22 kwietnia 2017

[CM] Dziedzictwo Ungernów – Opowieść żołnierza

W czasie, gdy Gurczen, Aulus i inni śmiałkowie toczyli swój heroiczny bój, w Jaskiniach Goblinów trwała druga, dużo większa bitwa. Korzystając z zamieszania, kompania piechoty Midgardu zaatakowała na leże potworów. Dokładny przebieg tego starcia uchodził jak dotąd za nieznany, stwarzając pole do rozmaitych interpretacji, które trudno było uznać za coś więcej niż jeno uczone domysły. Niedawno wszakże w pewnym prastarym kodeksie odnaleziona została relacja, sporządzona niedługo po bitwie przez jednego z jej uczestników. Trudno o lepsze źródło do poznania prawdy o tym, jak było naprawdę. Treść rękopisu niniejszym publikujemy, uwspółcześniając pisownię i dokonując tylko niezbędnych poprawek edytorskich. Fight On!


Na godzinę przed świtem grupa dowodzona przez fechmistrza Gurczena i wróżbitę Aulusa wyruszyła z obozu w dolinie. Poprzedniego dnia podczas zwiadu odkryli w okolicy inne wejścia do Jaskiń Goblinów. Jedno z nich wydawało się szczególnie obiecujące. Znajdowało się we wschodnim zboczu, podobnie jak wejście główne, tyle że ciut dalej na północ i nieco wyżej.

Śmiałkowie mieli zapuścić się w korytarze i rozpoznać teren, a w razie możliwości dokonać dywersji i odciągnąć uwagę goblinów. Porucznik (nasz dowódca) oddał do dyspozycji drużyny 15 żołnierzy. W tym czasie trzon naszych sił pod dowództwem Porucznika miał frontalnie zaatakować główne wejście.

Nie spałem zbyt dobrze tej nocy. To miała być moja pierwsza bitwa. Gdy zarządzono pobudkę, nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Ciągle nerwowo poprawiałem hełm i sprawdzałem, czy miecz jest aby na pewno wystarczająco ostry, czy kolczuga naoliwiona, czy deski w tarczy trzymają się mocno. Żołądek miałem ściśnięty do tego stopnia, że nic nie przełknąłem; upiłem tylko parę łyków wody z bukłaka.

Dzień wstał szary i pochmurny. Szło na deszcz. Porucznik wydał rozkaz do wymarszu i już po chwili pięliśmy się w górę po zalesionym zboczu. Po upływie kilkunastu minut stanęliśmy u wejścia. Dalszą drogę przegradzała formacja skalna. Po prawej stronie rozciągał się widok na dolinę (w dole, nad strumieniem, widać było nasz obóz). Po lewej – naturalny, utworzony przez ogromne głazy tunel wiódł w ciemność. Walało się tu sporo kości, a ściany pokrywały prastare malowidła, wyobrażające sceny polowań.

Ustawiliśmy szyk, odpaliliśmy pochodnie i szereg za szeregiem weszliśmy do tunelu. Akurat lunął deszcz. Pocieszaliśmy się, żartując, że w jaskiniach przynajmniej nie napada nam na głowę. Wielu z nas miało już nigdy nie zobaczyć światła dnia.

Ordre de Bataille:
  • Fechmistrz Porucznik (F–M 3, AC 2)
  • 12 weteranów (F–M 1, AC 2, Armored Foot)
  • 105 żołnierzy (F–M 0, AC 4, Heavy Foot)

Po około 20 metrach korytarz doprowadził nas do wielkiej hali, której sklepienie ginęło gdzieś w mrokach. Było chłodno i wilgotno. "Naprzód" – rozkazał Porucznik. Rozwinęliśmy tyralierę i ruszyliśmy ostrożnie. Wtem! Jeden z ludzi idących na przedzie krzyknął przeraźliwie i zapadł się pod ziemię! Co u kata?

Byłem wśród tych, którzy podeszli i zajrzeli do środka. W namulisku jaskini ktoś wykopał głęboki na około sześć metrów dół. Jama, sprytnie zamaskowana gałęziami i warstwą ziemi i kamieni, była wypełniona zaostrzonymi kolcami. Nieszczęśnik zginął na miejscu... Co gorsza, takich dołów mogło być więcej.

Nagle coś świsnęło. "Jezus-Maria-Józef!" – ktoś wrzasnął mi nad uchem. Spojrzałem w bok i zobaczyłem, że stojący obok mnie żołnierz trzymał się za twarz, trafiony strzałą prosto w oko. Padł na ziemię i skonał w konwulsjach. Z naprzeciwka nadleciała chmara pocisków. Jedna wbiła się w moją tarczę. Z ciemności dobiegł nas szyderczy chichot goblinów.

Porucznik wydał rozkaz do ataku. Poczułem, jak gruda z brzucha skacze mi prosto do gardła. Serce dudniło jak oszalałe. Spojrzeliśmy po sobie, ale co było robić?

Ruszyliśmy z bojowym okrzykiem dla dodania sobie animuszu, prosto przez pole najeżone pułapkami, ostrzeliwani przez goblińskich łuczników. Śmierć jeszcze nigdy nie była tak blisko. Raz po raz ktoś z wrzaskiem znikał pod ziemią albo walił się ugodzony pociskiem. Ja i paru innych dopadliśmy wreszcie do zwężenia – wielka hala przechodziła w tunel. Goblinów już tu nie było. Tu zatrzymaliśmy się, obawiając się ścigać potwory, nim reszta do nas dołączy.

Nie za dobrze zaczynała się nasza wyprawa. Jeszcze nie widzieliśmy wroga, a już straciliśmy kilkunastu ludzi. Wilcze doły pochłonęły 8 żołnierzy, kolejnych 6 zginęło od strzał.

Tu zarządzono postój. Dowódca kazał przynieść przyszykowane wcześniej trzymetrowe tyczki, którymi na wszelki wypadek sprawdziliśmy dokładnie całą halę, odkrywając kolejne 10 dołów. Wróg oczekiwał naszego przybycia i dobrze się na to przygotował. Gobliny okazały się bystrzejsze, niż mówiły o nich legendy. A może ktoś im to podszepnął?

Ruszyliśmy korytarzem i szliśmy nim dalszych kilkadziesiąt metrów. Dotarliśmy do kolejnej komory. Przejście zwężało się, wiodąc w prawo pomiędzy rzędami ogromnych stalagnatów. Szedłem na samym przedzie, gdy zdało mi się, że coś dojrzałem. Jakby błysk czerwonych oczu...

Krzykiem zaalarmowałem pozostałych i kolumna zatrzymała się. W samą porę, bo spomiędzy stalagnatów wychynęły przyczajone tam gobliny. Wreszcie zobaczyliśmy naszych wrogów. Były to pokraczne istoty, niższe od człowieka i przygarbione, o złych, wykrzywionych mordach z czerwonymi oczami i zaślinionymi kłami. Skórę miały prawdopodobnie rdzawoczerwoną, przynajmniej na tyle, na ile można to było ocenić w tym świetle. Nosiły skórzane kurty, na głowach miały hełmy żebrowe, a ich wyposażenia dopełniały ciężkie pały nabijane ćwiekami i okrągłe tarcze.

Ścięliśmy się i po paru minutach potwory pierzchły z podkulonym ogonem. Nie taki diabeł straszny, jak go malują! Na ziemi zostało 6 goblinów. Niestety, padło też 2 naszych – moi towarzysze z szeregu. Na ich miejsce weszli kolejni żołnierze. Nagle gdzieś w oddali usłyszeliśmy jakieś odgłosy. Coś, co mogło być wrzawą bitewną. Olśniło nas – to walczy grupa Gurczena i Aulusa! A więc żyją i spotkali gobliny. Trzeba iść im z pomocą!

Ruszyliśmy czym prędzej. Korytarz stopniowo się zwężał, aż wreszcie (po kolejnym skręcie – tym razem w lewo) stał się tak wąski, że musieliśmy iść gęsiego. W ciemności zapaliły się czerwone oczy. Potwory zablokowały przejście. Żołnierz, który szedł pierwszy, skoczył do przodu, zasiekł potwora, a następnie kolejnego, ale po chwili zatoczył się pod ciosem maczugi i padł na ziemię. I tak wycinaliśmy sobie drogę przez wąski korytarz, który ciągnął się przez kilkadziesiąt metrów. Gobliny były zażartymi przeciwnikami, lecz górowaliśmy nad nimi uzbrojeniem i masą fizyczną. Straciliśmy tu 6 ludzi, ale usiekliśmy 20 goblinów.

Ślizgając się na pokrwawionych kamieniach, dotarliśmy do metalowej kraty. Wyważyliśmy ją bez problemów i ruszyliśmy dalej korytarzem, który kończył się schodkami w dół, wyciętymi w skale. Wiodły one na niewielką platformę. Podoficer wysłał tam pluton rozpoznania. Gdy tylko weszli na płaski grunt, z przerażającym łoskotem z sufitu runęły głazy, grzebiąc pod sobą kilkudziesięciu ludzi. Kolejna pułapka goblinów! Rzuciliśmy się do odgruzowywania. Niestety, straciliśmy kolejnych 20 towarzyszy.

Ze skalnej platformy można było iść po kolejnych schodkach na północ, albo korytarzem na zachód. Nie trzeba było specjalnie nasłuchiwać – gdzieś w niedaleko rozgrywała się bitwa. Poszliśmy w dół. Była tu komora, z której wiódł tunel na północny zachód. Właśnie stamtąd dochodził odgłosy starcia.

Gdy tylko ustawiliśmy szyk (trójkami, bo tylu mogło się zmieścić ramię w ramię w korytarzu), dojrzeliśmy, że tunel przegradza mur z tarcz. Gobliny czekały na nas.

Teraz dopiero miała rozpocząć się bitwa z prawdziwego zdarzenia. Tymczasem ze 105 szeregowców zostało nas już tylko 63. Ilu było przeciwników, trudno było ocenić – światło naszych pochodni nie dochodziło tak daleko, a te nikczemne stwory widzą w ciemnościach.

Poplułem w dłoń i chwyciłem mocniej za miecz. Uderzyliśmy. Dwa szeregi sczepiły się. Miecze i maczugi załomotały o hełmy i tarcze, tu i tam rozległ się krzyk bólu i łoskot walącego się ciała. Na miejsce zabitych natychmiast wchodzili następni. Czasem ktoś ranny wycofywał się na tyły, zażywał Doktora Rumianka i powracał do szeregu.

Wśród goblinów trafiały się osobniki większe i silniejsze. Okrywały ich kolczugi, a w łapskach dzierżyły zakrzywione szable. Najpewniej jacyś goblińscy weterani, może straż przyboczna ich wodza? Tych brali na siebie nasi podoficerowie, noszący płytowe kirysy. I całe szczęście, bo tamci okazali się nie lada przeciwnikami. Miecze skrzyżowały się z szablami, krzesząc iskry! W tej piekielnej wrzawie nie dało się już nic rozróżnić, nie wiedzieliśmy zatem, czy Gurczen, Aulus i inni jeszcze walczą.

Gdy padł trzydziesty potwór, reszta złamała szyk i rzuciła się do ucieczki. Wsiedliśmy im na karki, kładąc trupem jeszcze kilku. Wymietliśmy gobliny z korytarza do wielkiej hali, gdzie rozpaczliwie usiłowały się przegrupować w okolicy wielkiego płaskiego kamienia, prawdopodobnie ołtarza. Wyrżnęlibyśmy ich jak barany, gdyby nie szczęk stali, który nagle dobiegł z naszych tyłów. To inna grupa goblinów uderzyła na naszą tylną straż!

Zamieszanie w naszych szeregach dało wrogom czas na ochłonięcie. Goblińscy dowódcy przywołali swoich podkomendnych do porządku, uformowali klin i zaszarżowali, spychając nas z powrotem do korytarza. Zostaliśmy wzięci w dwa ognie. W okamgnieniu zdaliśmy sobie sprawę, że albo my przejdziemy po martwych ciałach naszych przeciwników albo oni przejdą po naszych. Nasze morale mimo strat było wysokie. Pamiętaliśmy o wyrządzonych przez gobliny okrucieństwach. Z okrzykiem "Pamiętajcie Źeleźnik!" runęliśmy do walki, która miała być ostatnią dla wielu.

Walka dłużyła się w nieskończoność, szeregi raz po raz zderzały się. Zaschło mi w gardle, ze zmęczenia zataczałem się na nogach, a prawica omdlewała od zadawania ciosów. Potwory walczyły jak opętane, nie zważając na straty. Jednak wreszcie padł ostatni. Zapadła cisza.

Wygraliśmy, ale zwycięstwo smakowało gorzko. Na placu boju ostało się mniej niż 20 ludzi. Każdy był raniony – ja otrzymałem cięcie szablą, do tego byłem mocno potłuczony maczugami. Byłem od stóp do głów unurzany w krwi własnej i wrogów. Tarcza poszła w drzazgi, miecz był wyszczerbiony, hełm powgniatany, a kolczuga porozrywana. Co gorsza, zginął nasz dowódca, zasieczony przez krzepkiego, zwinnego goblina w hełmie typu midgardzkiego na głowie. Najpewniej był to wódz. Niedługo chełpił się swoim zwycięstwem, po chwili przeszyły go miecze naszych weteranów. Gdy zdychał w kałuży krwi, miał łzy w oczach. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wyszeptał tylko "Nazdak", po czym skonał.

Przestępując zwały trupów (padło tu 57 ludzi i 115 goblinów), wkroczyliśmy do wielkiej hali z ołtarzem, której tak zaciekle broniły gobliny. Po prawej był tunel przegrodzony kratą, ale zaintrygował nas swąd. Swąd palonych zwłok.

Dalej była druga hala, połączona z pierwszą tunelem. Po chwili zauważyliśmy, że obok był jeszcze drugi, dużo węższy, przebiegle wydrążony w skale korytarz, zapewne po to, by cichcem przemknąć i uderzyć na plecy wroga. To właśnie z sekretnego przejścia dochodził swąd i dym. Dużo dymu. Zajrzeliśmy i nagle zrozumieliśmy wszystko.

W tym wąskim przejściu rozegrała się bitwa drużyny śmiałków. Wśród ciał garstki ludzi walało się blisko trzy dziesiątki porąbanych, przeszytych strzałami i spalonych goblińskich trupów. Większość moich towarzyszy odwróciła się, zasłaniając usta i nos, ale ja patrzyłem, usiłując wyobrazić sobie to starcie. W drugiej hali natrafiliśmy na ciała kilkunastu naszych żołnierzy, posłanych ze śmiałkami. Drużyna została wprawdzie pokonana, ale tanio skóry nie sprzedała, a ich poświęcenie z pewnością odciągnęło wielu goblinów, dając nam czas na wkroczenie do jaskiń i rozwinięcie szyku. Kto wie, jak potoczyłaby się ta walka, gdyby potwory uderzyły na nas w pełnej liczbie?

Coś się jednak nie zgadzało. Nie było ciał Gurczena i Aulusa. Nie mogliśmy się też doliczyć czterech naszych towarzyszy (z posłanych ze śmiałkami 15 poległo 11). Zakładaliśmy, że udało im się wyrwać z okrążenia i bezpiecznie zbiec gdzieś w dolinę.

Podsumowaliśmy straty. Z tych, którzy wyruszyli z Midgardu (1 fechmistrz, 12 weteranów, 120 żołnierzy), została garstka: 13 szeregowców i 6 weteranów. Straty przekraczały 85% stanu wyjściowego. W całej bitwie zginęło łącznie 170 goblinów. To o 30 mniej, niż spodziewaliśmy się tu zastać, liczba przeciwników była szacowana na dwie setki. Niewykluczone więc, że część nam się wymknęła, uprowadzając nieszczęsnych Gurczena i Aulusa...

Z drugiej hali można było wyjść na zewnątrz, a także zagłębić się dalej w jaskinie. Nie byliśmy do tego zbyt skorzy. Już mieliśmy wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza, gdy ktoś coś usłyszał. Jakby ludzki głos?

Pospieszyliśmy korytarzem, mijając podziemne jezioro po prawej. Dalej odkryliśmy jakieś dwie pieczary, w których... za kratami tłoczyli się mieszkańcy Żeleźnika! A więc żyją! Ocaleli! Tyle ofiar nie poszło na marne. Wyważyliśmy kraty i wyzwoliliśmy ludzi z okowów. Łkając, padliśmy sobie w objęcia. Najazd i niewolę przeżyło ok. 60% populacji górniczej osady. Wszyscy razem zeszliśmy w dolinę.


Okiem Sędziego



Sesję rozegrałem solo, głównie na mechanice CHAINMAILale w bardzo uproszczonej postaci. Nie używałem figurek. Do rozstrzygania starć oddziałów wykorzystałem podstawowe narzędzie, czyli Appendix A. W sumie system ów nie odbiega aż tak bardzo od "alternatywnego systemu" opracowanego przez Arnesona – jest dość abstrakcyjny, a probabilistyka wygląda podobnie. A już na pewno bardziej mi pasuje niż Appendix B (Man-to-Man-Melee) z porównywaniem konkretnych typów broni i zbroi. 

Zrezygnowałem z drobiazgowego obliczania morale po każdej turze. Przy dużych stratach rzuciłem parokrotnie na ogólne morale. Nie uwzględniałem zmęczenia, w niewielkim stopniu korzystałem z manewrów (teren niezbyt na to pozwalał). Walki dystansowej też nie było zbyt wiele. Mimo to rozegranie bitwy zajęło mi blisko 2 godziny czasu rzeczywistego (wraz z zaglądaniem do książeczki w celu upewnienia się co do przepisów).

Dla uproszczenia osobno bili się szeregowi żołnierze i zwykłe gobliny, osobno – goblińscy gwardziści i ludzcy weterani (sierżanci). Wódz goblinów Zygzak ściął się z dowódcą kompanii Porucznikiem już na "alternatywnych" zasadach OD&D.

Pułapka ze spadającymi głazami zadziałała automatycznie, uwzględniłem liczbę wojskowych i wykorzystałem przepis z CM o zrzucaniu głazów na wchodzących po drabinie w czasie oblężenia.

Wilcze doły na zasadach z OD&D: odpala na 1-2/d6, automatyczny zgon (6 metrów w dół i kolce). Zaplanowałem 18 takich pułapek i rzuciłem 18k6.

Brak komentarzy: