25 sierpnia 2017

[OD&D] Whitelion – Zmutowane hobbity & Blastery

Po długiej przerwie powracamy do Whitelion / Błękitnego Pawilonu. Przypomnijmy: niniejszy cykl opowiada o przygodach garstki awanturników z Królestwa Lwa, uwięzionych w dziwnym uniwersum, gdzie świecą dwa palące słońca. Raport podsumowuje trzy sesje, które zostały rozegrane przed kilkoma miesiącami. Enjoy!



Udział wzięli:

Zbrojny Rodryg "Ogier" (Robert) – barbarzyńca z Równin Koni
STR 13, INT 11, WIS 10, DEX 12, CON 3, CHA 15
HP 6, AC 7

Zbrojny Sokole Oko (Robert) - barbarzyńca z Równin Koni, Krewniak Rodryga 
STR 10, INT 13, WIS 9, DEX 10, CON 12, CHA 10
HP 5, AC 6

Weteran Petru Kłamczyński (Key-Ghawr) - Hobbit z wielkimi pazurami, niezrównoważony mentalnie. Syn szeryfa Bilbo Komoruskiego.
STR 9, INT 14, WIS 10, DEX 12, CON 11, CHA 9
HP 7, AC 7

Przyboczni Rodryga
HP 6, 4, 2; AC 7; ML 6

Po zagwizdaniu w magiczny gwizdek nad osadę hobbitów u stóp Słonej Góry nadleciał statek kosmiczny. W snopie światła pojawił się dziwacznie odziany człek. Norus porozumiał się z nim w języku prawa. Astronauta początkowo był podejrzliwy i wypytywał, skąd drużyna ma gwizdek. Śmiałkowie zdali relację (potwierdziły ją Wenusjanki przez dziwne urządzenie służące do komunikacji na odległość) i wskazali garstkę pojmanych bandytów, którzy zamordowali poprzedniego astronautę i zrabowali mu gwizdek. Laser wystrzelony ze statku kosmicznego spopielił nikczemników.

Okazało się, że latający spodek może swobodnie przemieszczać się między światami. Istniała zatem droga ucieczki z tego miejsca. Był jednak pewien problem - na pokład mogły wejść tylko cztery osoby. Rodryg uznał, że jego misja nie została wypełniona - nie odnalazł przecież swoich współplemieńców. Postanowił zatem, że zostanie tu ze swoimi ludźmi. Natomiast do Królestwa Lwa mieli powrócić Norus i Caremus wraz z ostatnim przybocznym i dziewczynką, którą zaopiekował się duchowny. Norus zabrał ze sobą Klucz Ziemi, a Rodryg zachował gwizdek. Miał z nim pozostać również kuriozalny sługa maga imieniem Fabio. Pożegnali się i po chwili statek odleciał w przestworza.

Rodryg porozumiał się z przywódcą hobbitów Bilbo Komoruskim, aby barbarzyńcy mogli przez jakiś czas pozostać w wiosce jako straż nocna w zamian za jedzenie. Szło bowiem na zmianę pogody - zapowiadał się słoneczny tydzień. A to oznacza śmierć w męczarniach - dwa słońca palą bezlitośnie, choć groźne są tylko dla obcych.

Do drużyny przystał syn sołtysa Komoruskiego i jego żony Kopacz - Petru Kłamczyński, zmutowany hobbit z wielkimi pazurami (za młodu wpadł do dziwnej sadzawki nieopodal wsi). Minęło kilka słonecznych dni, aż wreszcie pewnej nocy w wiosce pojawiły się jakieś postaci. Były to żywe trupy, odziane w fantazyjne stroje. Zwłoki znajdowały się w różnym stadium rozkładu, roztaczając fetor. Barbarzyńcy dali im odpór. Rodryg zakazał swoim ludziom angażowania się w walkę wręcz - umiejętnie cofali się i manewrowali, ostrzeliwując z łuków i proc. W ten sposób zniszczono wszystkich umarlaków.

Po kolejnych kilku dniach hobbici zaczęli dawać do zrozumienia, że gościna dobiega pomału końca. Na szczęście tydzień zapowiadał się pochmurny. Synom Równiny Koni udało się zakupić trochę żywności (niebagatelną rolę odegrał tu Sokole Oko, znający język hobbitów). Załadowali namiot i zapasy na muła, po czym powędrowali na zachód.

Przez parę dni śmiałkowie przedzierali się przez lasy. Z drzewa wypatrzyli, że na północy znajdują się trzy wielkie dęby. Gdy naradzali się, co dalej czynić, spotkali dziwnego starca imieniem Dendryk. Okazało się, że to on zaopatruje hobbitów w zwoje umożliwiające zamianę kamienia w ciało. Rodryg odkupił od starego dwie mikstury. Dendryk ujawnił, że na południu znajduje się leże wielkich pająków, gdzie można znaleźć potężną broń. To pająki odpowiadają za brak zwierzyny w lasach, co nie uszło uwadze awanturników.

Po odejściu Dendryka Rodryg polecił Fabio, by skosztował zakupionych mikstur. Łyczek pierwszej z nich powalił go na ziemię. Dłuższą chwilę zajęło, nim doszedł do siebie. Przypuszczalnie była to jakaś trucizna. Po upiciu drugiej mikstury Fabio nagle zaczął rosnąć w oczach. Wydudlił cały napój, który zmienił go w prawdziwego wielkoluda. Odepchnął zaskoczonych śmiałków i uciekł do lasu na północ, pokrzykując tubalnym głosem, że to kara za złe traktowanie. Po chwili znikł. Drużyna podążyła na południe.

Gdy dostrzegli wielkie pajęczyny między drzewami, naszykowali łuki i proce. W samą porę. Wypatrzyli bowiem dwa ogromne pająki przyczajone wśród gałęzi. Salwa zmiotła oba stwory wielkości krów. Nie było jednak pewności, czy to aby na pewno wszystkie z drapieżników. Ostrożnie zbadali teren. Odnaleźli dół wypełniony zeschłymi liśćmi. Petru wrzucił tam flaszkę z płonącym olejem. Ogień wykurzył kolejne dwa pająki, które również prędko ustrzelono. W dole Rodryg znalazł dziwny przedmiot z kawałka metalu wygiętego w kształt litery L. Nie miał pojęcia, do czego mógł on służyć i czy to była owa potężna broń, o której wspominał Dendryk.

Jak na złość zmieniła się pogoda, a zapasy żywności stopniały żałośnie. Drużyna postanowiła podróżować nocami, a za dnia przebywać w namiocie. W czasie nocnej wędrówki napatoczyli się na potężnie zbudowanego wojownika z wielkim toporem, odzianego w skóry niedźwiedzia. Przedstawił się jako Bjorn i zażądał okupu, który Rodryg zapłacił (miał jeszcze sporo złota zdobytego na bandytach spod Słonej Góry). Bjorn, którego raz po raz zaczepiał i prowokował Petru, zgodził się zaprowadzić drużynę do brodu, przez który przeprawią się do karczmy Lua Bar. Tak też się stało, a śmiałkowie mieli poczucie, że Bjorn wcale nie był w tym lesie sam...

W każdym razie wojownik dotrzymał słowa i wskazał bród. Drużyna dotarła do Lua Baru. Tu trwał akurat remont dachu, przy którym pomagało paru chłystków z Wodolubów. Uciekli z wrzaskiem na widok przybyszów. W karczmie awanturnicy odpoczęli i uzupełnili zapasy żywności. Karczmarz Bartek ostrzegł ich przed położoną na wschodzie wsią, w której żyją sadomasochistyczne karły. Rodryg postanowił, aby wyruszyć raz jeszcze w stronę mostu trolla i odnaleźć loszek, o którym wspominał potwór.

Przez kilka dni przetrząsali okolicę, jednak nie udało się odnaleźć wejścia do podziemi. Most leżał w ruinie, trolla nie było. Miała za to miejsce inna, niezbyt przyjemna przygoda. Drużyna stała się obiektem żartów ze strony niewidzialnych istot. Niezrównoważony Petru swoim zwyczajem zaczął prowokować i wyśmiewać nieznajomych, a Rodryg usiłował załagodzić sytuację. Hobbit zażądał, aby "Ogier" zesrał się w gacie. Barbarzyńca poczuł, że jego gacie są pełne. Wsadził do środka rękę i wydobył... łajno. Tego było za wiele dla jego przybocznych. Morale załamało się, a jeden zaczął uciekać w las. Rodryg pobiegł za nim, wyciągając prawicę w uspokajającym geście. Ręka była utytłana gównem, co niezbyt pomagało. Koniec końców niewidzialne istoty chyba się znudziły i odeszły, udało się skompletować drużynę i powrócono z kwitkiem do Lua Baru.

Bartek zgodził się, aby drużyna pomagała przy remoncie dachu w zamian za jedzenie. Przy okazji Rodryg pokazał mu dziwny przedmiot znaleziony w leżu pająków. Karczmarz wziął go do ręki, wycelował i nacisnął ruchomy element. Z broni wydobył się świetlisty promień i wypalił solidną dziurę w drzewie. Karczmarz wyjaśnił, że istotnie jest to potężna broń. Jej nazwa brzmi blaster.



Brak komentarzy: