11 lipca 2016

Pustkowie Piktów - Tajemnicza Rzeka

Trzydziesty piąty odcinek i powrót do opowieści o losach innej drużyny Awanturników. W skromnym składzie, będąc na krawędzi nędzy, postanawiają udać się w piktyjską Dzicz. Trafia się im intratny kontrakt kartograficzny. Wyprawa, po licznych perypetiach i rozważnej taktyce grupy, kończy się...

Malwina (AŁ) – b. piratka rzeczna (F-W 1)
Cedrik (RL) – b. cyngiel mafii (F-M 1)
Baltazar „Czarny rycerz” (MT) – ciężkozbrojny weteran (F-M 1)

NPC
Ignacy – siepacz (N-M)


Zubożali śmiałkowie przez ładnych kilka tygodni parali się przyziemnymi zadaniami, aby zarobić na bułkę. Musieli też sprzedać wszystkie zapasowe sztuki uzbrojenia. Wreszcie udało im się wzbogacić na tyle, że starczyło na żelazne racje i opłacenie najmity. Dowiedzieli się o zapłacie za skartowanie terenów wzdłuż drugiej dużej rzeki, odkrytej (przez nich zresztą) kilkadziesiąt km na zachód. Postanowili podjąć się tego zadania.

Ruszyli. Kilka dni wędrowali przez puszczę. Upał spowalniał ich marsz. Raz wypatrzyli tygrysa szablastozębnego, wylegującego się na polanie, ale wycofali się chyłkiem. Innym razem odkryli na polanie krąg utworzony przez 11 menhirów. Zbadali miejsce, ale nie odkryli niczego. Zgubili drogę, ale po 1 dniu złapali orientację w terenie, docierając do znanego już sobie miejsca. Nie ma tego złego – spotkali grupkę 4 zwiadowców cymmeryjskich, którzy zapuścili się na tereny Piktów. Cymmeryjczycy nie znali hyboryjskiego, a nikt z kompanów nie znał cymmeryjskiego. Szczęśliwie Baltazar mówił po piktyjsku, podobnie jak przywódca barbarzyńców – Malkolm. Prędko się dogadali. Cymmeryjczycy zgodzili się dołączyć do grupy!

Ruszyli w dalszą drogę. W nocy coś zaszeleściło w krzakach i wypadł z nich wielki wij! Malwina wrzaskiem zbudziła resztę i skoczyła na robaka. Po krótkim starciu wij został zasieczony, szczęśliwie bez strat. O świcie ruszyli dalej, docierając do rzeki. Następny dzień poświęcili na budowę tratwy, rąbiąc drzewa i wiążąc je linami. Cedrik poszedł się odlać, gdy wtem usłyszał wesołe podśpiewywanie. Ostrożnie podkradł się i wyjrzał zza krzaków. Nad rzeką dostrzegł prymitywny szałas, przy którym kręcił się czarnoskóry facet, łowiąc ryby dzidą. Cedrik wrócił do reszty – domyślono się, że to zbiegły niewolnik Bambo. Postanowili z nim pogadać. Zapewnili, że nie mają wrogich zamiarów i nie mają zamiaru zwrócić go jego byłemu panu. Przeciwnie – zaproponowali dołączenie do kompanii, na co Kushyta przystał.

Zanim jednak ruszyli w dalszą drogę, musieli odpocząć – mijał już tydzień ich wędrówki.

Popłynęli 15 mil w górę rzeki, zeszli na ląd i rozpoczęli badania. Następne kilka dni poświęcili na zmapowanie tych obszarów, systematycznie badając teren i podpływając tratwą w dół rzeki. Żywność kończyła się, ale Bambo miał sieci rybackie, dzięki czemu mieli świeże jadło i mogli zaoszczędzić żelazne racje.

Odkryto kamienną, wyschniętą studnię, w której wypatrzono – w blasku rzuconej pochodni – 2 szkielety, jakby splecione w uścisku. Nie chcieli jednak opuszczać się na dno szybu.

Wypatrzyli jeszcze jednego wija, ale postanowili go ominąć. Jednej nocy coś sunęło w krzakach. Malwina cisnęła żagwią z ogniska – w blasku zobaczyła znikającego w buszu wielkiego węża. Następnego dnia potwór powrócił, wypełzł z lasu i zaatakował grupę. Runęli na niego, zarąbując w krótkiej, acz morderczej walce – niestety, sploty węża zmiażdżyły 2 Cymmeryjczyków. Zapalono pogrzebowy stos i pożegnano barbarzyńców.

Wreszcie zmapowano obszary i powrócono w pobliże chatki Bambo. Wtem z krzaków wypadło 7 włochatych, potężnie zbudowanych małpoludów, wymachujących prymitywnymi maczugami. Jaskiniowcy-kanibale! Cymmeryjczycy rzucili się na nich z wrzaskiem, a Bambo dał dyla. Śmiałkowie skoczyli do walki. Prędko zarąbano 4 jaskiniowców, a reszta zwiała. Nikt z drużyny nie zginął, ale oberwał Cedrik i jeden z Cymmeryjczyków.

Awanturnicy prędko odnaleźli spanikowanego Kushytę. Postanowili wracać do fortu. Zapewnili Bambo, że nie zdradzą jego kryjówki władzom. Podarowali mu tratwę, w zamian dostając trochę ryb na drogę.

Ruszyli z powrotem. Musieli jednak odpocząć, mijał drugi tydzień ich wyprawy. Rozpętała się burza z piorunami, ale szczęśliwie nikt nie ucierpiał. Powlekli się w stronę fortu. Musieli nadłożyć drogi, bo zapłonęła puszcza przed nimi. Obchodząc pożar, natknęli się na wielkiego, trzymetrowego małpoluda – niewykluczone, że tego samego, który zatłukł poprzednich kompanów Malwiny. Z rykiem rzucił się na śmiałków. Udało się go zarąbać, ale maczuga potwora roztrzaskała czaszkę jednego z Cymmeryjczyków, a najmita Ignacy został ciśnięty o drzewo i złamał kręgosłup. Zapalono im stos pogrzebowy i rozejrzano się po okolicy – niestety, nie było tu nigdzie leża bestii (Malwina liczyła na odzyskanie banknotów po poległych towarzyszach).

Ruszyli dalej. Natknęli się na grupę 6 pigmejów – małych, wymazanych gliną ludków w przepaskach biodrowych, kościanymi ozdobami w nosach, powybijanymi zębami i z prymitywną bronią (w tym bumerangami). Porozumiano się na migi – obie grupy poszły w swoją stronę).

Do końca wędrówki nic się już nie wydarzyło, poza tym, że zabrakło już żywności, co odbiło się na zdrowiu śmiałków.

Wreszcie po 17 dniach wędrowania dotarli do fortu Novum Castrum III, za resztki pieniędzy kupili jedzenie i wyprawili się do Scandavii z mapami. Zarobili niezłą sumkę. Tymczasem w mieście pojawiła się zaraza! Cedrik oparł się chorobie, Malwina i Baltazar znieśli to nieco gorzej, ale nie umarli.

Malkolm postanowił wracać do Cymmerii – grupa zaoferowała się towarzyszyć mu przynajmniej przez jakiś czas i odprowadzić w miejsce upadku meteorytu, o czym barbarzyńca wiedział podejrzanie dużo....

Brak komentarzy: