12 sierpnia 2017

[CM / OD&D] Dziedzictwo Ungernów – Ogry & Marsjanie

Po dłuższej przerwie przedstawiam kolejny odcinek solowych przygód Gurczena. Miłej lektury!


Wystąpił:

Zawadiaka Gurczen (M. B.)
STR 11, INT 13, WIS 10, DEX 13, CON 10, CHA 10
F-M 5, AC -2, HP 22


Atak ogrów


Gurczen spędził resztę zimy w Mamutach. Barbarzyńcy odnosili się doń nieufnie, ale pozwolili mu zostać na mocy prastarego prawa gościnności. W tym czasie zawiadiaka wypuszczał się na polowania, poznawał okolicę i podpatrywał tajniki sztuki łowieckiej.

W połowie lutego eksplorował las na północny wschód od grodu, gdy jeden z czterech towarzyszących mu barbarzyńców zatrzymał się i począł nasłuchiwać. Po chwili i do uszu reszty doszły odgłosy z oddali, jakby krzyki. Szybko ruszyli w tamtą stronę. Po jakimś czasie dotarli na niewielką polanę, gdzie mieściło się jedno z siół. Zabudowania płonęły, a mieszkańcy i zwierzęta zostali brutalnie zamordowani. Spóźnili się.

Przezwyciężyli zgrozę i czym prędzej przeszukali okolicę, odkrywając zdeptany śnieg i tropy - liczna grupa nadeszła ze wschodu i ruszyła w stronę grodu! Nie było czasu do stracenia, myśliwi podążyli tropem. W pewnym momencie ścigany oddział się rozdzielił. Kilkunastu odeszło na południe w kierunku Mamutów, kilku odłączyło się i poszło na zachód, gdzie mieściła się kolejna osada. I jeszcze jedno - właściciele owych tropów byli dużo więksi od człowieka...

I to właśnie za drugą grupą ruszył Gurzen i jego odziani w futra towarzysze. Zaczął prószyć śnieg. Nie uszli wiele, gdy zza drzew wychynęło sześć wielkich wilków i rzuciło się na drużynę. Walka była krótka i brutalna. Jeden wilk padł od strzał, reszta została zarąbana, ale jeden z barbarzyńców padł z rozerwanym gardłem.

Nim zdołali ochłonąć po walce, z lasu wyszło kilkudziesięciu wojaków z Mamutów. Wyglądali, jakby dopiero co stoczyli zacięty bój, wielu było rannych. Okazało się, że stawili czoła czterem olbrzymom. Zabili je, ale ponieśli spore straty. Teraz zaś należało iść na odsiecz grodowi!

Gdy tam dotarli, było już po bitwie. Na przedpolu leżało kilku wielkoludów, naszpikowanych strzałami i włóczniami. Wrota były wyłamane. Z wnętrza nie dochodził żaden odgłos.

Gurczen i reszta ostrożnie wkroczyli na majdan. Kolejnych kilka potworów leżało martwych wśród stosu poległych barbarzyńskich wojowników. Przez szpary w chatach wyglądały zalęknione kobiety i dzieci. Wydawało się, że nie ocalał żaden z wojów, ale po chwili jeden z nich poruszył się i jęknął. Z licznych ran na jego ciele sączyła się krew. Był to Ragnar. Gurczen podskoczył i uleczył część jego obrażeń za pomocą Doktora Rumianka.

Gród został obroniony, choć straty były ogromne, padło łącznie blisko pięćdziesięciu członków plemienia. W zabitych stworach Gurczen rozpoznał ogry. Ich wódz Bancerz został powalony przez Ragnara, który sam niemal przy tym zginął. Poległym wyprawiono wspaniały pogrzeb, ciała spalono, a prochy złożono na wzgórku zwanym Żale, położonym za grodem. Głowy ogrów zatknięto na palisadzie.


Przybysz z gwiazd


Od ataku ogrów upłynął miesiąc, była już druga połowa marca i wszystkie wróble ćwierkały, że wielkimi krokami nadchodzi wiosna. Gurczen czekał na stopnienie śniegów. Przez ten czas próbował nieco zbliżyć się z plemieniem Mamutów, ale niezbyt mu się udało, awersja wobec człowieka z zewnątrz była aż nazbyt widoczna.

Pewnego wieczoru rozległ się ryk, a na niebiosach zapłonęła smuga ognia. Po chwili gdzieś na wschodzie huknęło, a potem wszystko znikło i ucichło. Zatrwożeni barbarzyńcy zaczęli szeptać, że to smok spadł z nieba, rażony młotem boga wojny.

Gurczen skrzyknął kilku co śmielszych wojów i wyruszył w tamtym kierunku. O świcie dotarli do lasu, gdzie mógł spaść ów smok, ale nie mogli nic znaleźć. Jeden zwinniejszy barbarzyńca wspiął się na drzewo i po chwili wskazał stosowny kierunek. Niebawem dotarli do brzeziny. Drzewa były powalone, wręcz ścięte niczym wielkim toporem lub piłą. Po chwili znaleźli "smoka".

Był to dziwaczny obiekt. Przypominał trochę wóz, trochę statek, a trochę wielkiego ptaka. Z tyłu był pękaty, z przodu wydłużony i spłaszczony, a po bokach miał skrzydła. Wykonany w całości z metalu. Gurczen natychmiast rozpoznał Dur-Amelinium, czyli nierdzewny stop metali.

Zabobonni wieśniacy stali z rozdziawionymi ustami, gdy śmiałek ostrożnie zbliżył się do wehikułu. Zarówno na rufie, jak i na dziobie dostrzegł otwarte drzwi. Zajrzał do środka. Na dziobie mieścił się jakby tron, zewsząd sterczały rozmaite pokrętła i dźwignie. Na rufie odkrył spore pomieszczenie, a w nim - zerwane łańcuchy. Tropy czegoś dużego, wyraźnie odciśnięte w błocie, prowadził na północny zachód.

Rozejrzeli się chwilę po okolicy. Nikt nie kwapił się tropić nieznajomego, więc powrócili do grodu i zdali raport Ragnarowi. I ten nie przejawiał ochoty na polowanie, ale zaintrygował się, gdy Gurczen wspomniał o skarbie ogrów w jaskini kilka dni drogi na wschód od Mamutów. Wnet wyruszyło tam kilkudziesięciu barbarzyńców.

Jednak już pierwszego dnia, przechodząc obok miejsca katastrofy dziwnego pojazdu, usłyszeli rozpaczliwe wołanie o pomoc. Na wysokiej brzozie wisiał człowiek w dziwnej błyszczącej zbroi, zaplątany w masę sznurków i pasków łączących go z białą płachtą, która utknęła między gałęziami. Na dole warczało i szczerzyło kły kilka wilków. Zwierzęta prędko uciekły przed nadchodzącym oddziałem.

Gurczen zaordynował budowę "posłania" z futer i naciętych gałęzi; po chwili odcięto sznurki i człek spadł na skóry. Zawadiaka pozdrowił nieznajomego. Ten pogmerał przy swoim hełmie i odsłonił twarz - skórę miał czerwoną. Po chwili przekręcił jeszcze jedno pokrętło i przemówił językiem wspólnym, przedstawiając się jako Yans z planety Barsoom, która Ziemianom znana jest jako Mars. Prowadzony przezeń pojazd kosmiczny - gwiazdolot - uległ awarii i wpadł w turbulencje, przez co został zmuszony do lądowania awaryjnego.

Yans katapultował się zawczasu, cokolwiek to znaczy. Słysząc o tropach czegoś wielkiego, ostrzegł, że Mamuty znalazły się w śmiertelnym niebezpieczeństwie! Statek przewoził białą małpę, wyjątkowo niebezpiecznego potwora, lubującego się w ludzkim mięsie.

Barbarzyńcy zaczęli traktować przybysza z gwiazd z nabożną czcią, określając go wprost jako "boga". Wyprawa po złoto ogrów została zarzucona, odprowadzono Marsjanina do grodu, po drodze podnosząc lekki - jak się okazało - gwiazdolot.

Yans wpłynął na Ragnara, aby wysłał oddział pościgowy i zlikwidował białą małpę. Do grupy przystąpił oczywiście Gurczen. Prędko wytropiono stwora - wielkolud mierzył kilka metrów, miał białą skórę i dwie pary rąk. Był jednak dość niezdarny i lekkozbrojni barbarzyńcy z łatwością unikali ciosów jego wielkich pięści, sami tnąc przy tym celnie. Wreszcie powalili potwora, w czym Gurczen nie miał większego udziału.

Po ubiciu białej małpy śmiałek postanowił raz jeszcze wyruszyć po złoto ogrów. Za pośrednictwem Yansa udało mu się wyjednać od Ragnara przydział aż 10 wojowników plemiennych. Był koniec marca, gdy ruszyli na wschód. Po czterech dniach bez historii dotarli wreszcie do gór, zamieszkiwanych przez plemię ogrów. Tu odkryto stosunkowo świeże ślady dwóch z nich - wyraźnie nie całe plemię wyruszyło przeciwko Mamutom. Tropy prowadziły do jaskini...

Drużyna weszła do środka. Faktycznie były tu dwa ogry, zdeterminowane, by bronić swego domu do samego końca. Barbarzyńcy cisnęli włóczniami i runęli do walki wręcz. Wreszcie oba powtory padły, ale zginęła połowa barbarzyńców. Gurczen walczył dzielnie - ubił jednego ogra, drugiego ranił, a i sam otrzymał poważne obrażenia. Jednak w pewnym momencie wycofał się z walki, co przyczyniło się do śmierci kilku wojów. Nie zostało to zbyt dobrze odebrane przez ich pozostałych przy życiu współplemieńców.


Wzięli tyle złota, ile mogli unieść bez zbytniego obciążania się (część musieli zostawić), odpoczęli i ruszyli z powrotem, po kilku dniach powracając do Mamutów. Tu skarb podzielono na kilka części, a Gurczen otrzymał swój dział.

Śmiałek porozmawiał z Yansem. Marsjanin ujawnił, że jego gwiazdolot uległ poważniejszej awarii, niż się początkowo zdawało. Otóż zniszczone zostało urządzenie, które określił jako waterchip. Bez części zamiennej pojazd nie wzbije się na powrót w niebiosa. Barbarzyńcy radzi byli gościć boga w grodzie, ale sam kosmita nie był zbyt uszczęśliwiony. Za pomocą specjalnych przyrządów ustalił, gdzie może znajdować się pożądana część i zaznaczył ją na mapie Gurczena. Ten zorientował się natychmiast, że Yans wskazał mu właśnie siedzibę wielkiego czarnoksiężnika Vestora...



Mapnik Kartografa



Okolice baronii Midgardu (1 heks = 5 mil)


LEGENDA

1. Mamuty (gród)
2. Miejsce katastrofy gwiazdolotu
3. Jaskinia ogrów
4. Umarły las
5. Siedziba Vestora (?)


Okiem Sędziego


Gracz zadeklarował, że czeka w grodzie do nadejścia wiosny. Sprawdziłem, czy w tym czasie coś się dzieje, rzucając dla każdego dnia (szansa 1/50). Wpierw wypadł NAJAZD (stworzyłem naprędce tabelkę, kto najechał gród), następnie QUEST. Tu posłużyłem się tabelą Jarla: przybysz-zabicie-przybysz-dzicz-przysługa, historyjkę o lądowaniu marsjańskiego statku i ucieczce białej małpy zmyśliłem na podstawie tego abstraktu.

Zrezygnowałem z losowania pogody i innych przygód, póki gracz poruszał się po znanym sobie terenie, nie sprawdzałem zagubień. Trochę mi się już nie chce, zatem postanowiłem przyspieszyć nieco tempo.

Rzut kostką wykazał, że Gurczena nie ma w grodzie podczas najazdu, więc bitwę ogrów z barbarzyńcami rozegrałem dużo wcześniej sam, posługując się mechaniką Chainmail. Tylko w przypadku starcia przywódców użyłem OD&D. Przebieg walki był zaskakujący i emocjonujący do samego końca.

Brak komentarzy: