5 marca 2017

[OD&D] Whitelion – Złe Słońca

Uwaga! Odcinek specjalny! Zebranie całej redakcji Inspiracji zaowocowało wspólną sesją. To mój pierwszy raport i zarazem pierwsza staroszkolna sesja z punktu widzenia gracza. Sędziował Ojciec Kanonik. Bawiłem się naprawdę przednio i mam nadzieję na rychłą kontynuację naszej przygody. Enjoy!


Wystąpili:
Adept Caremus (Key-Ghawr) — ksiądz z Astrae
C 2, STR 4, INT 8, WIS 16, DEX 4, CON 15, CHA 8

Weteran Rodryg "Ogier" (Robert) — barbarzyńca z Równin Koni
F-M 1, STR 13, INT 11, WIS 10, DEX 12, CON 3, CHA 15

Na Równinach Koni pojawił się wielki sześcian. Stał jak gdyby nigdy nic w miejscu, w którym wznosił się ongiś gród klanu Jelenia. Wysoki na około 20 metrów, z jednolitego szarego kamienia, z jednym tylko otworem drzwiowym, z którego jednak ziała bezdenna ciemność. Wokół bryły zebrał się tłum barbarzyńców z okolicznych plemion. Wielu śmiałków zapuściło się do środka, ale nikt nie powrócił. Z czasem przybyli także mędrcy z Astrae. Miotali w budowlę kulami ognia, ale bez efektu.

Między barbarzyńcami znalazł się niejaki Rodryg. Powrócił właśnie z wyprawy i stał z rozdziawioną gębą, nie do końca rozumiejąc, co się stało i gdzie jest jego rodzinny gród. Wtem dostrzegł, jak przez tłum odzianych w skóry barbarzyńców przeciska się trzech zbrojnych, torując drogę dla kapłana. Był to Caremus, wysłany przez Kościół Wenusjańsko-Katolicki z Astrae w celu zbadania tajemniczej konstrukcji.

Ksiądz wygłosił kazanie, wzywając zebranych do udziału w świętej misji. Z tłumu wystąpił nie kto inny jak Rodryg. Huknął na swoich pobratymców, pięciu posłuchało wezwania. Po chwili grupka, ciągnąc za sobą muła, wkroczyła w ciemny korytarz…

… z którego wyszła w rzadkim lesie. Rozejrzeli się zdezorientowani. Był pochmurny dzień, ptaki śpiewały. Co się stało? Gdzie jest gród? Obejrzeli się — za nimi wznosił się szary mur, ginący w obłokach. Żadnego śladu po wejściu. Za chmurami świeciły dwa ciała niebieskie…

Rozproszyli się po niewielkiej polance i zbadali okolicę. Prędko odkryli w północno-wschodnim jej krańcu wydeptaną ścieżkę. Wydawało się, że wszyscy szli w tym kierunku, z nielicznymi tropami zbaczającymi w las i urywającymi się prędko.

Co było robić? Ruszyli po śladach. Las wydawał się najzupełniej normalny. Po jakimś czasie na ścieżce dostrzegli coś dziwnego. Jakiś migający wzorek unosił się w powietrzu w odległości 50 kroków. Co gorsza gdy cofnęli się, wzorek popłynął za nimi. Barbarzyńcy mieli łuki na podorędziu, ale Caremus wydobył krzyż i ruszył dzielnie naprzód. Rodryg pobiegł za nim, chcąc go powstrzymać. Chwycił za ramię i obrócił… kobietę. Blondynka, duże cycki, bikini z plecionki kolczej… Wzorek się rozwiał.

Jurny Rodryg natychmiast chwycił blondynę za biodra i gwałtownie przyciągnął do siebie. Niewiasta poczęła się wyrywać, twierdząc, że jest… Caremusem! I faktycznie — gdyby duchowny miał siostrę, to mogłaby tak wyglądać. Co jest, do diabła? Pachołkowie zbaranieli, dłuższą chwilę zajęło wytłumaczenie, że kapłan padł ofiarą czarnej magii i został przeklęty, ale to cały czas on. Wreszcie ruszyli dalej.

Było po południu (wciąż utrzymywała się pochmurna pogoda), gdy za zakrętem ujrzeli rzekę. Przez ciek przerzucony był kamienny most, a wzdłuż drogi rozciągała się niewielka wioseczka, może 10 drewnianych, krytych strzechą chat. Kręcili się tam jacyś ludzie.

Drużyna nie została zauważona. Postanowiono wycofać się, Rodryg wlazł na drzewo i zlustrował okolicę. Dostrzegł las i meandrującą rzekę, ale poza tym żadnych cech charakterystycznych. W wiosce nie było żadnego wyróżniającego się budynku, tylko kilka poletek pod lasem. Mogło mieszkać tam kilkadziesiąt osób. Co ciekawe, raz po raz pracujący wieśniacy spoglądali bojaźliwie na niebo. Wyglądało też na to, że wydeptany szlak omijał osadę, zmierzając wzdłuż rzeki w kierunku północno-wschodnim. Droga zresztą urywała się zaraz za mostem.

Postanowili wejść do wioski. Przedtem Caremus ucharakteryzował się na mężczyznę, strojąc w bogate szaty, wypychając brzuch i smarując twarz błotem. Ściął również włosy.

Wmaszerowali do sioła ku zdziwieniu mieszkańców. Caremus zagadał z miejscowym przywódcą imieniem Gerwazy. Okazało się, że wieś zowie się Wodoluby. Wieśnaicy byli katolikami i koso spoglądali na towarzyszących Caremusowi barbarzyńców z Równin Koni. Gerwazy zażądał, by odmówili „Ojcze nasz”. Szczęśliwie Rodryg, choć poganin, spędził wiele czasu na pograniczu i poznał trochę zwyczajów astryjskich. Padł na kolana i odmówił modlitwę, co rozwiało wątpliwości. Tubylcy ostrzegli śmiałków przed słońcami, które są złe i zabijają żywe istoty. Przyprowadzono niejakiego Józka, który raz zamarudził na polu i został poparzony. Jego skórę pokrywały ohydne bąble. Duchowny uzdrowił wieśniaka, co wyraźnie spodobało się miejscowym.

Rodryg zagadał ze staruchem Wojtkiem, wypytując o innych przybyszy, a w szczególności o barbarzyńców takich jak on. Dowiedział się, że faktycznie jacyś byli, ale w większości ruszyli wzdłuż rzeki do karczmy. Z kolei w lesie na północnym zachodzie znajduje się jakieś magiczne kowadło, które powoduje, że kosy są ostrzejsze. Do kowadła ponoć przybywają elfy i potwory, ale nie bardzo było wiadomo, jak te istoty wyglądają.

I jeszcze jedna informacja, która zmroziła barbarzyńcę. Dziadyga Wojtek wygadał się, że mieszkańcy Wodolubów mają swój sposób na przebłaganie Boga, by zesłał dobrą pogodę (czyli chmury). Jedzą ludzkie mięso. Rodryg robił dobrą minę do złej gry, ale prędko zdecydowali wraz z Caremusem, aby spierdalać z wioski jak najprędzej.

Powiadomili Gerwazego, że chcą odwiedzić czarodziejskie kowadło. Dostali przewodnika, wyrostka imieniem Semko. Ruszyli w las. Gdy oddalili się na bezpieczną odległość, Semko został ogłuszony i przywiązany do drzewa. Caremus rozrzucił trochę kulek z gazem usypiającym i wbił w ziemię złote berło. Potem ukryli się w krzakach z łukami na podorędziu. W samą porę — z wioski już nadchodził Gerwazy i kilkunastu byczków z kosami i widłami.

Wieśniacy podejrzliwie zbliżyli się do Semki, kilku pochyliło się nad kulkami, Gerwazego zaciekawiło berło. Wtem! Kulki eksplodowały, paru osunęło się otumanionych gazem, a z krzaków nadleciały strzały, kładąc trupem Gerwazego i wszystkich pozostałych.

Śmiałkowie wypadli na polanę. Caremus polecił dorżnąć śpiących, ale zostawiono dwóch jeńców, których przywiązano do drzewa obok Semki. Duchowny planował spalić kanibali na stosie. Rodryg szybko przesłuchał więźniów, ale niczego nowego się już nie dowiedział. „Słońca są złe, one nas palą” bełkotali. Barbarzyńca uznał, że nie ma czasu na stosy (ściemniało się już) i poderżnął jeńcom gardła. Znalezione przy trupach drobniaki rozdano między przybocznych.

Zapalili pochodnie i ruszyli przez noc w kierunku, w którym miało się znajdować zaklęte kowadło. I faktycznie, koło północy dotarli na polanę. Używając obuchów toporów jak młotów, poczęto kuć miecze i groty strzał. Przekuta na kowadle broń emanowała jakąś mocą. Caremus, który miał tylko drewnianą pałkę, próbował przekuć złote berło, ale rozpadło się na milion drzazg. Po robocie rozbili obóz w krzakach i zanocowali.

Rano zdecydowano, aby wrócić do wioski, a następnie ruszyć wzdłuż rzeki do karczmy. Pojawił się pomysł spacyfikowania i spalenia Wodolubów jako heretyków, ale zostały tam prawie same kobiety, dzieci i starcy. Ostatecznie postanowiono zostawić kanibali w spokoju.

Drużyna przemaszerowała przez wieś jak gdyby nigdy nic, a następnie ruszyła na północny wschód. Nic godnego uwagi się nie wydarzyło, było już pod wieczór, gdy dotarli do karczmy Lua Bar — jak głosił odczytany przez duchownego szyld (barbarzyńcy nie potrafią czytać). Caremus i Rodryg polecili przybocznym zaczekać i weszli do środka. W karczmie było sporo osób, większość miała brody i długie włosy, czyli tak jak barbarzyńcy z Równin Koni, byli jednak zupełnie inaczej ubrani, a za paskami mieli jakieś dziwne metalowe przedmioty.

Awanturnicy pogadali z brodatym karczmarzem w okularach i koszulce z napisem Motörhead, sypiąc nieco złotem i popijając mocny jak diabli alkohol. Dostali też trochę dziwnych ziółek. Okazało się, że w karczmie było już trochę dziwnych przybyszów, ale wszyscy ruszyli dalej wzdłuż rzeki, w stronę mostu, gdzie mieszka Troll. Szynkarz wspomniał też o możliwości użyczenia specjalnych rumaków o nazwie Haar-ley…


CDN

12 komentarzy:

Ojciec Kanonik pisze...

Był to wariant Niebieskiego Pawilonu (kiedyś to opisałem na blogu). Mieliśmy mało czasu i trzeba było szybko przejść do "jesteście tu - co robicie?". Sesja full dialogów, kombinowania i ogólnego komizmu, w miarę szybko im to poszło. 90% rzeczy losowana.

Dzięki za sesję :)

Robert pisze...

Raport nie do końca oddaje przebieg, właśnie z uwagi na brak dialogów. "Marsjan też wpierdalamy" itd. Na przyszłość muszę więcej notować. Rozważałem narrację w pierwszej osobie, ale mam 3 HP xD Ważna informacja techniczna - sesja trwała kilka godzin (jakieś 3-4), a kostkami rzucałem tylko na etapie tworzenia postaci.

metyl pisze...

Faktycznie, wygląda na przednią zabawę!
@Robert, zdaje się że mam kilka zapisów naszych sesji w formie słuchowiska. Zawsze możecie nagrywać na dyktafon w telefonie :) pozdrawiam Jacek

van pisze...

Nareszczie zobaczyłem działanie słynnych whiteliońskich Glifów - coś pięknego :-)

Ojciec Kanonik pisze...

@van
Zgadza się, Key niepotrzebnie zaszarżował ;)

Key-Ghawr pisze...

@ O.K.

E tam, było wesoło. A poza tym jestem mega pakerem - moja postać ma aż 16 HP, a do tego jest kapłanem-świrem. Postanowiłem wziąć to klatę :)

Dzięki za sesję. Dzielny Rodryk miał szczęście, że nie dostał kulką gazową w twarz za obmacywanie duchownego :)

Robert pisze...

@van
O.K. opisał to (graczom, nie postaciom - to ważna różnica) jako obraz wyświetlany za pomocą projektora, a konkretniej - wzory matematyczne.

@Key
Co chcesz, prosty chłopak ze wsi, jak zobaczył blondynę, to zapomniał o całym świecie ;) z tym gazem lepiej uważać, przy mojej CON jeszcze się zaczadzę xD

Ojciec Kanonik pisze...

Ten gaz to by go pewnie zadusił z CON 3 ;) Ja spieprzyłem, bo nie notowałem humorystycznych tekstów / dialogów, ale kij tam.

van pisze...

@ Robert, O.K. , Key-Ghawr
Bardzo mi się to podoba. Opis podany tak, by gracze wczuli się w rolę. Obraz rzucany z projektora nikogo nie dziwi ale przed wzorami matematycznymi normalni ludzie uciekają w popłochu ( a przynajmniej czują dreszcz niepokoju, co powinno dać do myślenia) ;) Fajnie, że wylosował się najzabawniejszy wynik. Ofierze, Uwiedzionemu oraz Sędziemu gratuluję szczęścia na kostkach i udanej zabawy :)

Ojciec Kanonik pisze...

@van
No nie było aż tak zabawnego efektu. Wolałbym zobaczyć Pająka (w sensie Caremusa) jak wybucha kolorami tęczy zabijając wszystko napalmem w promieniu kilometra, ale ok ;)

Robert pisze...

Gdy tylko opisałeś fenomen, Rodryk czuł, że to jakieś diabelstwo i lepiej trzymać się z dala. Jak u Howarda - włos zjeżył się na karku barbarzyńcy.

I tak byłeś wyrozumiały z pogodą, równie dobrze mogliśmy tam wejść w samo południe. Caremus pewnie by przeżył, Rodryk (CON 3, HP 3) - mało prawdopodobne...

Ojciec Kanonik pisze...

Na wstępie stwierdziłem, sam słyszałeś "a nie, nie ma upału, pochmurno jest" - normalnie byłby rozpierdol, ale nie byłoby funu ;) Teraz wiecie co i jak, w razie zmiany pogody. CHYBA przez kolejne 2 dni powinno być ok, zobaczymy co na to Wyrocznia.