstreamowych RPG-ów. Moim zdaniem, system ten wykorzystuje pewne rozwiązania, przybliżające nieco jego charakter do gier planszowych, nie tylko w zakresie samych rozwiązań mechanicznych, lecz przede wszystkim filozofii gry. Otóż grając/prowadząc Travellera możemy zautomatyzować wiele aspektów rozgrywki (w tym miejscu myślę przede wszystkim o edycjach wydawanych przez Mongoose Publishing). Generowane przez nas postacie będą posiadały dość konkretny rys i sprecyzowaną biografię i motywacje, stanowiące znakomity punkt zaczepienia dla kolejnych przygód. Rozmaite kwestie dotyczące podróży kosmicznych (w tym budowania statków) zostały opracowane w sposób bardzo szczegółowy i konkretny. Prowadzący otrzymuje gotowy zestaw narzędzi do tworzenia sylwetek potencjalnych patronów, zasady handlu i opracowywania poszczególnych sektorów i ogólnego charakteru poszczególnych planet. Posiadając dodatek Campaign Guide możemy nawet pokusić się o losowe generowanie wielu pobocznych elementów tła, na przykład tego wydarzeń politycznych a nawet tego, co postacie mogą obejrzeć w przyszłościowym odpowiedniku telewizji! Mimo dużej ilości szczegółowych zasad do opanowania, w Travellera można w dużej mierze rozgrywać w "out of box", po prostu improwizując jej przebieg w oparciu o zamieszczone narzędzia.

Czy w takim razie gry planszowe jako przystępniejsze są lepsze od fabularnych? Czy też może RPG stanowi wyższy, bardziej elitarny i wyrafinowany stopień "growego" wtajemniczenia niż "prymitywne" planszówki przeznaczone dla mas? Z jednej strony oba rodzaje hobby są na tyle odmienne i specyficzne, że właściwie trudno je obiektywnie porównać, z drugiej jednak - popularność gier planszowych wobec RPG nie bierze się znikąd i posiada pewne obiektywne przyczyny, o których pisałem powyżej. Wszak ostatni wielki boom na gry fabularne przypadł wraz z D20 na pierwsze lata poprzedniej dekady, a potem nastąpiło załamanie i równia pochyła. Czyli więc może remis, ale ze wskazaniem na planszówki? A może po prostu RPG stało się anachronicznym rodzajem hobby, oferując model rozrywki kiepsko dostosowany do tempa i sposobu życia większości ludzi XXI wieku, skazany na powrót do niszy, z której wyszło i stopniowe zapomnienie?

20 komentarzy:

Ojciec Kanonik pisze...

W połowie lat 80 też połknąłem bakcyla planszówek, ale po kilku latach miałem C-64 i automaty, więc planszówki nie były nigdy na pierwszym miejscu. Potem RPG, numer #1. Dziś wolę komputerówki (stare cRPG w stylu M&M I-VIII, TES I-II, cykl Wizardry czy roguelikes) od planszówek a RPG nadal od komputerówek ;)

Shockwave pisze...

Także próby mariażu gier fabularnych z elementami gier fabularnych nie odniosły sukcesu (D&D 4e, WFRP 3e).

Chyba chodziło o mariaż gier fabularnych i planszowych. Ponadto uważam, że nie do końca trafne jest określanie tych gier jako porażek. Żywotność edycji w tych czasach jest bardzo krótka, obie gry miały dość dużą liczbę dodatków (które się sprzedawały), WFRP3 miało chyba w tym roku dodruk podstawki, na fali trzeciego Młotka wydali Star Wars, które idą im bardzo dobrze. Sukces był.

Co do reszty, szczerze mówiąc wygląda to tak jakbyś po prostu miał okres fascynacji planszówkami, nic więcej. Trochę chyba myślisz z bardzo nad tym i wychodzą Ci dziwne ideologie. Te gry są inne, nie nazwałbym ich lepszymi z tych powodów. W które planszówki ludzie grają do dzisiaj? Jaka jest ich żywotność? Znasz jakieś grupy ludzi ciukające dzisiaj w Outdoor Survival? Nawet najstarsi grognardzi mówią wprost, że ta gra to był syf nikogo nie interesowała na serio, chodziło tylko o mapę heksową, plus motyw z płaceniem ruchami za przejście różnych terenów i to wszystko. Planszówki mają to do siebie, że czas rozgrywki jest zazwyczaj wyraźnie określony (znajdziesz takie na pół godziny, znajdziesz takie na osiem), cele są określone (nie trzeba kminić motywacji postaci), reguły gry są określone (ogół ludzi generalnie zawsze wybierze sztywne reguły ponad niejasnymi wskazówkami - spójrz na ostatnie 25 lat erpegów), sposób gry jest określony (a Jasiu chce hardkorowej horror-masakry, Tomuś głębokiej i delikatnej opowieści, Andrzejek twardej i szczegółowej symulacji - a Key jest bidnym frajer-MG, który to ma wszystko pogodzić).

Dlatego do planszówki zasiąść mogą całkowicie obcy ludzie i gra wypali, zaś w RPG masz niemal 100% pewności, że będzie porażka. To są też powody, dla których pojawiały się wszystkie te von Mansfeldy/Levarisy de Navarro, które próbowały wymusić na erpegach i erpegowcach takie same podejście do gry, jak w planszówkach - profilowanie, Rules As Written, System Does Matter, Play By The Book i inne pierdy z The Forge, które sobie powymyślali razem ze swoim guru Ronem Edwardsem. Wszyscy się z niego (Mansfelda) śmiali, ale to podejście ma dość wyraźne podstawy - żeby każdy hobbysta, z każdego zakątka ziemi mógł zasiąść gdziekolwiek do danej gry i oczekiwać tego samego. Jest to oczywiście sowieckie równanie do minimum, ale idee mieli piękne, co nie?

Key-Ghawr pisze...

@ Shockwave

Dzięki za wyłowienie oczywistego omsknięcia. Poprawione.

Planszówki są oczywiście tak różne, jak RPGi i nie każdemu dany gatunek lub mechanika podejdzie. Ja na przykład nie lubię gier imprezowych i nie pałam namiętnością do karcianek w każdej postaci. Z drugiej strony spotkania przy planszy, nawet z obcymi ludźmi mają to do siebie, że można wynegocjować zagranie w kilka gier różnego typu, tak że każdy może być mniej lub bardziej usatysfakcjonowany. Sztywność reguł gier planszowych ma też pewną zaletę - zmusza umysł do walki z ograniczeniami i próby wygrania w ramach zasad.

Co do Star Wars, to podejrzewam, że niezależnie od mechaniki, kluczową rolę w popularności produktu odegrał temat. Co do WFRP 3e, to kiedy system ten pierwotnie się ukazał, na anglojęzycznych forach polało się sporo żółci. Co do D&D 4e, to przyciągnęło dość specyficzny rodzaj graczy, o czym świadczy zresztą fakt, że sporo miłośników tej wersji systemu nie przesiadło się na D&D 5e.

Czy mam okres fascynacji planszówkami? - może i tak, choć przez lata grałem w nie na równi z RPGami, traktując jako zupełnie odmienne rodzaje hobby. Podejrzewam jednak, że to raczej okres pewnego rozczarowania tymi drugimi :) Oczywiście nie sądzę, żeby próby mariażu RPG z planszówkami na dłuższą metę wyszły na zdrowie tym pierwszym. Co do gier fabularnych, to ich otwartość jest mieczem obosiecznym, także i dlatego, że grać mogą nawet wtórni analfabeci ledwo potrafiący do dziesięciu zliczyć (wydziałem kiedyś kilka takich sesji, że aż zęby bolały), a sesje potrafią być dokładnie o niczym. Rzecz jasna, granica między przystępnością a prymitywizmem bywa cienka, ale podobnie jak i granica między wyrafinowaniem a dekadencją :)

Key-Ghawr pisze...

@ O.K.

Mnie akurat (po za jednym epizodem) gry komputerowe raczej nudzą. Dobrze skonstruowane pod względem mechanicznym planszówki potrafią samoczynnie napędzić napięcie podczas sesji. Zazwyczaj dzieje się tak, kiedy wszyscy gracze cierpią na deficyt zasobów i zmuszeni są o nie walczyć lub nie mogą wykonać wszystkich akcji, na które mieliby ochotę, a do zwycięstwa prowadzi więcej niż jedna droga. Oj, potrafi wtedy iskrzyć przy stole :)

Ojciec Kanonik pisze...

@Key
Nie neguję plansżówek jako takich, ale wolę siąść z nawet obcą osobą przy RPG (jak wiesz, różnie z tym bywa - zwykle nie za dobrze), niż próbować sprzedać po k6 godzinnym tłumaczeniu zasad Agricolę czy Gwiezdnego Kupca. A po jednokrotnej rozgrywce okazywało się, że większość ma to gdzieś i wolą szachy/scramble czy syf w postaci Monopoly. Planszówki rzadko u mnie wypalały, pewnie z tego powodu, że zawsze maiłem spory przemiał znajomych przy stole, zwykle spontanicznych i nastawionych, w sensie ludycznym, na szybki fun i kreację.

Komputerówki nie są nudne - zależy w co się gra ;)

Tajemniczy Pan C pisze...

Mnie w planszówkach podoba się to, że bez żalu można przerwać rozgrywkę w nie, bo nie wymagają specjalnego przygotowania. W RPG często jest poczucie straconego czasu wobec efektu, który okazał się mizerny, bo przecież nie każda sesja jest udana, a niezręcznie zaproponować przerwanie jej, kiedy coś się komuś nie klei mimo starań. Doświadczyłem takich odbębnionych do końca nudnych spotkań i założę się, że nie jestem jedynym. O ile nieudaną partię w planszówkę łatwo obrócić w żart, to sesję RPG, do której parę osób się zjechało, a przynajmniej jedna dodatkowo coś tam przygotowywała - już nie bardzo. Mogłoby to być dla kogoś na tyle przykre, że czasem niektóre sesje właśnie się odbębnia. Osobną sprawą są nieśmiertelne, głębokie i ważkie problemy RPG. W im więcej gdybologii obrosły, np. wymieniona przez Ciebie kwestia, czy grać ściśle według zasad czy nie, tym bardziej mnie zniechęciły właśnie jako gry.

Mam wrażenie, że RPG wymagają ode mnie już zbyt wiele i to tylko po to, by dobrze się pobawić. Były ciekawą przygodą, która trwała i tak o kilka lat za długo. Nie wykluczam, że do nich wrócę, ale też nic specjalnego mnie do nich nie ciągnie.

Do planszówek mam może nawet większą niechęć, ale że są one czymś lżejszym i mniej angażującym, to rezygnacja z nich jest mniej dostrzegalna, niż odejście od RPG. Nie trzeba na przykład się z tego tłumaczyć, natomiast z RPG już bardzo wielu tłumaczyło się, że przechodzi na emeryturę itd.

Ojciec Kanonik pisze...

Ano, "emerytura RPG" a później co k4 lat powracają sekundowo. Też mnie to drażni. RPG jest jak rower - raz się nauczyłeś, będziesz prowadził do usranej śmierci. Zwykłe lenistwo, inne priorytety, brak ludzi do gry - ok, rozumiem, sam tak mam. Ad ostatniego, jak mam mało ludzi, zawsze wyciągam 3LBB i karty postaci, zamiast tachać k4kg pudła z planszówką i pół alko-sabatu tracić na pieprzenie o regułach, których i tak nikt nie zapamięta. RPG > komputerówki > planszówki > bierki.

Key-Ghawr pisze...

@ O.K.

RPG rzeczywiście wygrywa z planszówkami pod względem "mobilności", ale tylko pod warunkiem, że nie gramy w systemy-kobyły z pierdylionem dodatków. Pamiętam z czasów licealnych jak tachałem przez miasto plecak z podstawką do AD&D plus boxa z setingiem.

Oczywiście, trzeba dbać o dobór gier dla danego towarzystwa. Jeśli jest ludyczne, to polecam proste karcianki z dużą interrakcją. U nas zawsze hitem w kategorii ludycznej była "Cytadela" - proste, krótkie lecz niebanalne zarazem. No i można wziąć do kieszeni. Niezłe są też "Fasolki". Jak towarzystwo przejdzie przez etap gier quisi-imprezowych, to będzie gotowe na coś cięższego kalibru.
.
Jam np. zupełnie inne doświadczenia towarzyskie. Zazwyczaj mamy znajomych, którzy oprócz picia i gadania lubią też wysiłek intelektualny, więc ekonomiczne eurogry wagi ciężkiej należą do stałego repertuaru. Za to RPGów wołami ich nie zaciągniesz (a że to zabawa o niczym, a że infantylne, a że trzeba gadać głupimi głosami).

A "Monopoly" to syf. I do tego nudny jak flaki z olejem. Pełna zgoda! A co do kwestii towarzyskich, to w miałem kiedyś znajomego, który nie potrafił skapować zasad gry w okręty...

Key-Ghawr pisze...

@ Pan C

No to mamy zbieżne odczucia co do RPG. Ja nie zamierzam odstawić gier fabularnych całkowicie, lecz znacznie ograniczyć swoje RPG-owe zainteresowania do 1-2 systemów. Padnie pewnie na Travellera oraz - z sentymentu - OD&D. Btw, właśnie dostałem nowiutką podstawkę do nowej wersji Travellera od Mongoose. Powiem, że po pierwszym czytaniu jest super (może z wyjątkiem ceny), ale wiedziałem z góry co kupuję i dlaczego.

Co do planszówek, to dość istotną kwestią jest zebranie odpowiedniej dla siebie kolekcji kilku-kilkunastu tytułów. Szukanie i eksperymentowanie bywa to dosyć kasożerne, ale z drugiej strony używane planszówki łatwo sprzedać w drugim obiegu. Ponadto w dużych miastach są wypożyczalnie gier, więc łatwo za nieduże pieniądze przetestować potencjalnie interesujące nas tytuły. Kiedyś kupowałem średnio 10 planszówek rocznie. Dzisiaj zazwyczaj 1-2, bo mam w kolekcji interesujące mnie tytuły oraz takie, o których wiem, że na pewno do nich wrócę.

Ojciec Kanonik pisze...

@Key
Pamiętam z czasów licealnych jak tachałem przez miasto plecak z podstawką do AD&D plus boxa z settingiem.

Faktycznie, to bolało ;)

A co do kwestii towarzyskich, to w miałem kiedyś znajomego, który nie potrafił skapować zasad gry w okręty...

I o tym napisałem. A co dopiero np. Agricola ;)

Przyzwyczajenia ludyczne są indywidualne, każdy ma przeróżna hierarchię gatunkową gier. Ważne, że nie porzuciłeś RPG całkowicie i nie wracasz co k4 lata z "erpegowej emerytury" :)

Key-Ghawr pisze...

Ad O.K.

RPG pewnie nie porzucę, choć raczej zejdą teraz na dużo dalszy plan. Zbyt dużo energii władowałem w to hobby, żeby definitywnie odpuścić. Choć moja druga złota era RGP-owania (2011-2014/2015) wyraźnie dobiegła końca. W subiektywnej hierarchii stawiam planszówki i RPG na równi, jednak z mocnym wskazaniem na te pierwsze. Po prostu gry fabularne wydają mi się obecnie zbyt hermetycznym rodzajem rozrywki, a na nieudane sesje z przypadkowymi ludźmi nie mam ochoty oraz szkoda mi na nie czasu. To już wolę dać sobie na wstrzymanie. Ale z Tobą zawsze chętnie usiądę do RPGów, z OD&D na czele, rzecz jasna :)

Shockwave pisze...

@Key

Co do Star Wars - szczerze to nie wiem czy chodzi o samą markę i temat. Wiem natomiast, że się sprzedaje i WFRP3 też o dziwo się jakoś sprzedawało. Nawet w te D&D 4 ludzie do dzisiaj gdzieś grają. Myślę, że FFG dobrze wiedziało o "szoku" w przypadku WFRP3 i gdy robili Edge of the Empire, to po prostu usunęli planszówkowe elementy. Poza dziwnymi kostkami gra się w to jak w każdego innego erpega. Myślałem, że przestaną na trzech podstawkach (EotE, AoR, FaD), ale ponoć mają niedługo cisnąć z The Force Awakens. Nie wydaje mi się żeby tu chodziło tylko o magiczną frazę "Star Wars", która na ślepo pochłonie masę ludzi. Po prostu eksperyment im się raczej udał. Dziwi mnie tylko, że masa ludzi tak łatwo dała się wciągnąć w stare pułapki znane jeszcze z czasów White Wolf.

We właściwym temacie, to ciekawe jest to, że RPG musi być chyba uprawiane w bardzo hermetycznych kręgach. Grupy z Lake Geneva i Minnesoty przecież były mocno ze sobą związane długimi znajomościami, bądź pokrewieństwem, widać było podległość wynikającą ze starszeństwa etc. Łatwiej było wprowadzić pewien kierunek, któremu większość się podporządkowywała. Dzisiaj ciężko z tym, bo wszyscy wiedzą więcej niż w latach 70', każden ma swoje gusta i zachcianki, ten lubi na ostro, a tamten chce zagadek - mnogość opcji działa na niekorzyść. Od dawna uważam, że najwięcej spustoszenia czyni pluralizm erpegowy, największe błogosławieństwo i przekleństwo tego hobby. Czasami ciężko znaleźć te k8 osób, które chciałyby tego samego. Teraz ja się z tym borykam, bo w grupie 5 osób i każda ciągnie w swoją stronę. Gdybym chciał odpalić najczystszego sandboksa i JebaćNiuSkul na 100%, to jedna osoba poszłaby w ciemno, dwie należałoby przekonywać w bólach, a ostatnia by spasowała, bo chce długich historii z głębokimi relacjami między postaciami i wielowątkowej fabuły. Na samą myśl, że postać mogłaby zginąć po 20 minutach sesji widać niechęć w oczach.

Zastanawia mnie ten strach przed RPG wśród ludzi grających w planszówki, karcianki, whateva. Zgadzam się z Twoją opinią, że pojawiają się głosy bo zabawa o niczym, a że infantylne, a że trzeba gadać głupimi głosami itp. Ludzie potrafią grać w planszówki o mocno odjechanej formule, ale nie są dla nich infantylne (a erpegi już są), brak skodyfikowanych tematów już sprawia, że RPG jest o niczym, bądź te dziwne pomysły, że trzeba się przebierać czy gadać śmiesznie. Tej niechęci nie rozumiem i nie potrafię sobie wytłumaczyć. Podobne to do sukcesu, jaki miało Nintendo ze swoim Wii. Masa osób spoza środowiska graczy weszła w to i tłumaczyła wszystkim, że przecież nie grają w infantylne i głupie gry dla dzieci - to jest nowy sposób na zdrowe spędzanie wolnego czasu, bo ruch i tego typu bzdury. Identycznie też jest z fantasy w literaturze, gdzie masa osób odrzuca temat tylko ze względu na to, że coś może być literaturą fantastyczną.

Key-Ghawr pisze...

@ Shockwave

Dzięki za ciekawy komentarz. Co do Star Wars nie będę się wypowiadał, bo nie jestem danem tego uniwersum i gier z nim związanych. Dawno temu miałem w ręku stareńką edycję WEG, ale to w zasadzie wszystko.

Rzeczywiście - kwestie towarzyskie i preferencje stylistyczne są w RPG chyba ważniejsze od samego systemu, w który się gra. Złożenie grupy z graczy, którzy pragną tego samego jest bardzo trudne i stanowi to istotnej wadzie RPG jako hobby. Natomiast siadając do planszówki każdy z graczy może realizować swoje osobiste cele nie psując zabawy innym: jeden nastawi się na wygraną i będzie optymalizował ruchy, drugi gra dla ogólnego klimatu gry, trzeci dla spotkania ze znajomymi, a czwarty aby po prostu poznać nową grę. Dlatego moje doświadczenia planszówkowe z przypadkowymi osobami były zawsze co najmniej dobre, wystarczyło tylko wynegocjować dobór gier et voilla.

Co do tematyki, to organiczne związanie RPG i fantastyki jest również wadą naszego hobby. Wielu ludzi nie lubi fantastyki, bo po prostu co ich obchodzi problem np. złego czarownika X podbijającego świat nieistniejący świat Y, albo herosa Ą mającego ocalić nieistniejący świat Ę, pokonując mrocznego władcę N. W moim środowisku to powszechne podejście do fantasy, natomiast, co ciekawe, SF (zwłaszcza w wersji Hard) znajduje pewne uznanie i nie jest traktowane za coś dziecinnego lecz raczej nietypowego ale potencjalnie interesującego. Moim zdaniem, żeby RPG mogło trafić do szerszego odbiorcy, musiało by w większym stopniu wykorzystywać współczesną tematykę, z elementami fantastycznymi orbitującymi gdzieś na marginesie (np. estetyka powieści sensacyjnych lub kryminału). Są i były oczywiście takie gry, ale adresowanie ich do przeciętnych RPG-owców preferujących miecze/czary/potwory nie wróży im wielkiego powodzenia.

Shockwave pisze...

@Key

Fantasy w jakimś tam stopniu jest jeszcze stygmatyzowane. Generalnie mało mnie to obchodzi, bo nie interesuje mnie co lubią/nie lubią obcy mi ludzie. Aczkolwiek wydaje mi się śmieszny nabożny gniew, czy pogarda jakiegoś klienta skierowane na kogoś czytającego jakiekolwiek fantasy. Przypomina mi się zasłyszana gdzieś historia o licealistach w pociągu i ich dyskusji na temat literatury. Jeden czytał Wiedźmina i zaczął zachwalać, na to drugi począł gościa jechać, że czyta takie infantylne pierdy dla dzieci (abstrahując od jakości wypocin Sapkowskiego). Ciekawe było to, że miłośnik Geralta ponoć miał się od razu wycofać do obrony i usprawiedliwiać ważnymi wątkami, realizmem, taką przyziemnością i przaśnością Sagi, że ta baśniowość i fantasy to tylko metafory prawdziwych problemów i w ogóle sratytaty. Identyczną sprawę widzę teraz przy Pieśni Lodu i Ognia - tyle, że cała masa ludzi czyta to i/lub ogląda. Zabawne jest jak przekonują siebie i wszystkich dookoła, że to takie prawie nie fantasy i w ogóle niemal powieść historyczna. Ale jak im zaproponujesz Howarda, Leibera, Lovecrafta to prychają z pogardą. Dlatego pisałem wcześniej o Wii i napływie osób spoza środowiska gamerów konsolowych, bo to IMO taka sama sytuacja.

W sprawie konwencji RPG będę tutaj "pesymistą" (bo też mnie to na dłuższą metę zwisa). Jak ktoś gada, że dla dzieci, elfiki i smoki, to go nawet Travellerem czy Cyberpunkiem jakimś nie przekonasz. Zabawny jest tylko narastający wkurw delikwenta, gdy pokazujesz, że można iść nawet w hard sf, postapo, near future, czy normalne światy historyczne. Nie rozumiem podstaw takich zachowań, ale ok - każdemu jego porno.

Key-Ghawr pisze...

@ Shockwave

Do Fantasy jest uprzedzonych wielu moich znajomych, z uwagi na pewne pokrewieństwo tego gatunku z rozmaitymi odmianami baśni. Znam jednak osoby, które nie posiadając wyrobionego zdania, po obejrzeniu np. LoTR, określiły tego rodzaju stylistykę jako infantylną, nudną, nieciekawą i nadającą się raczej dla dzieci niż dorosłych. Tak po prostu (choć spotkałem kiedyś osobę autentycznie zachwyconą kinowym "Wiedźminem" :) )
Co ciekawe jednak, niektórym kupowałem jako prezent powieści fantastyczne, wybierając zazwyczaj "Fundację" Asimova (pierwszy tom oryginalnego cyklu) i nie odmiennie słyszałem słowa zachwytu. Tego rodzaju fantastyka była przyjmowana nadzwyczaj dobrze przez miłośników literatury "mainstreamowej", być może z uwagi na pewną bliskość tematyce współczesnej oraz dominację bohaterów mocno zakorzenionych w społeczeństwie w miejsce aspołecznych awanturników z mieczem (lub blasterem) w ręku...
Co RPG, to na siłę do tego hobby nikogo nie przekonasz (choć są oczywiście wyjątki sceptyków nawróconych na gry fabularne). Z mojego doświadczenia, łatwiej zaszczepić tę pasję dzieciom i młodzieży niż dorosłym... Choć w dobie komputerów i wszechobecnego Internetu jest to coraz trudniejsze.





Oel pisze...

Nie będę się tu wypowiadał w kwestii "o wyższości świąt Wielkanocy nad świętami Bożego Narodzenia", choć może miałbym ochotę. Wtrącę się tylko do poruszonych przez Autora kwestii praktycznych. O tym, że w ergpegi ciężko zagrać z marszu i że jest to zabawa dla wąskiego środowiska. Otóż, m.in. dzięki Inspiracjom, w tym np. takim świetnym wpisom, jak: http://bialylew.blogspot.com/2015/08/spotkania-losowe-jako-narzedzie-sesji.html, udało mi się osiągnąć wreszcie stan, w którym to RPG jest bardziej "low-prep" od niemal wszystkich planszówek, jakie mam na półce. Jeśli mam chętnych, jesteśmy w stanie siąść do stołu niemal w każdym momencie, pograć przez pół godziny i nie mieć poczucia zmarnowanego czasu. Stworzyć świetną opowieść, do której będziemy często wracać z satysfakcją, albo porzucać kostkami bez jakiejkolwiek wczuwy i bez odgrywania postaci. Mam w tym momencie masę planszówek, w które bym chętnie pograł, ale nie ma z kim... Co byśmy nie robili - i w jakiej bym nie był formie - po każdej sesji jest poczucie, że odkryliśmy kawałek świata i historia poszła do przodu. Fantastyczna zabawa, choć infantylna rzecz jasna. Jak większość zabaw poza chlaniem i sexem, jakie znam.

Siedzenie nad kolorowymi klockami, wyliczanie swoich sił i szans, opracowywanie strategii, jak mam zagrać kolejną lakierowaną kartą z wizerunkiem owieczki na środku też jest infantylne. Lem też kiedyś przestał pisać SF, jak stwierdził, że beletrystyka to dziecinada i teraz zajmie się futurologią. I miał rację. A potem w jednym z felietonów w Tygodniku Powszechnym pisał z rozrzewnieniem, jak to kiedyś dzieci się mądrze bawiły, rozwijając swoją wyobraźnię w zabawach, które same musiały sobie wymyślić, albo przy użyciu zabawek, które same musiały sobie skonstruować (jak patyk i fajerka).

Shockwave pisze...

@Key

Hej, a teraz coś z zupełnie innej beczki. Będzie krótko - Mongoose Traveller 2. Cena boli. Brak czarnej okładki i paściarskie, współczesne, kolorowe ilustracje też bolą. Wiem, że masz i orientujesz się. Czytałem recenzje i opisy, ale nie ufam współczesnym hobbystom i ich gustom. Warto? Jest dobrze? Lepiej zostać przy pierwszej wersji? Napisałbyś grubą notkę na ten temat, najlepiej na wczoraj. ;D

Key-Ghawr pisze...

@ Oel

Dzięki za ten komentarz. Przypadkiem uruchomiłeś pewną sekwencję myślową, która skłoniła mnie do trochę innego spojrzenia na problem.

Dla mnie low-prep w RPG to bardzo ważna rzecz (dlatego preferuję sandboxa), ale jednak nie wszystko. Może tylko ja tak mam, ale kiedy prowadzę, muszę czuć się maksymalnie zaangażowany. Jeśli będę to robił "na odwal się", moi gracze od razu to wyczują i atmosfera sesji siądzie. Nie chodzi mi w tym miejscu o żadną "emo-narrację" tylko po prostu o utrzymanie odpowiedniego tempa wydarzeń i panowanie nad kampanią. Trudno mi to osiągnąć, kiedy nie prowadzę regularnie (co najmniej raz na 2 tygodnie) - zapominam wydarzenia (a pamiętników prowadzić nie lubię) i tracę zaangażowanie motywację do gry. Drugim problemem jest natłok problemów zawodowych, przez które często trudno mi jest się skupić na RPG, a jeśli już to zrobię, to zaczyna przez to cierpieć moja praca (taka specyfika zawodu - długoterminowe projekty). Planszówkę łatwiej jednak wyciągnąć, zagrać (nawet w kobyłę pokroju Twilight Imperium), przeżyć kilka udanych godzin zabawy, a następnie schować na półkę, niż angażować się w długą kampanię. Może właśnie w tym leży mój problem. Niedługo planuję odpalić nową kampanię w Travellera i postaram się wymyślić jakiś sposób na samoczynne napędzanie kampanii, nie ograniczające się tylko do symulacji bliskiego otoczenia graczy (a właściwie gracza :) ).

Co do poczucia infantylności, to już kwestia gustu i kontekstu społecznego pewnych zachować. Dla większości znanych mi dorosłych, RPG z uwagi na otwarte odrywanie ról zbytnio kojarzy się z dziecięcą zabawą w policjantów i złodziei. Zresztą sam obserwowałem kiedyś sporo różnych sesji i z boku większość wyglądała niezbyt zachęcająco. Podejrzewam, że prowadzone przeze mnie również odstraszyłyby obserwatorów, zwłaszcza nie będących RPG-owcami :)

W kwestii Lema, to cenię jego twórczość przede wszystkim za pozycje futorologiczne, natomiast w powieściach czy opowiadaniach w ogóle nie przemawia do mnie jego styl - jest dla mnie zbyt dziwaczny i mało komunikatywny. Być może dlatego, że nie każdy rodzaj groteski do mnie przemawia. Ale to już moja osobista opinia.

Key-Ghawr pisze...

@ Shockwave

Zamierzam napisać recenzję nowego Travellera. Postaram się to zrobić jak najszybciej, ale muszę znaleźć fizycznie czas, aby to uczynić. Przyszły tydzień jest w miarę realnym terminem. Tak na szybko: cena rzeczywiście zaporowa, zwłaszcza przy obecnych kursach walut. Z ilustracjami nie jest aż tak źle, jak np. w D&D 3x czy Pathfinderze. Ogólnych obrazków jest w ogóle znacznie mniej niż poprzedniej edycji (chyba ok. 20 w tym ze 3 duże) - całą reszta to precyzyjne ilustracje sprzętu, pojazdów i statków oraz kilku przykładowych stworków. Mnie aż tak nie razi, jestem w stanie przeżyć. Żałuję tak naprawdę klasycznej, czarnej okładki. Aha, znacznie lepsza wytrzymałość tej ostatniej - w pierwszej edycji Mongoose bardzo szybko się posypała i zaczęła rozwarstwiać.

Mechanika jest w wielu aspektach bardziej grywalna i szybsza. Zdecydowanie na plus rysują się nowe zasady dotyczące walk statków kosmicznych i sposobu obliczania energii. Brakuje kilku niewielkich rzeczy (np. cen dronów i komputerów pokładowych), ale jestem w stanie się bez tego obejść, tak jak bez zasad budowania okrętów, których i tak nie używałem. Podsumowując, jestem zadowolony z zakupu.

Tyle na krótko, konkrety w przyszłej notce :)

Oel pisze...

@Key
Dokładnie wiem, o czym piszesz. Też czasami muszę odstawić erpegi, jak czuję, że są dla mnie zbyt angażujące. Ich największy problem, to że są po prostu zbyt fajne :) Ale jest to też wielka przewaga gier stołowych (w tym planszówek), że można je w każdej chwili odstawić na półkę. Z komputerowymi nie jest już tak łatwo. Wystarczy, że siądziesz przed kompem i że nikt przez chwilę nie widzi, co robisz... W planszówki czy RPG grasz z ludźmi (którzy cię widzą i oceniają) i jest jednak mniejsza szansa, że wciągniesz się bardziej, niżbyś chciał.

Ogólnie, nie jest to aż tak ważne, w co się bawisz. Powili zaczyna to mieć znaczenie, że jesteś to w stanie robić z kimś. Obserwuję środowisko piszące o erpegach w naszym kraju i nieraz zastanawiam się, czy niektórzy z tych ludzi mają jeszcze czas na granie
(nie mówiąc o normalnym życiu), czy tylko siedzą przy smartfonach/komputerach. Nie oceniam, tylko wydaje mi się to smutne, jak ktoś by w coś pogierzył, lubi to, zna się na tym, poświęca temu ostatecznie mnóstwo czasu, a nie ma z kim i kiedy grać.

Co do LEMa (jakby to napisał P.K.Dick :), pełna zgoda.