25 marca 2017

[OD&D] Whitelion – Zgroza na wysypisku

Dwójka Śmiałków walczy o przetrwanie w Błękitnych Pawilonach. Oprócz "złych słońc, które palą" czyhają na nich trolle, ghule, skrzydlate małpy i inne, jeszcze gorsze niebezpieczeństwa. Zapraszam do lektury!




 

Adept Caremus (Key-Ghawr) – ksiądz z Astrae
C 2, STR 4, INT 8, WIS 16, DEX 4, CON 15, CHA 8
HP: 16, AC: 5; wymodlone: cure light wounds

Weteran Rodryg "Ogier" (Robert) – barbarzyńca z Równin Koni
F–M 1, STR 13, INT 11, WIS 10, DEX 12, CON 3, CHA 15
HP: 3, AC: 7

Bernard

Najmici Caremusa
HP: 1, 4, 4; AC: 4
Najmici Rodryga
HP: 2, 3, 4, 5; AC: 6  

Awanturnicy przenocowali w karczmie. Nad ranem okazało się, że dziwnych jeźdźców na stalowych rumakach (pochodzili z Radomia, jak stwierdził gospodarz) już nie ma – odjechali na południe. Caremus i Rodryg podpytali jeszcze karczmarza o most, trolla i ogólnie o okolicę. Dowiedzieli się, że gdzieś w lasach mieszka jakaś Chichocząca Wiedźma, postać raczej złowroga i lepiej się jej wystrzegać. Przestrzegł ich, że bandy opętanych przez nią kochanków krążą po lasach i mordują podróżnych. Można ich poznać po tatuażach lub wizerunkach na zbrojach w kształcie czerwonej gęby staruchy. W okolicach znajduje się wiele ruin i opuszczonych osad.

Szczęśliwie utrzymywała się pochmurna pogoda, dwa "złe słońca" nie czyniły im zatem krzywdy. Ruszyli na północny wschód, w stronę mostu. Po drodze Caremus wymyślił plan, jak pozbyć się trolla. Wysłano na polowanie kilku przybocznych. Ustrzelili kilka saren, z których jedną kapłan wypchał kulkami z usypiającym gazem. Załadowali zwierzę na muła. W czasie przygotowań z krzaków wylazł... troll. Jednak z opisu był to mniejszy osobnik, o niebieskiej skórze. Szukał jakiegoś hobbita. Śmiałkowie uprzejmie odpowiedzieli, że żadnego hobbita tu nie było, po czym troll się oddalił. Nim doszło do spotkania z trollem mostowym, z lasu spłynęła błękitna mgła, ale wszyscy zdołali się bezpiecznie wycofać.

RODRYG: Musimy gdzieś schować resztę saren...
REF: Gdzie?
RODRYG: W kieszonkach!

Dotarli wreszcie na skraj polany, skąd dochodził już szum rzeki. Wyjrzeli ostrożnie. Trolla nie było. Za to był kamienny most, tyle że zawalony. Brzegi rzeki były w tym miejscu wysokie, tworząc klif. Nie dało rady przeprawić się inaczej, przynajmniej nie w tym miejscu. Naradzali się dłuższą chwilę, gdy wtem wielki, chudy, paskudny potwór z długaśnym nosem i dredami wylazł z lasu, taszcząc łopatę zrobioną z drzewa i napierśnika, którą następnie schował gdzieś pod mostem.

Awanturnicy wysłali parlamentariuszy, którzy zatargali sarnę na polanę i wycofali się. Rodryg postąpił naprzód i rozpoczął paktowanie, gdyż okazało się, że troll zna wspólny. Potwór wyjawił to i owo. Słyszał o Chichoczącej Wiedźmie, ale nie wie, gdzie mieszka. Widział motocyklistów z Radomia, ale odjechali w stronę karczmy. Co najciekawsze, w okolicy odkrył jakieś ruiny, w których podobno jest wiele skarbów, ale jest za duży, aby wleźć do dziury. Barbarzyńca dobił targu z trollem, że ujawni lokalizację, a śmiałkowie zapuszczą się w loch – nagrodą oczywiście podzielą się.

RODRYG: Trollu, jest tu gdzieś bród?
REF: Ta rzeka zawsze była brudna!

Wtedy troll dobrał się do wnętrzności sarny i padł porażony kulkami z gazem. Nie spał, był jednak częściowo sparaliżowany i bełkotał obelgi w stronę drużyny. Caremus chciał dobić bestię i spalić, ale wywołało to sprzeciw jego przybocznych, w tym jego kuzyna imieniem Benek (wysłanego przez Biskupa Astrae, aby szpiegował krewniaka). Ostatecznie pomstującego trolla skrępowano, przywiązano do kilku pieńków i ciśnięto do rzeki, płynącej w kierunku południowo-zachodnim, hen, do Wodolubów.

Przypomnieli sobie o trollowej łopacie. Odkryli, że kilka metrów w dół klifu jest jakiś załom. Jednak nie byli tak rośli jak troll, by go dosięgnąć. Silny Rodryg złapał Caremusa za nogi i opuścił głową w dół. Reszta grupy trzymała barbarzyńcę. W ten sposób duchowny wygrzebał z jamy trochę złota, srebrnych sztućców, ludzki embrion, miecz o zdobionej rękojeści i jakąś misę, pokrytą dziwnymi hieroglifami. Złoto rozdano ludziom, sztućcami podzielili się obaj awanturnicy; miecz wziął Rodryg, a Caremus misę. Barbarzyńca rzucił przelotnie okiem na naczynie i... ku swojemu zdziwieniu odkrył, że rozumie hieroglify. Zna bowiem marsjański.

Misa okazała się mapą do skarbu, który ukryty jest na północnym zachodzie, za rzeką. Postanowili tam właśnie się wybrać. Przez zarwany most przerzucili kłodę drzewa, a następnie ostrożnie przeszli po niej na drugą stronę. Sprawdzili jeszcze załomy w skale po drugiej stronie mostu (wypatrzone wcześniej), ale Caremus cofnął się pospiesznie na widok włochatych odnóży wielkiego pająka, który wychynął z jamy.

Rodryg wyciągnął kompana na płaski grunt, gdy wtem owionęła ich znienacka jakaś mgiełka (pomarańczowa i śmierdząca fekaliami). Nie zdołali nabrać powietrza. Gdy po chwili tuman rozwiał się, poczuli się silniejsi i mocniejsi (Rodryg +4 CON).

Ruszyli po skarb. Dotarli do dziwnego miejsca, gdzie piętrzyły się stosy dziwnych dużych przedmiotów, jakichś metalowych konstrukcji. Niektóre z nich przypominały stalowe rumaki, na których jeździli tajemniczy motocykliści z Radomia. Prawdopodobnie było to wysypisko uszkodzonych i zużytych wehikułów. W powietrzu panowała ciężka i osłabiająca ich siła czy też aura.

Śmiałkowie pokręcili się po okolicy, w jednym z dziwacznych pojazdów odkrywając klapę. Po jej otwarciu ukazał się szyb wiodący w dół, z dziwnego, jednolitego kamienia i metalowymi szczebelkami. Zapewne tam czai się skarb! Rozważali, co robić dalej, gdy nagle dostrzegli jakąś kobietę. Rodryg chciał ją sobie poobłapiać, ale padł oślepiony. Dopiero teraz zauważyli, że postać jest niematerialna. Caremus postąpił z krzyżem, ale zjawa nie cofnęła się, widmowe palce dotknęły duchownego, który poczuł się bardzo słabo (wyssany poziom).

Duch kobiety przemówił [w sumie był to pół duch, pół cyborg, ale było to w tamtej chwili zbyt abstrakcyjne dla mnie do połączenia ;) - REF]. Okazało się, że szuka ona swojego dwuletniego synka, który zagubił się gdzieś w okolicy. Śmiałkowie nie byli w stanie pomóc. Widmo posnuło się dalej. Nagle jeden z ludzi Caremusa, najbardziej cherlawy, runął na ziemię martwy, jakby poparzony czy spalony. Awanturnicy połapali się, że aura tego miejsca jest zła, a Rodryg dziękował swojemu totemicznemu Jeleniowi za fekalnianą mgłę, która wzmocniła jego kondycję.

Podjęli przeto decyzję o jak najszybszej ewakuacji. Udali się z powrotem do mostu, a następnie wzdłuż rzeki na północny wschód. Ich planem było odnalezienie źródeł cieku.

Wędrowali przez las, gdy usłyszeli w koronach drzew jakiś hałas. Coś przedzierało się przez gałęzie i zbliżało w ich stronę. Naszykowali łuki i proce... w samą porę, bo z drzew runęły na nich dwie skrzydlate małpy! Najpewniej bestie nie miały dobrych zamiarów, ale zmiotła je salwa. Przy truchłach znaleziono chlebaki ze złotem, które podzielono między wszystkich.

Zmierzchało już, kiedy dotarli do niewielkiego sioła. Trzy zgrzybiałe chałupy na krzyż, jakiś zapuszczony cmentarz. Caremus polecił Benkowi przeprowadzenie zwiadu na żalniku, a reszta przetrząsnęła chałupy. W jednej z nich ukrywała się wygłodzona nastolatka. Rodryg podskoczył jako pierwszy [hyhy - REF], ale Caremus odtrącił barbarzyńcę i zbliżył się do dziecka. Okazała się zwyczajną, około dziesięcioletnią dziewczynką. Zdążyła tylko powiedzieć, że jej rodzicom coś się stało, gdy z cmentarza dobiegł wrzask Benka.

REF: Dajecie jej coś do zjedzenia?
RODRYG (z fochem): Nie!
REF (jako dziewczynka): To co mam jeść?
CAREMUS: Kaszkę!  

Rordyg nie czekał. Dobył swego przekutego na czarodziejskim kowadle miecza i ruszył. Na cmentarzu dwie poczerniałe istoty o rozdwojonych językach rozrywały nieszczęśnika. Ghule! Barbarzyńca przypuścił szarżę i po krótkim, acz zażartym starciu rozsiekł oba truposze. Byli to, rzecz jasna, rodzice dziewczynki. Zapadła noc, zatem drużyna zatrzymała się na nocleg w jednej z chałup. Dziewczynka wspomniała coś o jakimś młynie, znajdującym się w okolicy...

CDN


OKIEM JARLA
- Akcja trochę zamulała przed mostem, ale później ruszyło z kopyta. Poza trollem i ogólnym położeniem wrakowiska / młyna wszystko było losowane. 

- Wzrost CON Rodryga i spadek levela Caremusa pokazuje, że nic nie jest dane raz na zawsze. Wszystkie cechy, poziomy, saves, HP mogą latać w górę i w dół na skutek dziwnych okoliczności wiele razy w ciągu 1 sesji.

- Szczerze mówiąc (z takich czy innych powodów), kompletnie nie pamiętam końcówki sesji od pojawienia się grupy na cmentarzu. Wszystko działo się samo i z moim małym udziałem (rzuciłem tylko na HP ghuli i trafienia Rodryga). Cmentarz i chaty były przypadkowym wytworem rzutu z wynikiem "osada: opuszczona". I tak nie dałbym wtedy rady wylosować kompletnego etnosu sioła czy miasta. Gracze grali między sobą, ja (w sumie) tylko śmierć Benka. ;)  

- Dziewczynka stała się hench-woman Caremusa. Benek był jego Relativem, ale na skutek kilku kłótni z nim Key postanowił go wystawić przy pierwszej okazji. Podobnie dostał możliwość przywrócenia poziomu na skutek jakiej luminacji jahwicznej, ale kosztem zmiany charakteru na Law. Nie zgodził się (bo jest psychopatą ;) ).

- Morale henchów pod koniec sesji było prawie maksymalne: fanatycy Caremusa ML: 11; barbarzyńcy Rodryga ML: 9. Pomijając śmierć Benka, wszyscy zakończyli dzień w dobrych nastrojach i o sporo złociszy bogatsi.

Brak komentarzy: