18 listopada 2017

[OD&D] Whitelion – Trolle, Pegazy & Dresiarze

Kolejna część przygód Rodryga z Równin Koni w Błękitnym Pawilonie. Raport poważnie zaległy, jako że sesję rozegraliśmy pod koniec sierpnia. Statystyk i mapy brak.

Wystąpili:

Zbrojny Rodryg "Ogier" (Robert) – barbarzyńca z Równin Koni

Zbrojny Sokole Oko (Robert) - barbarzyńca z Równin Koni, Krewniak Rodryga 

Weteran Petru Kłamczyński (Key-Ghawr) - Hobbit z wielkimi pazurami, niezrównoważony mentalnie. Syn szeryfa Bilbo Komoruskiego

Konon Barbarzyńca (Key-Ghawr) – niedźwiedziołak o aparycji niedoszłego prezydenta Białegostoku

Po niezbyt udanej próbie eksploracji lasu, drużyna zadekowała się w Lua Barze. Barman Bartek (długowłosy grubas z poparzoną twarzą i jednym uchem, paradujący w koszulce Motorhead) zgodził się żywić awanturników w zamian za pomoc w naprawie dachu. W obróbce drewna i metalu szczególnie pomocne były pazury Petru.

Pewnego wieczoru drzwi karczmy otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła młoda piękna niewiasta. Rodryg poderwał się, widząc, że to przedstawicielka jego plemienia! Było jasne, że ktoś (lub coś) ją goni. Barbarzyńca wypadł na zewnątrz, ale nikogo nie dostrzegł. Usłyszał tylko głos, wzywający, by wydał dziewczynę, bo inaczej wszyscy zginą. "Ogier" okręcił się na pięcie i dał dyla do środka. W miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał, uderzyła błyskawica.

Sytuację uratował Bartek. Spod lady wyjął jakiś zwój i odczytał go. Po chwili chwycił za dziwną broń o dwóch krótkich, spiłowanych rurach. Wyszedł na zewnątrz i dał ognia z grzmiącego kija, odgrażając się. Wszystko ucichło.

Dziewczyna miała na imię Jagoda. Istotnie pochodziła z Równin Koni, została tu w jakiś sposób przeniesiona wraz z resztą plemienia. Oddzieliła się od towarzyszy i zagubiła w lesie. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa ścigała ją niesławna Chichocząca Wiedźma. Rodryg zaoferował Jagodzie ochronę. Drużyna zbudowała tratwę wyposażoną w specjalny baldachim (kryjący przed niosącymi zgubę słońcami) i popłynęła w dół rzeki.

Dotarli do rozwidlenia. Chcąc uniknąć odwiedzin w Wodolubach (wiosce kanibali), odbili w drugą odnogę. Tu jednak woda stawała się coraz bardziej zabagniona. Z bagna wyłoniły się dwa niebieskie trolle i zażądały okupu. Rodryg ciągle miał sporo złota zabranego z lochów Słonej Góry, więc zapłacił haracz. Dalej napotkali całą hordę żywych trupów. Sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze, zatem śmiałkowie zawrócili i udali się do Wodolubów.

Tutaj nie spotkali się ze zbyt miłym przyjęciem. Mieszkańcy wioski rozpoznali barbarzyńców, odpowiedzialnych za śmierć kilkunastu spośród nich. Rodryg sterroryzował pozostałych wieśniaków i nakazał wydanie zapasów i materiału na żagiel. Zanim doszło do przekazania okupu, spomiędzy chałup wyskoczył troll. Ten sam, którego kiedyś ogłuszono, związano i puszczono z nurtem rzeki.

Potwór był wściekły i zażądał ogromnego haraczu, przewyższającego możliwości finansowe drużyny. Rozjuszony, rzucił się do ataku! Rodryg wyrwał zza pasa blaster i poraził wroga magicznym promieniem. To jednak nie wystarczyło. Jeden z barbarzyńców padł z głową oderwaną od tułowia. Sokole Oko dzielnie zasłonił Rodryga i związał bestię walką; w tym czasie "Ogier" ładował w trolla strzał za strzałem. Petru podkradł się od tyłu i chlasnął szponami po nogach, obalając trolla na kolana – akurat w momencie, gdy ten rozerwał na strzępy Sokole Oko... Wszyscy rzucili się rąbać potwora (nawet Jagoda z pożyczonym od Rodryga mieczem), ale prędko ujrzeli, że jego rany zasklepiają się – wszystkie z wyjątkiem tych zadanych przez blaster. Wreszcie Rodryg odstrzelił trollowi głowę.

Zanim zdążyli ochłonąć, z lasu po drugiej stronie rzeki wyłoniła się jakaś postać, odziana w czarną, obszytą złotymi frędzlami szatę z kapturem. Nieznajomy grobowym głosem zażądał wydania dziewczyny. Wtem! Na majdan wkroczył znajomy Dendryk – dziwaczny staruszek spotkany przed paroma tygodniami w lesie. Z szacunkiem zwrócił się do osobnika w czerni, tytułując go "kapłanem" i prosząc, by zostawił drużynę w spokoju. Tamten nie wyrzekł słowa, tylko wskazał Dendryka palcem. Starzec zatoczył się, jakby otrzymał cios. "Uciekajcie!" – wysapał. Gdy drużynnicy pędzili do tratwy, Rodryg obejrzał się. Zdało mu się, że Dendryk i postać w czerni wzbijają się w powietrze i skaczą sobie do gardeł, a wokół zaczęły walić kule ognia i błyskawice!

Czym prędzej śmiałkowie oddalili się, płynąc dalej w dół rzeki. Ta stawała się coraz mniej burzliwa. Po drodze widzieli stada dzików. Petru wykombinował, dlaczego wszyscy chcą dorwać Jagodę – dziewczyna prawdopodobnie jest jeszcze dziewicą. Rodryg, rzecz oczywista, zaczął się do niej przystawiać, ale dostał tylko w mordę. Wreszcie dopłynęli do ściany. Szarej i niknącej w chmurach – tak jak te w pobliżu wejścia do Pawilonu. Dotarli do krańca. Woda kotłowała się i bulgotała, wpadając w ścianę. Zbita z pantałyku grupka dyskutowała, co dalej robić, gdy nagle usłyszeli rżenie i łopot skrzydeł. Zadarli głowy do góry – obserwowało ich stado pegazów, skrzydlatych koni.

Rodryg rozpoczął pertraktacje z przywódcą. Okazało się, że z Pawilonu można wydostać się na trzy sposoby: na pokładzie statku kosmicznego, na grzbiecie smoka lub pegaza właśnie. Ta ostatnia droga jest jednak zastrzeżona wyłącznie dla dziewic. Rodryg zaproponował Jagodzie, by skorzystała z okazji. Dziewczyna zgodziła się i po krótkim pożegnaniu (i zapewnieniu, że będzie czekała!) odfrunęła w przestworza.

Reszta śmiałków zeszła na ląd, skoro dalej nie można było płynąć. Wyliczyli, że minął mniej więcej miesiąc od momentu ewakuacji Norusa i Caremusa. Rodryg zagwizdał w gwizdek astronauty i niebawem nad lasem zjawił się latający talerz. W snopie światła przybył astronauta. Zgodził się zabrać na pokład cztery osoby. Tylu ich akurat zostało, jednak Rodryg nie chciał odchodzić, zdeterminowany, by odnaleźć swoją zaginioną rodzinę i plemię. Jeden z dwóch pozostałych jego przybocznych poprosił o zgodę na odejście, na co "Ogier" przystał. Na pokład statku wszedł również Petru. Astronauta naładował blaster do maksimum (15 ładunków), po czym latający talerz odleciał.

Rodryg siedział zasępiony, gdy spomiędzy drzew wyszedł potężnie zbudowany mężczyzna o odrażającej aparycji, odziany w futra. Przypominał on nieco Bjorna – wielkiego wojownika żyjącego w tych lasach. Szybko przełamano nieufność. Nieznajomy zwał się Konon Barbarzyńca i istotnie był jednym z przybocznych Bjorna. Na dodatek – niedźwiedziołakiem! "Ogierowi" raźniej się zrobiło na duchu, mając takiego sprzymierzeńca.

Grupka ruszyła na północ. Szli ciągle przez las. Szczęśliwie utrzymywała się pochmurna pogoda, mieli jeszcze sporo racji żywnościowych. Z drzewa wypatrzyli, że przed nimi znajduje się jakieś wielkie jezioro i tam właśnie skierowali swe kroki. Odkryli kamienny krąg, wzniesiony wokół źródła. Po upiciu zeń poczuli się odświeżeni i pokrzepieni. Zaiste, nie była to zwyczajna struga! Stąd podążyli na zachód, wędrując brzegiem jeziora. Ich uwagę przykuły wznoszące się ponad lasem dymy.

Był już wieczór, gdy dotarli do jakiejś samotnej skały. Ziało w niej wejście do jaskini. Śmiałkowie sposobili się właśnie, by skryć się w środku, gdy dobiegł ich ostry kobiecy głos, nakazując iść precz. Próby negocjacji spełzły na niczym, z groty wypadło kilka szkieletów. Rodryg ostrzelał je z blastera, a resztę wycięli Konon wraz z ostatnim barbarzyńcą. Jednak z ciemnego wejście zaczęły nadlatywać bełty, drużynnicy przypadli do ziemi i skryli w krzakach.

Po pełnym napięcia wyczekiwaniu nastąpiła kolejna próba sił. Siedzący w jaskini wyraźnie chcieli odstraszyć awanturników. Ze środka wypadło kilku łysych, dumnych z sił swych mięśni osobników, przybranych w dziwne odblaskowe skafandry z naszytymi paskami. Wymachiwali gładko oszlifowanymi maczugami i wykrzykiwali "WKS! WKS!". Największy padł, trafiony z blastera w twarz. Reszta uciekła.

Zapadły ciemności. Odparto jeszcze kilka takich ataków, przerywanych próbami negocjacji. W efekcie z jaskini wyszła jakaś dziewczyna i zadośćuczyniła potrzebie seksualnej przybocznego Rodryga. Jednak to nie ona była przywódczynią bandy, tamta bowiem nie ujawniła się. Wreszcie dała za wygraną i zaoferowała śmiałkom Klucz. "Ogier" przystał na to. Ze środka wyrzucono kamienny przedmiot podobny do Klucza Ziemi. Niestety, Konon podkradł się i nieroztropnie usiłował pochwycić rzucającą rękę. Zamiast tego oberwał zardzewiałym mieczem, z dziury wypadła kolejna horda szkieletów. Konon zginął zarąbany, nim się obejrzał. po chwili padł również przyboczny. Rodryg wyskoczył z krzaków, chwycił klucz i rzucił się do ucieczki. Zanim zniknął między drzewami, zatoczył się – w jego ramieniu tkwił bełt z kuszy.

Był sam, w środku ciemnego, obcego sobie lasu pośród głębokiej nocy. Na domiar złego był ranny i stracił większość swojego ekwipunku i zapasów, które zostały w obozie. Sytuacja jawiła się beznadziejnie, gdy wtem usłyszał szelest i znajomy sobie głos. To Bjorn go wytropił. Barbarzyńca wyjaśnił w krótkich, chaotycznych słowach, co się stało. Bjorn nie było zadowolony ze śmierci swojego podopiecznego Konona, ale zgodził się przeprowadzić Rodryga w bezpieczne miejsce...

CDN

2 komentarze:

Kasmizar pisze...

Co tam sie odwalilo na tej sesji? Widac, ze duzo dobrego sie dzialo.

Robert pisze...

Tak, a niebawem ukaże się kolejny odcinek ;)