10 marca 2018

[OD&D] Karmazynowa toń, odc. 13

Drużyna w osłabieniu, bo tym razem bez Gurczena. Już po pierwszym kwadransie gry mogło być po wszystkim, ale zimna krew i łeb na karku jednego z graczy uratowały sytuację. Wpadło trochę skarbów, były zgony, są i awanse. Rozegrałem wielką bitwę na CM, pojawił się Balrog! Słowem – dużo się dzieje. A będzie jeszcze ciekawiej... Do boju!


Wystąpili:

Fechmistrz Ślimak – odrażający, śliniący się idiota i przygłup, z zawodu garncarz i poeta z bębenkiem (F-M 3, HP 13, AC 1)
Sztukmistrz Stefan „Mroczny Szpon” – wysoce inteligentny i zwinny magik (M-U 3, HP 11, AC 9)
Wojownik Dalibor – cieśla okrętowy i farbiarz; cherlawy, wytrzymały, zwinny i wstrętny (F-M 2, HP 11, AC 6 [2])
Wojownik Tomasz Wieczór – bardzo wytrzymały, niezręczny i brzydki historyk oraz witrażysta (F-M 2, HP 8, AC 2)
Zły Adept Gordon Skórzany – słabowity, acz zwinny urzędnik Ministerstwa Propagandy Rzeszy (A-C 2, HP 7, AC 2)

Ważniejsi NPC
Weteran Pętak (F-M 1, HP 6, AC 2)

Gdy śmiałkowie powrócili do fortecy, dowiedzieli się, że gnolle (Wilkołaki SS z Marsa) przedsięwzięły wyprawę do Czarnego Zamku. Oddział specjalny zszedł do podziemi, gdzie nadział się na upiory Sowietów. Gnolle miały jednak zwój ochrony przed umarlakami, który ocalił ich przed atakiem bolszewików. Dowódca nazistów z wrażenia upuścił miotacz ognia, ale zdołał go podnieść i wypalić do rejterujących truposzy – sześć spłonęło na popiół, pozostałe cztery, mocno nadpalone, zniknęły w ciemnościach. Gnolle wycofały się na powierzchnię.

Awanturnicy ani myśleli zapuszczać się w podziemia – nawet poszarpane upiory stanowiły wciąż śmiertelne niebezpieczeństwo, a nikt nie władał magiczną bronią. Pomaszerowali zatem do pompy z uzdrawiającą wodą. Po drodze spłoszyli wielkiego niedźwiedzia, widzieli też siedmiu dziwnych ludzi (pięknych i przystojnych), ale tamci prędko zniknęli między drzewami. Bez przeszkód dotarli do pompy i napełnili bukłaki. Zapadła decyzja – ruszą do Doliny Czerwonej Mgły, by sprawdzić, czy opar już się ulotnił.

Nie dane było im tam dojść. Przeszli może ligę, gdy z lasu wypadły trzy ogry i z wrzaskiem przypuściły szarżę. Stefan uśpił jednego, pozostałych ostrzelano, ale z niewielkim skutkiem. Z pola walki zdezerterował ostatni z przybocznych Gordona. Już w pierwszym starciu zły adept padł z czaszką roztrzaskaną ciosem bejzbola owiniętego drutem kolczastym. Stefan usiłował zauroczyć jednego z potworów, ale pojął, że moc zaklęcia jest za słaba; rzucił się przeto dobić tego uśpionego. W tym czasie walka przybrała niefortunny dla śmiałków obrót – po heroicznym boju zginął Pętak, a po chwili padł i Tomasz Wieczór. Ostatnim, co widział, zanim ogarnęła go ciemność, była czerwona sukienka… Dalibor i Ślimak, ciężko ranni, ledwo trzymali się na nogach. Ogry też były mocno poranione.

Sytuację ocalił Stefan. Uśpił kolejnego ogra, a zarazem Dalibora i Ślimaka, natomiast ostatniego potwora sprowokował wyzwiskami i obraźliwymi gestami. Ogr rzucił się w pogoń za magikiem – ten jednak był szybszy i wywiódł potwora daleko w las. W międzyczasie rzucił na siebie niewidzialność. Zgubił ogra i powrócił na miejsce walki. Dorżnął uśpionego, obudził kompanów, którzy pokrzepili się uzdrawiającymi napojami. W samą porę – ogr powrócił! Napięli łuki, ale w nerwach chybili. Po chwili cios bejzbola poważnie poturbował Ślimaka i sytuacja znowu wyglądała źle. Stefan nie wytrzymał i rzucił się na ogra ze sztyletem – skoczył potworowi na plecy i poderżnął gardło! Walka była skończona.

Przy potworach znaleźli zielone parciane plecaki, w których pobrzękiwało tysiąc złotych monet. Pogrzebali Gordona i Pętaka, w międzyczasie powrócił skruszony przyboczny. Na naprędce skleconych noszach ponieśli ciało Tomasza Wieczora i dotarli do fortecy. Za wszystkie pieniądze kupili zwój wskrzeszający i przywrócili poległego kompana do życia. Tu dołączył do nich kolejny kapłan:

Zły Akolita Wolfgang Paszczak – silny, rozważny i charyzmatyczny farbiarz oraz botanik (A-C 1, HP 2, AC 2)

Nowy kompan prowadził aż pięciu przybocznych i muła. Szybko połączyli siły i wymaszerowali – ponownie celem stała się pompa. Napełniali właśnie bukłaki, gdy z okolicznych krzaków wypadło kilkanaście pająków. Otoczyły drużynę i nie dały jej szansy ucieczki – musieli zatem walczyć. Wysieczono wszystkie potwory, ale straty były spore – od pajęczego jadu padło aż czterech przybocznych. Po pochówku udali się w stronę Doliny Czerwonej Mgły. Po drodze zaskoczyli oddział 11 orków. Stefan uśpił sześciu, reszta zwiała.

Związano wszystkich z wyjątkiem jednego. Tego sztukmistrz usiłował zauroczyć, ale nie udało mu się złamać woli potwora. Wybudzony z magicznej śpiączki zaczął wierzgać i starł się w pięściarskim pojedynku z Daliborem. Tomasz Wieczór przemówił doń po orkowemu, co nieco udobruchało jeńca. Paszczak z kolei po chaotycznemu wyjaśnił, że drużyna także jest w służbie Barłoga – prędko udało się dobić targu i wszyscy orkowie (do uwolnionych dołączyli ci, którzy przedtem zbiegli) połączyli siły ze śmiałkami. W międzyczasie przyboczni znaleźli w krzakach wór wypchany złotem, leżący tam jak gdyby nigdy nic.

W dużo większym składzie udali się do doliny. Mgła się rozwiała, nie zostawiając żadnych śladów na drzewach i krzewach. Dwa dni przetrząsali obszar, ale niczego nie znaleźli. Zaatakowało ich kolejne stado pająków, ale tym razem wycięto bez strat. Zarządzono powrót. Po drodze odwiedzili zniszczone poprzednim razem gniazdo wielkich pająków, skąd zabrali pozostawione tam kilka tysięcy sztuk srebra. W twierdzy gnolli zbyli kruszce. Oberführer zlecił śmiałkom zlikwidowanie hydry o dwunastu głowach, ale ci nie chcieli iść na bagna bez Gurczena i Martina Schwarza. W głowach zakiełkował im zresztą inny plan.

Udali się na południowy wschód – gdzie rzekomo miały rozłożyć się obozem hobgobliny. Ponieważ drużyna po dołączeniu orków stała się dość liczna, rychło zaczęło brakować żywności. Zarządzono polowanie. Dalibor popisywał się swoim magicznym łukiem, ubijając kilka saren, Stefan uśpił parę żubrów. Urządzono nagonkę na mamuta i tura – ubito je za cenę życia dwóch orków. Czekała ich też niemiła niespodzianka. Okazało się bowiem, że Czerwona Mgła powróciła, opanowując obszar, na którym znajduje się autostrada, a który jest jedynym miejscem, skąd może wystartować samolot…

Nikt nie ośmielił się zapuścić w mgłę bez maski, więc obeszli tę część lasu. Gdy zbliżyli się wreszcie do celu, rozdzielili się. Większość została, by polować, a Dalibor i Stefan, obaj pod osłoną niewidzialności, podkradli się do obozu hobgoblinów i obserwowali go przez cały dzień. Ustalili, że potworów jest 111, a prowadzi ich trzech wodzów. Porozumiewali się w swoim własnym języku. Nie widać było żadnego skarbca, wypatrzyli za to prymitywny ołtarz poświęcony Barłogowi.

Wtem! Demon pojawił się w samym środku obozu! W prawicy dzierżył bicz z płomieni, w lewicy – odwrócony Żelazny Krzyż; ognisty fallus w stanie wzwodu przypominał bejzbola nabijanego ćwiekami.

Barłóg przemówił straszliwym głosem, wzywając hobgobliny do ataku na niewiernych, których siedziba znajduje się w zamku na północnym zachodzie. Potwory padły krzyżem (konkretniej – swastyką) na ziemię, bijąc pokłony swemu panu. Demon znikł, a hobgobliny rozpoczęły przygotowania do wymarszu.

Oczywiście, była to iluzja, którą sprytnie wyczarował Stefan. Głos należał natomiast do Dalibora, który zakradł się w pobliże ołtarza. Śmiałkowie powrócili do swoich towarzyszy i okrężną drogą ruszyli do twierdzy gnolli. Tam bowiem skierowali hobgobliny, licząc, że potwory wybiją się nawzajem.

W trakcie odpoczynku Ślimak miał wizję. Otóż śniło mu się, że idzie przez płonącą wieś. Wokół jakieś humanoidalne potwory na setki wymyślnych sposobów mordowały bezbronnych wieśniaków. Część mieszkańców schroniła się w kościele w nadziei, że stwory ciemności nie odważą się naruszyć świętego miejsca. Ślimak z odpaloną pochodnią podszedł do kościoła i cisnął żagiew na dach. Ze środka dobiegły wrzaski palonych żywcem ludzi. Po przebudzeniu Ślimak ułożył o tym poemat, wybijając rytm na bębenku.

Gdy przybyli do twierdzy, było już po bitwie. Gnolle zadały hobgoblinom ciężką klęskę – zginęło ich prawie dwie trzecie, polegli też wszyscy wodzowie, których głowy zatknięto na murach twierdzy. Po stronie esesmanów było tylko kilkunastu zabitych. Niedobitki hobgoblinów złożyły hołd gnollom.

Zbici z tropu awanturnicy udali się na północ, by przeszukać raz jeszcze miejsce, gdzie swą ostatnią bitwę stoczył ongiś XIII Legion. Przez dwa dni zbierano broń, a Stefan usiłował wykryć jakąś magiczną sztukę – bezskutecznie. Tymczasem Ślimak zapadł się pod ziemię – wpadł do jakiejś piwnicy i potłukł dupsko. Jednak było warto, bo znalazł tam worek ze srebrem, złotem i klejnotami. Wzbogaceni, powrócili do twierdzy i spieniężyli znalezisko.

Wtem! Zagrały surmy i rozległ się bojowy okrzyk. Spomiędzy drzew wymaszerowała nieprzyjacielska armia, gotując się do ataku na twierdzę. POTYCZKA zaraz się zacznie…

OKIEM SĘDZIEGO


Atak na twierdzę wypadł z tabeli „innych przygód” już na sam koniec sesji. Od tego też zaczniemy następnym razem. Pozostałe „inne przygody” to np. worek złota, wizja, zadanie bojowe (ubicie hydry). Na przyszłość (w kolejnej kampanii) mam zamiar przenieść ciężar właśnie na tego typu zjawiska, ograniczając częstotliwość spotkań z wędrownymi potworami, które stają się już zwyczajnie nudne. Ponadto myślę nad uproszczeniem mechaniki polowań, które rozgrywamy jako normalne spotkania.

Bitwę hobgoblinów z gnollami rozstrzygnąłem już po sesji, w domowym zaciszu i oczywiście na Chainmail (wystarczyła 1 runda). W trakcie sesji na szybko rozegrałem tylko jeden pojedynek między wodzami, który wypadł oczywiście na korzyść gnolli.

Awanse zaliczyli Dalibor i Tomasz Wieczór. Blisko awansu są Stefan i Ślimak. Pod tym względem Karmazynowa Toń jest wyjątkowa – od jakiegoś czasu zgonów jest relatywnie mało, a większość postaci wbiła na wyższe poziomy. Zapewne w jakimś stopniu jest to kwestia przydzielania przybocznych, którzy robią za żywe tarcze, a także rozciągnięcia ataku wielokrotnego na wszystkie stwory poniżej HD 3.

Stosuję zasadę, że NPC nie będzie służył PC niższemu lub równemu rangą. Dlatego też Martin Schwarz (F-M 4) pozostał w obozie.

Ponowne pojawienie się mgły było kwestią czasu, codziennie sprawdzałem to osobnym rzutem. Wierzcie albo nie, ale lokalizację ustaliłem losowo (d8xd10) – traf chciał, że padło akurat na pas startowy. Ciekawe, jak teraz uda im się odlecieć.

Mieliśmy naprawdę srogą bekę, odgrywając przedstawienie z iluzją Balroga. Nie wszystko nadaje się do publikacji – Czytelnik musi mi uwierzyć na słowo ;)

2 komentarze:

Dhil Morgan pisze...

Grubo.
Gracze bardzo aktywnie dokonywali "światotworzenia" i to mi się podoba.
W tej przygodzie w pełni wyszła potęga magii, wcale nie oparta o mocne uśpienie. Iluzja + niewidzialność + dobre myślenie czarodzieja i można dokonać niesamowitych rzecz. Mimo miernego skutku, pchnięcie hobków do ataku na dywizje SS Gnolizien było mistrzowskie.

Zresztą przy starciu z ogrami czarodziej również zachował zimną głowę. Ciekawe co to za nowe starcie? ")

Robert pisze...

Motyw z napuszczaniem jednych na drugich powtarza się co jakiś czas. A co do starcia, zobaczysz niebawem - jutro sesja, raport wrzucę pewnie koło weekendu. Bitwę już rozegrałem :)