11 maja 2017

OSR - dlaczego nie warto?

Dave Arneson
Wiele liter wylaliśmy na to zjawisko. Ja, ze swojej strony, powiem w bonusie tyle, że jak lubicie Zenona Martyniuka (Akcent) zamiast Bairda czy Lutosławskiego, możecie śmiało wkręcać się w to coś. O OSR pisałem na łamach Spotkań Losowych. Siedziałem w tym od początku i pamiętam, jak jakiś anglosaski mądrala wyskoczył nagle z akronimem OSR. Kolejni anglosascy mądrale zaczęli ten skrót rozwijać w przeróżny sposób. Nadszedł 2008 rok, śmierć Gygaxa - wiadomo, milestone. Jeszcze rok później, owi "oldskulowcy" wychowani na kolorowych boxach Mentzera, albo ówczesny guru OSR, Maliszewski na Holmsie i 1E, NAGLE zaczęli dostrzegać, że było coś przed AD&D 1E i B/X Moldvaya/Cooka. Łał.

Pamiętam tony wymienionej korespondencji z Maliszewskim. "Staaary, weź się za OD&D *jakie jest*, a nie jakieś wujowe (ok, nie ma odpowiednika tego słowa w lengłydżu) retroklony! W ogóle co ty stary robisz?Spróbuj ponownie chociażby Holemsa, którego znasz, potem pisz".

Ogólnie, dzikie czasy archeologii RPG. Większość dzisiejszych OSR-owych gwiazdeczek nie zagrała nigdy w AD&D (ew. z obowiązku), a niektórzy nie widzieli nawet B/X na oczy. Przykład? OD&Diets - magazyn BECMI-owy, pseudo retrocwetro z mylącą nazwą. Prawie jak Borejko sandboxujący na Wewnętrznym Wrogu w latach 80. Wiecie, taki rower z kołami i pedałami, ale bez ramy.

I dzisiaj OSR-owcy starają się Wam wmówić, że pierwszy z brzegu retroklon za 50$, to jest w ogóle uber alles i lepszy od oryginałów, bo odczyszczony, poukładany i "komunikuje". Ale co? Ano nic - bełkot i d20, odziane w szatki graficznej odbróbki pod Wordem / OO, z nakolcowanymi ilustracjami pożyczonymi z DeviantArt. Sorry, ale wolę megaułomną kreskę z 3LBB czy dziełka Otusa / Trampiera / Easleya / Elmore'a, niż to, co stara się wcisnąć tzw. OSR.

OSR to produkt, wytwór chwilowej mody, nie hobby i zupełnie nie retrogaming, choć są w nim zjawiska zachęcające do sięgnięcia po stare gry. Coś czego OSR nigdy nie odtworzy, to ówczesny feel i ducha obecnego w każdym podręczniku ponad stu systemów z tamtych czasów.

Później czyta się bezmyślną pisaninę, że np. takie S&W White Box kopiuje OD&D (serio, słowa i wstępne założenie samego Matta Fincha) albo, że oldschoolowy sandbox da się rozegrać na Changeling: The Dreaming. A tak w ogóle, to wszyscy grali w sandboxy w latach 80-90. Nawet w Polsce... Spoko. OSR to taka swoista kloaka, która wszystko przyjmie, sama się nie wypłucze ()chociaż dużo ludzi od 2002 roku odeszło od osrowych społeczności) i jeszcze każe sobie solidnie zapłacić za wypróżnienie doń.

Suma:
Olejcie retroklony, olejcie guru OSR i (na szczęście) gasnący powoli hype na to zjawisko. Czytajcie dobre, stare pamiętnikarstwo grognardów, dyskusje ówczesnych twórców i graczy na forach czy świetne prace naukowe (np. Playing At World). I zagrajcie w coś starego. Pamiętacie scenę z Life of Brian? Kiedy rzekomy mesjasz mówi: myślcie sami, nie podążajcie za autorytetem? No właśnie - taka jest różnica między OSR-owcem a retrogamerem.

Cheers
Ojciec

8 komentarzy:

Key-Ghawr pisze...

To ja zabawię się w adwokata diabła, żeby otworzyć dyskusję. Tak będzie ciekawiej :)

Wydaje mi się, że tytuł notki powinien raczej brzmieć: "retroklony - dlaczego warto to gówno olać". Pod szyldem OSR kryją się bowiem także inne rzeczy niż tylko klony, o tych nie napisałeś ani słowa.

Co do klonów, to miały one jakieś uzasadnienie w dobie trudno dostępnych legalnie oryginałów, a zwłaszcza gdy WizBro wycofało ze sprzedaży pdfy. Z mojej strony pełna zgoda - klony nigdy nie oddadzą ducha oryginałów. Mogą jednak służyć jako wprowadzenie dla nowicjuszy w temacie starych gier, zanim wejdą na wyższy poziom wtajemniczenia, że tak powiem.

Oprócz klonów )/B/AD&D istnieją jednak inne projekty - współczesne gry w stylu retro. Niektóre z nich są, moim zdaniem, dobrze napisane i godne uwagi. Sam zresztą ostatnio zarzekałeś się, że gdybyś miał prowadzić kosmiczne SF, to wybrałbyś takie Stars Without Numbers (2011) zamiast oryginalnego Travellera (1977) :) Np. moją uwagę, oprócz wspomnianego SWN, zwróciły gry Brandona (HOW i Rogue Space), czy X-plorers, Mutant Future.

Obnym zjawiskiem jest dla mnie także Traveller, gdzie każda kolejna edycja, pod względem tożsamości, stanowiła w dużej mierze osobną grę. Widać to nawet w tytułach: Traveller, Mega Traveller, Traveller The New Era, Marc Miller Traveller, itd. Co prawda nie siedziałem głęboko w forach poświęconych tej grze, ale zauważyłem brak jakiś wielkich wojen edycyjnych, jak było to w przypadku A/D&D (prędzej są kłótnie między o kwestie działania technologii). Każdy gra sobie w ulubioną edycję, a każda z nich ma swój własny charakter i klimat. Co do wersji Mongoosowych (obu), to zaryzykowałbym stwierdzenie, że w wielu aspektach twórczo rozwijają koncepcje z oryginału. Najbardziej ewidentnym przykładem jest tu tworzenie postaci - barwne i obfitujące często w zaskakujące wydarzenia.

Co do mnie, to nie mam problemu z graniem/prowadzeniem zarówno koszernego OD&D jak i wybranych gier spod znaku OSR, pod warunkiem jednak, że nie są to klony.

Robert pisze...

Żeby nie retroklony, to by mnie tu nie było ;) gdy parę lat temu zainteresowałem się retrogamingiem, nie wiedziałem nawet, co to OD&D. Pierwszą minimalistyczną grą, na którą trafiłem, było Basic Fantasy RPG (nie mylić z BRP), kolejną S&W. Nigdy w nie nie zagrałem i teraz uważam, że to słabe produkty, ale spełniły swoje zadanie - złapałem bakcyla i trafiłem na Inspiracje. Pierwszą grą D&D (nie liczę AD&D 2E) była zaś dla mnie czerwona książeczka Mentzera.

Nie przekreślałbym zatem całego "ruchu", którego ogólne założenia są przecież dobre. Wobec reedycji 3LBB i dostępności PDF granie w retroklony traci dla mnie sens, ale jeśli komuś szkoda tych paru dolców, to Full Metal Plate Mail czy Delving Deeper nadadzą się w zupełności.

A Heroes & Other Worlds jest całkiem niezłe - na pewno lepsze od przyciężkawego GURPS, a przynajmniej dostępne w przeciwieństwie do TFT.

Ojciec Kanonik pisze...

@Dr
1) Ale ja napisałem, że w OSR bywało sporo dobrych zjawisk, zwłaszcza w latach 2008-2010. Problem w tym, że chwil e później poszło to w taką komerchę (w zasadzie wbiło w mainstream), że staszy retrogamerzy zaczęli znikać z OSR a pojawiło się tysiące czubów, którzy w ogóle nie wiedzieli o czym piszą.

2) Retroklony miały startowo ważną rolę (popularyzacji i symulowania starych mechanik), ale szybko zaczęły pojawiać się taśmowo, jakościowo padało to wszystko na twarz. Nie wiem czy pamiętasz, jak Rob Kuntz pisał, że tak naprawdę tych klonów to już chyba wystarczy i czy aby napewno potrzebujemy 17 klonów 1 gry.

3) Tak, SWN i kilka innych gier, które są inspirowane 70's, ale nie klonują konkretnego tytułu są rzeczą dobrą.

@Robert
No tak, kilka lat temu. A zobacz jak to wygląda teraz... Naprawdę potrzebujesz dziś kolejnego wykręconego retroklona do czegokolwiek? A o AD&D już gadaliśmy. Ja miałem zupełnie inną drogę docierania do pierwszych gier - właśnie poprzez ciekawość, co było wcześniej, przez 2E, skąd się brały różne zasady i rozwiązania. A mój zeszyt z lat 80 widziałeś - D&D miałem "we krwi" jeszcze zanim w ogóle zobaczyłem wspomniany przez Ciebie podręcznik z Red Boxa na oczy ;)

Ja niestety trzymam się głównej tezy tekstu - nie warto. Siedząc w tym od początku nowego millenium widzę, że top zmierza donikąd.

Key-Ghawr pisze...

@ Jarl

Ad.1-3. No to jesteśmy w pełni zgodni, ale nie wyłuszczyłeś tego w notce wystarczająco wyraźnie, zwłaszcza punktu nr 3. W rezultacie dostało się też tym nielicznym wyjątkom, zasługującym na uwagę.

A co do klonów, to mam wrażenie, że moda na nie mija. Ból żołądka z przejedzenia niestrawną papką :) Ale wrażenie może być błędne, bo od 2-3 lat przestałem obserwować ten segment RPG-owego ryneczku. Właściwie, to obecnie starcza mi OD&D, HOW i Traveller.

I jeszcze pytanie: jak widzisz planowaną nową edycję RQ (Chaosium)? Czy zapowiada się w miarę wierna i ciekawie rozwinięta nowa edycja klasyka (vide Traveller), czy dojonko naiwnych sentymentalistów?


@ Robert
Tak, klony jako pierwsza działka na początek, zanim się wciągniesz w twardy Old-School RPG :)

Ojciec Kanonik pisze...

DR - jeśli czytałeś założenia dla projektantów nowego RQ, to wiesz, że to tylko i wyłącznie niepotrzebny shit, który ma wydoić resztę fanów oryginalnej gry z kaski. Jak swego czasu RQ III czy RQ 6. Jeśli nie widziałeś tych pryncypiów to powiem tylko tyle, że to będzie coś w stylu "gry konkretnej pisanej na sentymencie do RQ II", wspierającej tylko budżet Chaoisum (np. "czego nie ma w zasadach, nie ma w grze"). Przykład patologii osrowej właśnie.

Robert pisze...

A to jest jakaś nowa edycja RQ w planach? W zeszłym roku wyszło RuneQuest Classic Edition, ale to jest reprint starego RQ Chaosium po prostu.

Ojciec Kanonik pisze...

Ano jest: RuneQuest: Roleplaying in Glorantha. Było trochę flejmów o te sztywne założenia nowego BRP (to rozwinięta wersja z CoC 7). Sztywno, restrykcyjnie rules not rulings, itd. Nie warto, imo.

Key-Ghawr pisze...

@ Jarl

Coś tam słyszałem, ale nie wczytywałem się w szczegóły. Dlatego wolę zapytać. Zainteresowanie RQ straciłem definitywnie po odkurzeniu TFT i odkryciu HOW (dzięki Haretonowi), które wypełniły moją niszę dla bardziej symulacyjnego systemu RPG Fantasy :) A jak będę chciał masochizmu, to zawsze zostaje jeszcze GURPS :)