18 stycznia 2018

[OD&D] Karmazynowa toń, odc. 7

Przedstawiam najbardziej tragiczny odcinek. Co tu dużo mówić – to po prostu trzeba przeczytać.




Myrmidon Gurczen – drwal; bystry i zręczny (F-M 6, HP 22, AC -2)
Jasnowidz Bikont – zwinny geniusz i poliglota, z zawodu kucharz (M-U 2, HP 7, AC 9)
Jasnowidz Stefan „Czarny Zwierz” – wysoce inteligentny i zwinny magik (M-U 2, HP 4, AC 9)
Weteran Dalibor – cieśla okrętowy i farbiarz; cherlawy, wytrzymały, zwinny i wstrętny (F-M 1, HP 5, AC 6)

Ważniejsi przyboczni:
Bohater Gwidon (F-M 4, HP 13, AC 0)
Wojownik Strzelba (F-M 2, HP 10, AC 7)
Weteran Batory (F-M 1, HP 7, AC 7)

Wszyscy pozostali przy życiu śmiałkowie zjednoczyli się, aby odnaleźć ostatni klucz i ostatnią kulkę. Uzupełnili zapasy i skrzyknęli przybocznych. Łącznie drużyna liczyła 10 ludzi. Ruszyli na zachód – do czarnego lasu.

Gdy po dwóch dniach weszli między czarne drzewa, okazało się, że są one metalowe. Gałęzie i sęki miały ostre kanty, dlatego też nikt nie próbował wspinaczki. Może drzewa są tylko obite blachą? Na wszelki wypadek zachowywali jednak ostrożność. Przemaszerowali przez dziwną knieję i po wejściu do zwykłego lasu Dalibor wspiął się na drzewo i rozejrzał. Nieopodal dostrzegł polanę. Czym prędzej ruszyli w tamtą stronę.

Ich zdziwienie było ogromne, gdy wyszli z paproci i dostrzegli, że w centrum polany wznosi się masywna kamienna forteca. Wysokie na 12 metrów mury okalały kwadratowy dziedziniec. Ponad nim wznosiły się dachy przynajmniej kilku budynków i wież. We wschodnim murze widniały dwuskrzydłowe wrota. Były zamknięte, nikt nie trzymał warty na murze. Od wrót do skraju lasu było może ze 20 metrów. Śmiałkowie naradzali się, co robić, gdy wtem ktoś na nich zawołał. Nad murami pojawiło się kilkanaście głów. A konkretniej – wilczych łbów w charakterystycznych stalowych hełmach. SS wilkołaki z Marsa!

W dość ostrych słowach potwory kazały drużynie iść precz, grożąc w przeciwnym razie śmiercią. Awanturnicy odeszli na południe. Tutaj odkryli teren ciut bardziej pofałdowany i sporo formacji skalnych.

Po naradzie wojennej powzięli decyzję, by spróbować zaatakować twierdzę. Taktyka opierała się na sprowokowaniu przeciwników do bitwy w otwartym polu, gdzie drużynowi jasnowidze mogliby ich łatwo uśpić. O poranku powrócili na skraj polany. Tu Stefan odczytał zwój ochronny przed likantropami, znaleziony w Nawiedzonym Młynie. Ufni w swoje siły wyszli z lasu i wezwali potwory.

Kilka zaciekawionych wilczych głów wychyliło się zza blanek. Znowu posypały się pogróżki. Drużynnicy urągali wilkołakom w najlepsze. Tamci wreszcie zapowiedzieli, że zaraz wyjdą z fortu. Dało się słyszeć odgłosy krzątaniny, szczęk oręża i rozmowy w jakimś obcym języku. Gurczen i Bikont zrozumieli ten język. Była to mowa gnolli. Dało się wyłapać urywki rozmów – załoga fortu była pewna swego. Nie obudziło to czujności poszukiwaczy przygód, którzy twardo czekali na wymarsz przeciwników.

Wreszcie wrota się otworzyły i na polanę wypadł oddział wilkołaków (czy raczej gnolli) wymachujących mieczami i toporami. Bikont i Stefan uśpili 15 z nich, jednak przez uśpionych przeskakiwały kolejne gnolle. Świsnęły strzały i włócznie, kilku zatoczyło się ranionych, ale za nimi parli następni. W okamgnieniu śmiałkom zrzedły miny. Zrozumieli swój błąd – gnolli było około setka. I teraz parły im na spotkanie, szarżując z dzikim wyciem! Zwój ochronny oczywiście nie chronił, jako że potwory te wilkołakami były tylko z nazwy.

Rzucili się w las, ale było już za późno. Gnolle były szybsze i zwinniejsze, błyskawicznie skróciły dystans i oskrzydliły drużynę. Nikt nie myślał już o formacji, po chwili wszyscy walczyli w osamotnieniu przeciwko przeważającej liczbie wrogów, otaczającej ich ze wszystkich stron. Z okrążenia wyrwał się tylko Stefan, który miał stosunkowo lekki tobołek. Bikont nie nosił zbroi, za to targał masę sprzętu – po chwili padł zarąbany. Dalibor wyrzucił ekwipunek i począł wspinać się na drzewo, ale został złapany za nogi, ściągnięty na ziemię i zakatowany. Przyboczni okazali się lojalni i stawili bohaterski opór. Pomniejsi wojacy zginęli już w pierwszej szarży. Batory dokonywał cudów, młócąc bejzbolem owiniętym drutem kolczastym, ale padł pchnięty w plecy. Gwidon i Strzelba mieli magiczne miecze – udało im się upuścić trochę wrażej krwi, zanim masa wilkogłowców przykryła ich zupełnie.

Pozostał jeszcze Gurczen. To nie był jego dzień. O ile magiczna zbroja, tarcza i pierścień chroniły go skutecznie, odpychając ciosy wrogów, o tyle sam myrmidon nie był w stanie wyrwać się z okrążenia. Zabił dwóch gnolli i ranił kolejnego, ale po chwili zdał sobie sprawę, że pozostał sam. Tamci nawet go nie atakowali, otoczyli tylko ścisłym kordonem.

Rozstąpili się na chwilę, przepuszczając wielkiego gnolla – najwyraźniej wodza bandy. Rozpoznał w Gurczenie wielkiego wojownika i rzucił mu wyzwanie. Rozpoczął się pojedynek!

Walka trwała dobrych kilkanaście minut. Duelanci raz po raz z furią nacierali na siebie. Magiczny buzdygan kilkakrotnie sięgnął celu, ale wódz gnolli zdawał się mieć niespożyte siły. Sam zresztą odgryzał się niezwykle kąśliwie – raz po raz jego miecz z napisem Meine Ehre heißt Treue przedzierał się przez gardę śmiałka. Gurczen broczył krwią z wielu ran, w oczach mu ciemniało, a prawica omdlewała.

Herszt przerwał na chwilę walkę. Podziwiał odwagę i zdolności bojowe herosa. Zaproponował, że daruje mu życie, pod warunkiem, że Gurczen odda magiczną broń i zbroję, i złoży u jego stóp – oczywiście, na kolanach. Myrmidon próbował się targować, proponując tylko tarczę. Gnoll warknął ostrzegawczo i raz jeszcze wezwał do poddania się. W odpowiedzi bohater skoczył do przodu, wznosząc buzdygan. Przeciwnik uskoczył, zakręcił młyńca i uderzył straszliwie.

Tak zginął myrmidon Gurczen.

1 heks = 1 liga = 3 mile

10 komentarzy:

Shockwave pisze...

Pulvis es et in pulverem reverteris...

Robert pisze...

OKIEM SĘDZIEGO

Uwagi dodaję dopiero teraz, bo wcześniej nie miałem czasu. Jak łatwo się domyślić, nie jest to raport z całej sesji, a tylko jej części. Przygody Stefana, któremu udało się ujść z życiem, opiszę w osobnym odcinku.

Kilkakrotnie próbowałem ostrzec graczy ustami gnolli, ale zignorowali groźby - najwyraźniej uznali, że blefuję. Ostatnią szansę dałem, gdy wypadło 1/6 przy teście nasłuchiwania, że podsłuchają rozmowę w języku gnollskim (potwory były pewne, że za chwilę zniszczą drużynę - może mogłem rzucić wprost coś o liczebności?).

W efekcie dostaliśmy jatkę jak w Pustkowiu Piktów. Myślę, że zagrała zupełnie nieuzasadniona wiara w zwój ochronny i uśpienie - jakoś się przyzwyczaili, że przeciwników bywało mniej więcej tyle, że dawali się powalić jednemu Medium.

Odniosłem wrażenie, że gracze oczekiwali, że po deklaracji "spierdalamy" po prostu uciekną w siną dal. Nie tym razem. Porównałem sobie MV - wreszcie zemściło się targanie tony sprzętu. Pozwoliłem uciec tylko Stefanowi, który miał większą wartość tego (często pomijanego) współczynnika niż gnolle, a i tak poleciało w niego parę strzał. Nagle okazało się, że te wszystkie baniaki z olejem, wody święcone, pochodnie, liny i szpadle coś ważą. Nikt nie zadeklarował, że zostawia sprzęt w obozie czy coś takiego. Tylko Dalibor próbował wywalić toboły i wspinać się na drzewo - dobry pomysł, zgodziłem się, ale musiał przetrwać atak 6 potworów. Nie przetrwał (choć prawie się udało, bo "trafił" tylko ostatni!).

Co do Gurczena - nie pozwoliłem mu się przebić, bo niby dlaczego miałoby to być takie proste? Rzuty były po prostu fatalne, większość poniżej 10. Pojedynek z wodzem (HD 6+3...) i jego propozycja kapitulacji nie wyszła z żadnego rzutu - przyznam, że chciałem oszczędzić chociaż tego bohatera. Wybrał inaczej - jego prawo. Pewnie najlepiej, gdyby sam gracz się wypowiedział, ale być może wolał śmierć niż upokorzenie.

Wolfgang Schwarzenatter pisze...

Czyli nasze przypuszczenia z lewackiej grupy były słuszne, graczy poniosło, za bardzo uwierzyli we własne siły. Spoko, że nie rzucałeś na kapitulację, tylko z głowy zaproponowałeś poddanie. Nie ma co popadać w manię turlactwa, reakcja kierownika gnolli była logiczna.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego gnolle nie użyły broni palnej, z pierwszego spotkania wynikało, że chyba taką mają, co nie?

Szkoda Gurczena, ale przecież gracz nie kończy przygody, tylko stworzy nową postać i będzie dalej kombinował, prawda?

Robert pisze...

Starałem się to odgrywać zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, biorąc pod uwagę okoliczności i "światopogląd". Mów, co chcesz, koleś - Narodowy Socjalizm to przynajmniej jakiś etos.

Niewykluczone też, że gracze po prostu przyzwyczaili się do wielokrotnych reaction roll/oracle dice. Zauważyłem, że często próbują czegoś do skutku (np. inny gracz próbuje tego samego albo formułują to samo zapytanie do wyroczni trochę inaczej). Pierwsza reakcja gnolli była "niepewna", stąd nie wypadły od razu zabić PC. Wcześniej było 50% szans na to, że wyjdą drużynie na spotkanie po wejściu na heks z twierdzą (zgodnie z vol. III).

Co do broni palnej, to tylko kilku ma Lugery i oszczędnie z nich korzystają ;)

Oczywiście, walka trwa, a raport z drugiej części dodam na dniach.
% "in lair" zinterpretowałem jako szansę na to, że gnolle są w twierdzy - nie, że % z danej liczby jest na miejscu, a reszta się rozlazła po okolicy (a tak chyba robił Arneson).

Przemoslav pisze...

Szkoda Gurczena, to jasne - liczyłem, że dożyje budowania własnej twierdzy, tytułu hrabiowskiego i rezydencji w Lasku Teutońskim. No ale tak to już jest - jedna nieprzemyślana akcja i finito.

Na miejscu oddziału raczej bym obserwował zamek, zrobił rekonesans, wysłał kogoś na przeszpiegi (zręcznego zwiadowcę, niewidzialnego czarodzieja itp.), może jakaś dywersja (podpalenie?) lub polowania na oddziały patrolujące okolicę - naziole na pewno je wysyłali, bo ordung musi być - w sam raz na zasadzkę z uśpieniem i dożynkami ;). Wnioskuję, że patrole pewnie noszą lugery (mięli przy okazji dawniejszego spotkania) - to by była cenna zdobycz i przewaga (I guess, BTW jak rozwiązujesz pistolety, lasery i podobne?). Do tego skałki nieopodal - może dało by się zbunkrować, nękać twierdzę i potem wciągnąć w pułapkę do jaskini lub wąwozu? O pójściu po posiłki nie wspominam - mogło by się fajnie zwrócić po zdobyciu Złotego Pociągu, worka złotych zębów, kolekcji cennych obrazów czy co tam mięli zrabowane po piwnicach, hehe ;).

No a teraz to już po ptokach - Gurczena pewnie zjedli na kolację, chociaż jak taki był szacun bossa, to może nie zjedli a pochowali z honorami? Stefan musiałby teraz szybko ukraść z grodu biskupa-wskrzesiciela, przytaszczyć go do twierdzy razem z setką zbrojnych i może by jakoś to było ;). Ech, marzenia ściętej głowy ;).

Robert pisze...

Możliwości było wiele, ale zdecydowali się na frontalny atak. Przy takiej liczbie przeciwników koniec mógł być tylko jeden. Widać, że żadnego planu B nie było. Zapewne założyli, że gnolli jest 3k6 i 2 uśpienia wystarczą. Przeliczyli się - bywa i tak.

Patrol latał po okolicy, zawsze jest szansa go spotkać w terenie.

Broń palna / lasery - nie mam żadnego przepisu, póki nie zostanie użyta ;) tak na szybko to-hit vs AC 9 (a więc z pominięciem zbroi), DAM w zależności od typu broni (pistolet d6+2, karabin 2d6, karabin plazmowy 3d6 lub 4d6 itp.). Super śmiercionośne lasery - save vs death ray or die.

Przemoslav pisze...

Myślałem bardzo podobnie:

Pistolet 3-8.
Karabin 3-13 (2k6+1, żeby nie było szansy na mniej niż pistolet).
Ogień zaporowy z karabinu: ST vs Breath Weapon (Dragon Breath) i 2k6+1 - analogicznie dla miotacza ognia, ale z regulowanymi obrażeniami (k6+1 do 3k6+3), a tym samym zasięgiem (im dalej podpalasz tym mniejsze obrażenia).
Laser tak jak napisałeś.

Myślałem zostawić normalne AC - u mnie te rzeczy mają być w miarę częste do znalezienia (jako artefakty Starożytnych), więc nie chcę przegięcia pały w obie strony.

Ciepnę wkrótce wpis u siebie z większym arsenałem to pogadamy :).

Wolfgang Schwarzenatter pisze...

@Robert

Po lekturze "Historii społecznej III Rzeszy" Grunbergera nie dam się przekonać, że "nazistowski etos" to coś więcej niż tylko artefakt popkulturowy.

Próbowanie do skutku jest spoko, tak jak ostatnio o tym pisałem u siebie, o ile każda kolejna próba powoduje powstanie ryzyka lub zużycie zasobów. Z reakcją jest tak samo, jeśli gracze natrafiwszy na niepewne potwory wchodzą w interakcję ryzykują, że zaraz jednak zostaną zaatakowani. Z punktu widzenia optymalizacji skuteczności gry, to powinna być okazja do ominięcia spotkania. Ale z drugiej strony - dobrze, że to nie jest jedyny punkt widzenia, dzięki temu mamy interesujące historie.

Widzę, że każdy interpretuje sobie "% in lair" jak chce;) Widziałem już wiele pomysłów, chociaż mi osobiście najbardziej podoba się właśnie uznawanie, że to oznacza ile potworów zostało w domu.

I jeszcze przy okazji - tani chwyt z podzieleniem raportu na dwie części ;P Ale skuteczny, 2-12 czytelników przez parę dni miało zagwozdkę;)

Robert pisze...

Z tym etosem to cytat z Big Lebowskiego ;)

In lair - pomijając już prawdomówność z Arduin (słynne "in liar"), można to też rozumieć, czy do spotkania doszło w pobliżu leża, co poniekąd może generować nowe miejscówki na mapie. Kiedyś tak robiłem w Pustkowiu Piktów jeszcze.

A chwyt może i tani, ale za to jakie emocje!

Wolfgang Schwarzenatter pisze...

Shame on me, że nie poznałem, ale po wyskokach Jarla nigdy nie wiadomo;P

Chyba większość przyjmuje, że chodzi o to, czy spotkanie nastąpiło w leżu stwora. Co może być fajne, bo zmienia sytuację na mapie, ale ja wolę sobie samodzielnie interpretować gdzie są leża bazując na tym co wypada na spotkaniach.