17 marca 2018

[OD&D] Karmazynowa toń, odc. 14

Kolejny odcinek. Na początek wielka bitwa z udziałem setek kombatantów, potem drużyna podejmuje quest (serio) i po raz pierwszy w tej kampanii mamy eksplorowanie podziemi. Pojawia się potężny duchowny, którego nadejście przepowiedział Schockwave (dzięki i pozdrawiam). Drużyna była o krok od TPK, a bez zgonów się nie obyło. UWAGA – tekst może być miejscami nieco niepokojący i niekoniecznie poprawny politycznie, dlatego lektura nie jest wskazana osobom o słabych nerwach. Do boju!


Sztukmistrz Stefan – wysoce inteligentny i zwinny magik (M-U 3, HP 11, AC 9)
Fechmistrz Dalibor – cieśla okrętowy i farbiarz; cherlawy, wytrzymały, zwinny i wstrętny (F-M 3, HP 11, AC 2)
Fechmistrz Tomasz Wieczór – bardzo wytrzymały, niezręczny i brzydki historyk oraz witrażysta (F-M 3, HP 11, AC 1)
Akolita Wolfgang Paszczak – silny, rozważny i charyzmatyczny farbiarz oraz botanik (C 1, HP 2, AC 2)

Spomiędzy drzew wymaszerowały blisko dwie setki rycerzy. Ich zbroje okrywały czarne tuniki z czerwoną gwiazdą. Historyk Tomasz Wieczór rozpoznał herb – byli to krzyżowcy z czerwoną gwiazdą, znani inaczej jako paladyni z Syriusza! Rycerze z pieśnią na ustach ustawili szyk i ruszyli do ataku. Dowódcy SS postanowili wydać im bitwę w otwartym polu. Potworów było łącznie 120, ustępowały więc liczebnością krzyżowcom. Zanim doszło do starcia wręcz, na nacierających posypał się grad strzał z hobgoblińskich łuków, dowódcy gnolli opróżnili magazynki lugerów, a sam Oberführer huknął z ostatniego pancerfausta. Od ostrzału zginęło ponad 40 paladynów. Pozostali nie ulękli się – byli najwyraźniej fanatykami religijnymi – i rozpętała się potyczka. Drużyna postanowiła wycofać się na z góry upatrzone pozycje i skryta w paprociach obserwowała przebieg starcia.

W tej walce nikt nie prosił o pardon – i nikt go nie dawał. Rycerzy w dalszym ciągu było więcej, mieli też lepsze zbroje. Szybko przytłoczyli potwory i choć te walczyły zacięcie, zostały zmuszone do cofnięcia się. Trup ścielił się gęsto po obu stronach. Wreszcie padli wszyscy esesmani i askarysi, na placu boju pozostał tylko jeden gnoll, Oberführer. Rycerze otoczyli go i postanowili urządzić coś na kształt turnieju. Jeden z dowódców stanął do pojedynku, ale prędko padł z głową rozbitą ciosem buławy marszałka Piłsudskiego. W jego ślady podążył wnet kolejny heros. Trzeci pojedynek ciągnął się przez wiele minut, zanim gnoll wreszcie powalił przeciwnika. Potwór był już wyczerpany i ciężko raniony, zbryzgany krwią swoją i wrogów. Kapitulieren? Niemals! Jako czwarty stanął krzepki paladyn. Znużony gnoll wzniósł buławę i natarł. Wydawało się, że zaraz padnie, lecz dał z siebie wszystko – walka ta była przykładem męstwa i hartu ducha po obu stronach. W końcu rycerski miecz przeszył Oberführera, ale ten zdołał jeszcze zmiażdżyć czaszkę przeciwnika. Obaj padli na ziemię bez życia.  Bitwa była skończona – SS Gnollizien przestało istnieć, twierdza znalazła się w ręku krzyżowców. Tych ostatnich zostało tylko czterdziestu. Wilkołaki z Marsa tanio skóry nie sprzedały.

Śmiałkowie naradzili się, co począć w tej sytuacji. Rozważali podjęcie negocjacji z upiorami Sowietów pod Czarnym Zamkiem, ale ostatecznie uradzili, by spróbować ułożyć się z paladynami. Jako parlamentarzystę wysłano Tomasza Wieczora jako jedynego neutralnego. Fechmistrz poszedł do twierdzy sam i bez broni. Rycerze zmierzyli go groźnym wzrokiem, a przed szereg wyszedł duchowny w bogatych szatach, który przedstawił się jako ojciec Radeusz. Tomasz Wieczór przedstawił stanowisko drużyny, proponując współpracę na takich warunkach, jak wcześniej z rozbitkami i następnie gnollami. Patriarcha zażądał, aby wpierw cała grupa się ujawniła. Fechmistrz powrócił do towarzyszy. Po krótkiej dyspucie postanowili wyjść z lasu; Paszczak namówił do tego i orków.

Śmiałkowie stanęli przed obliczem ojca Radeusza i rozpoczęli pertraktacje. Wytłumaczyli się ze współpracy z gnollami, zwalając winę na nieobecnego Ślimaka; Dalibor i Stefan wskazali, że zostali przymusowo zagazowani cyklonem C, a Paszczak padł do nóg patriarchy i ze łzami w oczach błagał o litość. Duchowny, wysłuchawszy relacji uwolnionych z kazamat twierdzy rozbitków, wspaniałomyślnie okazał łaskę, ale postawił warunek – wszyscy muszą przystąpić do dywizji Ładu, wraz z neutralnym do tej pory Wieczorem. Udało się uzyskać przedłużenie umowy na dostarczanie surowców do produkcji paliwa, a dodatkowo zapewnienie, że niewydane dotychczas kredyty, udzielone przez gnolle, będą honorowane przez krzyżowców.

Jako pierwsze zadanie bojowe wyznaczył… zlikwidowanie orków. Zanim potwory zdołały cokolwiek zrobić, Stefan uśpił siedem z nich. Pozostałe dwa rzuciły się na maga. Jednego powaliła strzała Dalibora, a ostatniemu zastąpili drogę przyboczni Paszczaka. Ork zdołał jeszcze zasiec jednego z nich, zanim padł. Śpiących bezlitośnie zarżnięto, w końcu potwory te nie mają duszy i nie zasługują na lepsze traktowanie niż bezmyślne zwierzęta – jak wyjaśnił ojciec Radeusz.

Następnie patriarcha przy polowym ołtarzu odprawił Mszę Świętą. Bóg wysłuchał modlitw i sprawił, że światło prawdziwej wiary zstąpiło na ociemniałych, pogrążonych w niebu obrzydłych błędach chaosu śmiałków. Jednocześnie Radeusz powierzył neofitom Misję – w ciągu dwóch tygodni mieli zniszczyć upiory z Czarnego Zamku. Otrzymali magiczny miecz (ten sam, który znaleźli onegdaj w grobie bezimiennego bohatera, a który odebrały im gnolle); za resztkę kredytów wykupili magiczną tarczę. Uzupełniwszy zapas wody święconej i oleju, ruszyli do zamku.

Po przybyciu na miejsce, zeszli spiralnymi schodami do podziemi. Rozejrzeli się po pierwszej sali, ale nie znaleźli nic poza stołem i sześcioma kupkami zwęglonych szczątków, gdzie miotacz ognia poraził upiory. Pancerne drzwi wiodły na zachód, wschód i północ. Dokładne obejście pomieszczenia wraz z ostukiwaniem tyczką i przyświecaniem pochodnią ujawniło zarys zamurowanych drzwi w północno-wschodnim rogu. Dalibor, noszący rękawice siły ogra, bez trudu wyciągnął jedne z pancernych drzwi z zawiasów i grzmotnął nimi o ścianę, bez trudu rozwalając zamurowane przejście. Dostrzegli ukośny korytarz, zawalony gruzem. Narobili przy tym wszakże mnóstwo hałasu i po chwili usłyszeli za sobą chrzęst oręża i tupot stóp. Obejrzeli się – atakowało ich ośmiu zakutych w kolczugi wojaków! Stefan bez trudu ich uśpił. Napastników związano, a Tomasz Wieczór rozpoznał ich – byli to chaotyczni wojownicy, których kiedyś spotkał w lesie i pokierował do Czarnego Zamku właśnie… Wydawało się, że wybiegli przez wschodnie drzwi. Awanturnicy ruszyli tam, odkrywając kolejną salę, a w niej kilkanaście prycz. Inspekcja wykazała sekretne drzwi na północnej ścianie, pomalowane tak, że przypominały ścianę. Ustąpiły bez trudu; za nimi był wąski korytarzyk, długi na kilka metrów, kończący się drewnianą ścianą… Zanim to zbadali, doszły ich jakieś odgłosy z tyłu. Do komnaty weszły cztery upiory!

Po rzuceniu wodami święconymi i płonącym olejem (z miernym skutkiem), poszukiwacze przygód znaleźli się w nie lada trudnym położeniu. Tylko Dalibor miał magiczny miecz, a Tomasz Wieczór usiłował walić magiczną tarczą. Czary Stefana były bezużyteczne w starciu z umarlakami, rzucił się zatem tajnym korytarzykiem, uderzając z całą siłą w ścianę – z hukiem wpadł do środka jakiegoś pomieszczenia, a gdy pozbierał się z ziemi, jego oczom ukazał się… Adolf Hitler. Po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że widzi wielki obraz, zawieszony na przeciwległej ścianie. Podbiegł doń i usiłował go zdjąć, lecz bezskutecznie. Zawrócił przeto i dołączył do kolegów.

Tymczasem reszta śmiałków toczyła rozpaczliwy bój z upiorami. Paszczak sprowokował jednego z nich i wywabił do sali ze stołem. Korzystając z tego, że trupy nie biegają, udało się go odciągnąć. Botanik uciekł po schodach na światło dzienne. Reszta poczęła się wycofywać, a przed upiornymi łapskami chroniły ich srebrne krzyże. Drogę na zbawienne schody blokował wszakże ten, który ścigał przedtem Paszczaka. Dalibor rzucił się nań, złapał za fraki, po czym, korzystając z nadludzkiej siły, której przydawały mu rękawice, cisnął w pozostałe, nadciągające już trupy, obalając wszystkie na ziemię! „Śmiałkowie” dali dyla.

Zapadła decyzja, aby kuć żelazo, póki gorące. Na czele grupy stanął Dalibor, wyposażony we wszystkie drużynowe magiczne przedmioty i obwieszony srebrnymi krzyżami. Za nim szedł najzręczniejszy ze wszystkich Stefan, mający w torbie wszystkie pozostałe wody święcone i oleje. Zeszli na schody i w połowie drogi natknęli się na upiory. Dalibor odpierał ich ataki, a magik miotał pociski ponad głową kompana. W ten sposób udało się zniszczyć jednego z Sowietów, ale zapasy skończyły się, a fechmistrz odniósł już poważne rany i zapadła decyzja o wycofaniu się.

Co było robić? Ruszyli z powrotem do twierdzy krzyżowców. Po drodze z paproci wypadł dawno niewidziany znajomy – dinozaur alozaur! Rzucili mu muła na pożarcie i uciekli. Tym samym przepadło sporo sprzętu obozowego. Po dotarciu do twierdzy uzupełnili zapasy, a że czas naglił, ruszyli z powrotem do zamku. Żywność topniała, usiłowali tropić, ale wypatrzyli tylko ślady mamuta – uznali, że jest ich zbyt mało, by stawić czoła takiemu przeciwnikowi. Odpuścili i zeszli do podziemi.

W sali ze stołem nie było już skrępowanych wojowników. Przez sypialnię z pryczami przeszli do sekretnego pomieszczenia z obrazem Hitlera, gdzie… czekały na nich upiory Sowietów. Powtórzyli taktykę ze schodów – Dalibor w wąskim korytarzu blokował trupy, które bombardował rzucający nawiją Stefan. W ten sposób zniszczyli wszystkie upiory, mocno już  zresztą poharatane w poprzednim boju.

Okazało się, że weszli do komnaty przez sekretne drzwi w bibliotece. Książki rozsypywały się w proch, nic nie dawało się odczytać. Były tu jeszcze metalowe krzesło i stół (zupełnie zwyczajne). Odsunęli dywan, odkrywając klapę w podłodze. Ostukana tyczką, ujawniła sześciometrowy szyb o dnie najeżonym kolcami. Upadek do tego dołu oznaczałby pewną śmierć! Stefan przełknął ślinę – nie sprawdził bowiem pomieszczenia, gdy wcześniej podbiegł do obrazu.

Była tu jeszcze dziwna szafa pancerna, bez zawiasów, dziurka od klucza ani wieka, za to wyposażona w tabliczkę z cyferkami. Tomasz Wieczór pewnie wprowadził kod: 1488. Szafa otworzyła się bezszelestnie. W środku znaleźli dwa pancerfausty oraz dwa puzderka. Pierwsze z nich kryło siedem klejnotów, drugie – czerwoną sukienkę. Dokładnie taką, o jakiej marzy ukochana Tomasza Elżunia! Gdy śmiałek pakował kieckę do plecaka, zakręciło mu się w głowie, ale zwalczył słabość. Dalibor zdjął ze ściany obraz Hitlera, odsłaniając wykuty w ścianie tunel, który znikał zaraz za zakrętem. Na razie postanowili go nie badać i zawrócili. W wąskim przejściu z sypialni do głównej hali zaatakowali ich znani już wojacy. Dalibor wyciął wszystkich. Po powrocie do twierdzy zastali wielki kurhan, usypany dla poległych krzyżowców, oraz resztki parującego jeszcze stosu, na którym spłonęły trupy gnolli, hobgoblinów i orków.

Ojciec Radeusz uznał, że Misja została wypełniona i powitał graczy w szeregach dywizji Prawa. Zachęcał śmiałków, by spenetrowali podziemia do końca i polecił przynieść obraz Hitlera. Po spieniężeniu klejnotów pospieszyli przeto po raz trzeci do siedziby zła i dotarli do hali. Tym razem jednak obrali kierunek zachodni.

Weszli do przestronnego pomieszczenia, pośrodku którego stała wielka kadź. Wtem! Z mroków wypadły zombie-czerwonoarmiści. Totalnie zaskoczeni śmiałkowie zbaranieli, a truposze rozerwały na strzępy ostatniego z przybocznych. Cofając się do korytarza, Paszczak odpędził kilka, a resztę podjął Dalibor, niszcząc w serii pojedynków. Pokrzepiwszy się miksturami uzdrawiającymi, raz jeszcze ruszyli do kadzi, a Dalibor i Wieczór wycięli odpędzone uprzednio trupy. Przy zwłokach znaleźli kilkanaście zegarków, obok walała się chochla. O kadź oparta była drabinka – wspięli się i zajrzeli do środka, ale pojemnik był pusty.

Na północnej ścianie były drzwi, przez które przeszli do pomieszczenia z czterema dużymi piecami. Któryś ze śmiałków potknął się o szuflę. Z pieców wygarnęli popioły i kilkaset złotych zębów. We wschodniej ścianie kolejne drzwi doprowadziły ich do sali z natryskami – Dalibor i Stefan rozpoznali komorę gazową. Stąd wrócili do głównej hali, a następnie – do sekretnego gabinetu. Postanowili pójść tunelem ukrytym za obrazem.

Tunel nie był już wyłożony płytami, był raczej w stanie surowym. Po jakimś czasie dotarli do komory, raczej naturalnej jaskini niż wykutej sztolni – choć trudno było to stwierdzić. Cisnęli do środka pochodnię – na przeciwległym końcu dojrzeli zarysy jakiejś masywnej sylwetki… Przystanęli w ciszy i skupieniu, ale istota nie ruszała się. Ponieważ nie widzieli ścian po bokach, ruszyli ostrożnie wzdłuż lewej. Usłyszeli szmer i bełkot – na skraj rzucanego przez pochodnię światła wylazła mumia!

Stefan odruchowo złapał za pancerfaust i dał ognia – umarlak rozpadł się w proch, szrapnele i odłamki skalne rozprysły się, cudem nie zabijając nikogo z drużyny. Ledwo przebrzmiało echo wystrzału, gdy natarła druga mumia, człapiąca z drugiego końca jaskini. Ciężar walki wziął na siebie Dalibor z magicznym mieczem – ale padł z gardłem rozerwanym szponami. Mumia oberwała flaszkami z płonącym olejem, a miecz podniósł Tomasz Wieczór i dobił ogarniętego płomieniami trupa.

Nieruchoma sylwetka na końcu jaskini okazała się naturalnej wielkości posągiem demona Barłoga, wykonanym z czarnego kamienia. Był jednak zdecydowanie zbyt ciężki, aby go zabrać. Tomasz Wieczór założył rękawice siły i chwycił obraz, Paszczak i Stefan wywlekli na powierzchnię ciało Dalibora i złożyli na naprędce skleconych noszach. Po powrocie do twierdzy wymienili zegarki, zęby i obraz na kredyty, za które udało się uzyskać wskrzeszenie Dalibora.

Loch pod Czarnym Zamkiem


OKIEM SĘDZIEGO


Między sesjami dałem graczom wybór, czy chcą brać udział w bitwie. Ostatecznie podjęli decyzję, że się wycofują, dzięki czemu mogłem rozegrać bitwę w domowym zaciszu. Użyłem oczywiście Chainmail, ale z dużymi uproszczeniami (wywaliłem figurki, miarkę oraz większość zasad rządzących manewrowaniem, morale itp.). Serię emocjonujących pojedynków Oberführera z kolejnymi herosami rozegrałem już na OD&D.

Po raz pierwszy na moich sesjach pojawił się klerycki czar Quest („Misja”). Postanowiłem też, że wysokopoziomowy kleryk może dopomóc w zmianie sojuszu (mechanicznie można to wyjaśniać poprzez wariację czaru Commune). Dłuższą chwilę zastanawiałem się, co zrobić z postacią antykleryka, w końcu stanęło, że zamienia się w normalnego kapłana.

Jak już kiedyś wspomniałem, srebrny krzyż chroni przed wyssaniem poziomu przez zmory, upiory itd. Co prawda już po jednym ciosie czernieje i rozpada się w proch, ale zawsze można mieć kilka. W ten sposób nikt nie stracił poziomu.

Liczbę dostępnych wód święconych, olejów i krzyży ograniczałem – 1d6 każdego, sprawdzane po każdym powrocie do twierdzy (na oko, bez dokładnych obliczeń chronologii).

W trakcie walki gracze odznaczali się pomysłowością – kombinowali z ustawieniem, manewrowaniem, wciąganiem przeciwników w wąskie przejścia itp. Na miejscu zasądziłem, że Dalibor w razie udanego „to-hit” może pochwycić i odrzucić upiora – fajnie wyszło i umożliwiło ucieczkę (zamiast bezsensownego TPK). Dopuściłem również, że magiczną tarczą można zadawać obrażenia magicznym istotom (w zasadzie czemu nie?). Strzelanie na krótki dystans z pancerfausta, na dodatek w jaskini, uznałem za dość niebezpieczne – każdy musiał wykonać test obronny vs Death Ray (albo zarobić 1d6 obrażeń).

Awanse zaliczyli Stefan i Wolfgang (przerzut HP z 2 na 12!).

4 komentarze:

Przemoslav pisze...

Świetny, wciągający raport. I nawet Hitler się pojawił - ten najszlachetniejszy z wege-dyktatorów ;).

Bardzo podobają mi się pomysły mechaniczne - odepchnięcie w celu uniknięcia ciosu w plecy podczas ucieczki, ciulanie magiczną tarczą (brawo dla gracza za pomysł!) i nade wszystko użycie krzyży - zrobię dokładnie tak samo :).

Robert pisze...

Dzięki! To prawda, pomysłowość ocaliła graczy przed wycinką. Zaznaczmy, że to te same osoby, które wcześniej były masowo masakrowane w Pustkowiu Piktów, więc jest progres. A co do krzyży to zastanawiam się, czy nie zwiększyć liczby ciosów, przed którymi chronią (póki co 1 krzyż = 1 cios).

Przemoslav pisze...

Może przydziel takim krzyżom rzut obronny - im większy i ładniej wykonany krucyfiks, tym niższa liczba ST. Np. taki już całkiem wypasiony miałby, powiedzmy, 10, a malutki i ledwie pozłacany 17-18. Nie trzeba wtedy notować ilości użyć.

Robert pisze...

Dobry pomysł, dla którego precedens znajdujemy w vol. II i potem AD&D. Choć mam jednak pewne wątpliwości co do rozkładu prawdopodobieństwa. Zakładając, rzecz jasna, wykorzystanie 1d20 (a nie np. 3d6, jak czytamy w manuskrypcie Dalluhna), drewniany krzyżyk może okazać się lepszy niż złoty krucyfiks wysadzany klejnotami. Decyduje łut szczęścia i trochę mi to przypomina testowanie cech.