30 grudnia 2017

[OD&D] Karmazynowa toń, odc. 4

Drużyna w mocno okrojonym składzie (tylko dwóch graczy, bez Gurczena) dalej eksploruje dziwaczną wyspę na karmazynowym oceanie. Udało się zwiedzić kawał mapy i odkryć nowe lokacje. Oczywiście, nie zabrakło przy tym niebezpiecznych spotkań i zadziwiających znalezisk. Kości raz po raz płatały figle – kilka załamań prawdopodobieństwa zaskoczyło nawet prowadzącego. Fight on!




Weteran Dalibor – cieśla okrętowy i farbiarz; cherlawy, wytrzymały, zwinny i wstrętny (F-M 1, HP 5, AC 6)
Medium Stefan „Czarny Zwierz” – wysoce inteligentny i zwinny magik (M-U 1, HP 4, AC 9)

Gdy nastał dzień, Stefan i Dalibor zorientowali się, że nie ma z nimi Gurczena. Zawadiaka przepadł bez wieści. Nie tracąc animuszu, postanowili zbadać kilka miejsc, których przybliżoną lokalizację skopiowali ze zdobytej w nawiedzonym młynie mapy.

Ruszyli na północ. Wtem z krzaków wyskoczył żywy koszmar – gargantuiczna bestia, krocząca na dwóch nogach, okryta łuską i piórami, z potworną głową na długiej szyi i paszczą pełną długich niczym miecze kłów. Kłapnęły szczęki i jeden z przybocznych w oka mgnieniu zakończył żywot, zmieniając się w krwawą miazgę. Dalibor pchnął oszalałego ze strachu muła w stronę dinozaura i „śmiałkowie” dali dyla.

Biegli długo, aż dotarli do nieznanej jeszcze części lasu. Zgubili orientację w terenie i dłuższą chwilę zajęło jej odzyskanie. Natknęli się na wielki głaz z przymocowaną tabliczką. Napis głosił:

BOJOWNIKOM ZA WOLNOŚĆ I DEMOKRACJĘ

Nie mieli narzędzi, aby rozmontować tablicę – łom został na nieszczęsnym mule, podobnie jak reszta narzędzi i sprzętu obozowego. Póki co zostawili głaz w spokoju i zbadali sąsiednie obszary. Odkryli kolejną zrujnowaną kamienną wieżę – bliźniaczo podobną do tej, która kosztowała życie Kordzimiła. Spękanych murów nie porastała tym razem żółta pleśń, lecz jakieś kolczaste rośliny. Dalibor na wszelki wypadek spalił je pochodnią, trzymaną na bezpieczną odległość. Odsłoniło się wejście do środka. Resztę dnia zajęło odgruzowanie potrzaskanych kamieni, belek i dachówek. Pod rumowiskiem znajdowało się zejście do piwnicy!

Zbadano je następnego dnia. Spiralne schody wiodły w dół, wąskie na tyle, że musieli iść gęsiego. Po kilku zakrętach weszli do niewielkiej zatęchłej piwnicy. Spędzili tu godzinę, paranoicznie badając każdą ścianę i płytkę w podłodze. W końcu pomieszczenia znajdował się zbutwiały kufer, a w nim – trochę złota i nieco więcej srebra! Nic więcej tu nie było. Ruszyli na górę…

Pierwszym, który wyszedł na światło dzienne, był jeden z przybocznych. Wtem reszta usłyszała jego przeraźliwy wrzask, przerwany obrzydliwym kłapnięciem i zgrzytem. Powrócił dinozaur! Czyżby ich wytropił? Zbiegli z powrotem do piwnicy i siedzieli w ciemnościach dłuższy czas, aż potwór sobie pójdzie. Gdy wychynęli wreszcie na powierzchnię, znaleźli tylko krwawą plamę i kawałek nogi w bucie. Grupka topniała coraz bardziej, zostało ich już tylko czterech…

Uradzili, by jak najprędzej wracać do grodu i takoż uczynili, po drodze polując – i to z niemałymi sukcesami (Dalibor ustrzelił z łuku żubra, całkiem sporo zwierząt uśpił Stefan). W grodzie okazało się, że Gurczen został tu jakimś sposobem przeniesiony, ale leżał nieprzytomny w namiocie, otumaniony lorazepamem i energetykami.

Po odpoczynku w wiosce drużynnicy postanowili zrealizować poprzedni plan – powrócić do kurhanu zmór i wydobyć resztę srebra. Kupili nowego muła, sprzęt i zapasy – i powędrowali. Niedaleko przeklętej studni dostrzegli pełzającego wielkiego czerwia, ale nie ośmielili się go zaatakować.

Nieco dalej w lesie napotkali czterech ludzi! Kudłaci i brodaci, o twarzach wytatuowanych w dziwaczne abstrakcyjne wzory, nosili skórzane kurtki oraz paski i bransolety nabijane ćwiekami, a zbrojni byli w solidne pały okręcone drutem kolczastym. Próba pertraktacji spełzła na niczym – nieznajomi zażądali ¾ łupu dla siebie, na co drużyna nie chciała się zgodzić. Grupy rozeszły się.

Poszukiwacze skarbów dotarli do kurhanu, spakowali resztę srebra i ruszyli bez zwłoki w drogę powrotną. Nieopodal przeklętej studni ponownie spotkali barbarzyńców, którzy właśnie mieli nabrać wody. Stefan wyskoczył z krzaków i powstrzymał ich. Ostrzegł, czym to grozi i zaproponował wspólny powrót do wioski. Tak też się stało. Przed wyruszeniem w drogę Stefan zatknął na studni pergamin zawierający ostrzeżenie przed zatrutą wodą.

W grodzie Dalibor usiłował ponownie skaptować kudłatą bandę, ale tym razem wkurzyli się nie na żarty – prawdopodobnie nie spodobała im się paskudna facjata śmiałka. Lider imieniem Batory rzucił mu wyzwanie. Walka była szyba i zażarta – zdzielony toporem w czerep Batory runął na glebę, zalewając się krwią. Dalibor zatargał przeciwnika do Pana Jawła i złożył stosowną ofiarę – patriarcha wymamrotał Pater noster, przyłożył ręce i rany barbarzyńcy zasklepiły się!

Upokorzony Batory złożył hołd Daliborowi i został jego przybocznym. Nie spodobało się to jego dotychczasowym kompanom, którzy pozbawili go przywództwa i wyraźnie stronili od śmiałków. Stefan kupił sporo wina i zaproponował barbarzyńcom popijawę, na co tamci chętnie przystali. Libacja trwała aż trzy dni. Magik miał w tym ukryty cel – każdego dnia rzucał urok i w ten sposób wszyscy trzej stali się jego wiernymi sługami.

Wzmocniona drużyna (stan osobowy wzrósł do ośmiu) wybrała się na zachód. Minęli studnię, gwiazdolot, rozpadlinę i samotną górę. Wreszcie natknęli się na czarną piramidę, wysoką na kilka metrów. Dostrzegli zarys drzwi, ale nie ośmielili się tam zapuścić. Ruszyli dalej, docierając na skraj lądu. Tutaj coś błysnęło.

Podeszli bliżej i wśród drzew znaleźli coś na kształt kolumny – tyle że wykonanej z czarnego metalu, o podstawie i kapitelu zdobionych fantazyjnymi okuciami. Na szczycie świeciło się światełko. Dalibor wspiął się kilka metrów i odczepił przedmiot, przywiązany drutem. Był to metalowy walec zakończony szklaną szybką, która emitowała światło. Na walcu był jakiś ruchomy element. Po wciśnięciu go światło zgasło. Po powtórnym wciśnięciu – zapaliło się! Stefan zrozumiał, że odkryli potężny artefakt, emitujący światłość – przynajmniej tak długo, póki nie wyczerpie się jego moc.

Ruszyli na północ. Z drzew rzuciły się na awanturników trzy skrzydlate małpy. Zanim ochłonęli z zaskoczenia, jeden z barbarzyńców zginął, rozszarpany przez potwory. Stefan zdołał jednak uśpić przeciwników, których następnie zarżnięto.

Dalej natrafili na pole bitwy. Wśród drzew leżało kilkaset, a może i kilka tysięcy szkieletów. Wszędzie walały się skorodowane i rozłupane elementy uzbrojenia. Dalibor chciał przeszukać pobojowisko (przypomniały mu się legendy o zaginionym IX legionie), ale Stefan zaprotestował, w obawie, że szkielety powstaną w nocy.

Powędrowali zatem dalej, docierając na pagórkowaty, usiany skałkami teren. W kotlince dojrzeli 11 wielkich wilków, ale nie mieli ochoty na bliskie spotkanie i ominęli watahę. Osiągnęli filar, a następnie powędrowali wzdłuż klifów na wschód. Tu dojrzeli kolejną wieżę, ale już jej nie badali. Skręcili na południe. Odkryli sterczącą z ziemi metalową rurę z wajchą. Popracowali chwilę i z rury trysnęła woda. Stefan napełnił bukłak, ale póki co nikt nie ośmielił się próbować cieczy – mając w pamięci, co stało się z Lejcomirem.

Tutaj spotkali siedmiu ludzi – czterech mężczyzn i trzy kobiety – odzianych podobnie, jak ludzie w grodzie. Ci byli jednak ponadprzeciętnie wysocy, gibcy i piękni. Na szyjach nosili obroże z klejnotem. Gadka nie kleiła się, tamci mówili zagadkami i ignorowali przyjazne gesty śmiałków. Rozeszli się.

Kończyła się żywność (przez cały czas polowano, ale ze zmiennym szczęściem), trzeba było zatem wracać. Uciekli przed potworem przypominającym skrzyżowanie kobiety z wężem. Nieopodal ponurego zamczyska natknęli się na wielkie pajęcze sieci rozpięte między drzewami. Nastąpił zwrot w tył – woleli nadłożyć drogi, niż ryzykować spotkanie z przerośniętymi pajęczakami. Poświęcili kilka dni na polowanie, ale tym razem bez efektów. W oczy zajrzało im widmo śmierci głodowej. Po czterech dniach bez prowiantu dowlekli się wreszcie do grodu. Niestety, puste mieli nie tylko brzuchy, ale i sakiewki…

CDN

1 heks = 1 liga = 3 mile (~5 km)



OKIEM SĘDZIEGO


Sesję ustawiły zbiegi okoliczności – spotkanie dwa razy z rzędu dinozaura (HD 13, DAM 3-18…), a potem barbarzyńców. Gracze inicjowali dużo interakcji z NPC (sporo się działo w Grodzie), a zarazem mądrze unikali spotkań z potencjalnie silniejszymi stworami w Dziczy. Moduł Lochu pozostaje póki co niedorozwinięty. Po ostatnich zgonach narosła paranoja, każdy element jest sprawdzany, a w wielu przypadkach gracze po prostu odpuszczają. Jak jednak widać, PC na 1. poziomie są w stanie przetrwać, choć spora w tym zasługa przybocznych, którzy przyjęli część ataków (cele ustalane losowo).

Brak komentarzy: